Przekręciłam klucz w zamku. Gdy tylko uchyliłam drzwi usłyszałam cichą słodką melodię wypełniającą nasze mieszkanie. Potem dotarła do mnie woń jaśminowej herbaty. Było tylko ciszej niż zwykle, ale nie zwróciłam na to uwagi. Powietrze często wypełniał śmiech Alicji. Po chwili upajania się przyjemnymi doznaniami weszłam do środka.
- Alicja? -zawołałam. Brak odpowiedzi. Zawiesiłam torbę i kurtkę na wieszaku.
- Jesteś tu? -znów powiedziałam. Wciąż nic. Może gdzieś wyszła? Weszłam w głąb mieszkania. Kiedy tylko zza rogu wyłonił się salon zobaczyłam ją na kanapie. Przed nią stała filiżanka herbaty. Zdziwiłam się. Zwykle stały dwie. Dla nas obu. Wyglądała uroczo śpiąc. Podeszłam przykryć ją kocem. Była taka spokojna. Uśmiechała się przez sen. Odsunęłam kosmyk włosów z jej twarzy. Przeszedł mnie dreszcz. Była lodowata. Wystraszyłam się. Dotknęłam jej dłoni. Zimna. Policzka. Zimny. Nogi się pode mną ugięły. Przysiadłam na kanapie obok niej. Trzęsącymi rękoma dotknęłam tętnicy na jej szyi. Brak tętna. Wydałam z siebie bezgłośny krzyk. Rękoma przygarnęłam ją do siebie. Jakbym miała nadzieję, że mój dotyk ją ożywi, że jej serce znów zacznie bić. Z oczu popłynęły mi łzy. Zaczęłam powtarzać jej imię. Najpierw szeptem, potem coraz głośniej. W końcu krzyczałam we łzach najgłośniej jak potrafiłam. Nie wiedziałam jak i czemu to się stało. Nie chciałam w to wierzyć. Przyciskałam ja mocno do siebie gładząc po twarzy. Krzyk przerodził się w łkanie. Za krzykami przybiegł sąsiad, to on zadzwonił po karetkę. Nie byłam w stanie wykrzesać z siebie słowa. Siedziałam załamana nie chcąc jej puścić. Próbował uspokoić, ale nic nie miało teraz takiej siły. Wciąż nie wierzyłam w rzeczywistość. Taka właśnie była, trzymałam moja przyjaciółkę martwą w ramionach. Zrozumiałam czemu została tylko jedna filiżanka...
***
Staliśmy przed drzwiami kostnicy. Wszyscy tak samo bladzi, tak samo zdruzgotani. Jedynie ja płakałam zaglądając w małe okienko w drewnianych drzwiach. Starłam się nie szlochać, ale nie potrafiłam. Poczułam dłoń matki Alicji na moim ramieniu.
-To w końcu musiało się stać... -szepnęła próbując mnie uspokoić.
-Musiało?! -krzyknęłam w emocjach. -Ona miała 23 lata! Nie powinna była umrzeć! -wycedziłam przez zęby powstrzymując kolejną falę łez. Myślałam, że usłyszę teraz coś nie przyjemnego, przywołanie do porządku, ale ona powiedziała tylko spokojny matczynym tonem:
-Przecież była chora.... To... Musiało nastąpić. Mówili, że nie wiele jej zostało... -usłyszałam lekkie drżenie jej głosu, a na te słowa jakbym się obudziła z głębokiego snu.
-Chora? Jak to chora? - zapytałam odwracając się do matki przyjaciółki. Na jej twarzy pojawiło się wielkie zdziwienie.
-Ty... nie wiedziałaś? Myślałam, że wiesz. Nie mówiła Ci? -wyparowała od razu.
-O czym miała mi powiedzieć? -upierałam się przy swoim pytaniu.
-Alicja... -zaczął jej ojciec łamiącym się głosem. -Alicja miała raka. Z groźnymi przerzutami. Bez szans na leczenie... -ostatnie dodał przygryzając wargę i powstrzymując łzy. Ona... nie powiedziała mi o swojej chorobie? Wszyscy wiedzieli, ale nie ja? Dlaczego? Czemu nic mi nie mówiła?? Byłam jej najlepszą przyjaciółką... Może jednak się przeliczyłam...?
-Czemu państwo mi nie powiedzieli? -zapytałam nagle.
-Byliśmy przekonani, że o tym wiesz. -odparł jej ojciec. Nie wiedziałam. Moja przyjaciółka umierała na raka, a ja nic nie wiedziałam.
***
Wróciłam do mieszkania. Zapach herbaty ulotnił się, a muzyka już dawno zamieniła się w martwą ciszę. Nie chciałam wracać do salonu. Weszłam do kuchni. Chciałam zaparzyć sobie herbaty. Wierzyłam, że napije się i poczuję się odrobinę lepiej, że jakoś to ułożę. Zmażę kłamstwo, zrozumiem śmierć, pozwolę jej odejść... Nagle zauważyłam list leżący na kuchennym stole. Na kopercie widniał napis „Dla Ewy”. Lekkie i piękne pismo Alicji wywołało we mnie falę emocji. Nie powstrzymałam łez. Otworzyłam go.
Droga Ewo,
Żyjemy obok siebie... a w zasadzie razem. Nie było w tym nic niezwykłego. Przyjaźń równych zasadach. Zawsze tak to wyglądało. Może właśnie prze tę miłość. Sama nie widziałam tego na początku. Poznałam Cię. Wysoka, długie ciemne włosy, brązowe oczy w tak nie do opisania cudnym odcieniu... po prostu piękna. Chociaż nie zawsze taką Cię postrzegałam. Dopiero w pewnym momencie zaczęłam zauważać detale twojego wyglądu. Jedwabną skórę, niezwykłe oczy, delikatne włosy, rysy, kształt ust... Zawsze powtarzałaś, że na urodę Ci zabrakło. Za każdym razem kiedy choć próbowałam Ci powiedzieć co myślę mówiłaś, że jestem głupia, naiwna, mam nienormalny kanon piękna, że tylko mnie się podobasz. Może i tak było, nawet jeśli nie zwracałam na to uwagi. Byłaś zbyt zachwycająca. Zaczęło się od kilku prostych słów, a skończyło na głębokich rozmowach. Byłaś coraz bardziej fascynująca, niezwykła, niewyobrażalna. Wciągnęłaś mnie bez reszty. Przyjaciółka do końca świata. Pierwsza w moim życiu. Jak również ostatnia. Nie zauważyłam jak to się zmieniało. Relacja była coraz bliższa, a ja coraz bardziej zacierałam różnicę między tymi dwoma rodzajami miłości. Poznałam twój dotyk, brak obojętności, wiarę we mnie.... Dotyk, to chyba on wszystko zmienił. Nikt nigdy tak mnie nie dotykał. Delikatnie i czule. Każdy centymetr mojej skóry chciał znać ciepło twoich dłoń, a ten który poznał nigdy nie zapominał. Pamiętam jak pierwszy raz powiedziałam, że Cię kocham. Było to wtedy niewinne i proste. Powiedziane komuś kto dał mi nowe życie. Drugi raz też doskonale pamiętam. Tę panikę w moim głosie kiedy to słowo nabrało w moich ustach nowego brzmienia, a Ty naprawdę nowego obrazu. Bałam się wtedy, że usłyszy to słowo zupełnie inaczej. Zauważysz tę subtelną zmianę. Nie zauważyłaś. Dla Ciebie wciąż było takie samo. Dla mnie już zupełne inne. Nic nie szkodzi, że tego nie usłyszałaś. Tak było lepiej. Wydawało Ci się, że nic się nie zmieniło, a ja w zgodzie z sobą mogłam wyrażać tę zmianę raz na jakiś czas. Ukrywanie uczuć tylko je pogłębia, zamyka w klatce, z której na siłę chcą uciec. Moje natomiast były dzięki temu zupełnie wolne. Zdawałam sobie sprawę, że gdybym nie dotarła tak blisko Ciebie nigdy nie mogłabym tego powiedzieć, tak samo jak i z tego, że gdybym teraz wyjawiła Ci tę tajemnicę już nigdy nie mogłabym tego powiedzieć. Lepiej było stać na uboczu, uszczęśliwiać z innego miejsca. „Było”. Nie jestem w tym dobra, dałam się temu zbytnio rozwinąć. Przerosło mnie. Zaczęłam postrzegać to wszystko jako kłamstwo. Nie wytrzymałam tego chaosu uczuć i myśli. Wiem już, że nie umiem kochać mężczyzn w ten sam sposób. Nie na całe życie, nie tak mocno, nie tak czule, nie tak wiernie, nie tak jak kocham Ciebie. Z którymkolwiek z nich byłabym nieszczęśliwa, bo pragnę tylko Ciebie. Można by powiedzieć, że to miłość majestatyczna, wielka, dostojna, arystokratyczna. Dałam Ci Twoje życie rezygnując z własnego. Jak kochanek który, nie powie o swej miłości by nie zniszczyć życia ukochanej. On czuje się nie godny swojej własnej miłości. Ja jestem jak on. Nieodpowiednia, niezasługująca, niewarta tego co sama kocham. Wiem, że nigdy byś mnie nie wybrała i , że może wszystko byłoby inaczej. Gdybym tylko tak bardzo Cię nie kochała. Wiem, że nigdy nie powinnam tego czuć, a tym bardziej o tym mówić,ale za długo milczałam. Powiem to teraz, już będziesz wiedziała, kocham cię. Pewnie się dowiesz, że to był rak. Nie myśl, że nie chciałam o siebie walczyć. Nie mogłam. Kiedy go wykryli było za późno. Odeszłam godnie, pogodzona z losem i ze sobą. Nie bądź zła, że Ci nie powiedziałam. Nie chciałam byś na siłę mi pomagała, okazywała litość, patrzyła na mnie przez pryzmat choroby. Chciałam byś do końca była dla mnie taka sama. Przeżyć z Tobą te ostatnie chwile jakby to nie istniało. Dziękuję, że mi na to pozwoliłaś. Proszę Cię, nie zapomnij mnie. Będę tam żyła tak długo jak długo Ty mnie nie nie zapomnisz. Mam nadzieję, że wieczność.
Dobranoc kochana.
P.S. Na zawsze z Tobą.
***
Wszyscy się rozeszli. Zostałam na cmentarzu sama. Przestałam zwracać już uwagę na non stop płynące po moich policzkach łzy. Pogodziłam się z płaczem. Nie mogłam jednak pogodzić się z jej śmiercią. Wiedziałam już, że nie odeszła nagle. Rak wyniszczał ja od miesięcy, a może nawet od lat. Przynajmniej wiedziałam, co ja zabiło. Na jej grobie kładę tylko białe róże. Uwielbia je. Są majestatyczne, dostojne, cudowne i niewinne. Obiecałam sobie, że będzie żyła ze mną. Dopóki nie umrę. Wtedy ja do niej przyjdę. Szkoda, że wcześniej nie poznała mojego wyboru.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz