25.12.2013

Zaćpana, Zajarana, Zakochana. - Rozdział I

-Idę mamo!- krzyknęłam zbiegając po schodach.
-Magda, pospiesz się! Ile można na ciebie czekać?! -usłyszałam zirytowanym głos mojej siostry.
-Nie odzywaj się! To nie ty jedziesz właśnie na super ważną sesję! -warknęłam na nią wściekle. Moja siostra uwielbiała mi docinać i robiła to w każdym możliwym momencie. Nigdy nie pozostawałam jej dłużna, ale dziś nie miałam na to nastroju. Jedyne o czym myślałam to czekające mnie dziś wyzwanie. Właśnie zamykały za sobą drzwi kiedy ja wpadłam z impetem do przedpokoju. Szybko włożyłam buty i narzuciłam na siebie kurtkę. Wyszłam z domu,podbiegłam do samochodu i wślizgnęłam się na przednie siedzenie samochodu.
-Gotowa? -zapytała mama uśmiechając się do mnie ciepło dodając otuchy. Zrobiłam głęboki wdech i przytaknęłam ruchem głowy, a ona odpaliła samochód. Byłam tak strasznie zdenerwowana, ale z drugiej strony taka podekscytowana. 
-To jedziemy. -powiedziała mama i uśmiechnęła się w ten swój miły i pokrzepiający sposób. Widziała jak bardzo się denerwuje. Zrobiłam głęboki wdech i wydech próbując w ten sposób pozbyć się całego stresu.
-To jedziemy. -powtórzyłam uśmiechając się do siebie. I pojechałyśmy w stronę studia. W stronę mojego nowego życia. Szybko dojechałyśmy na miejsce.
-Dasz sobie radę, kochanie. -powiedziała dotykając mojego policzka. -Powodzenia.
-Dzięki. -odpowiedziałam przytulając ją mocno.
-Zobaczysz, że się uda. Pokaż im co potrafisz! -mówiła moja siostra próbując mnie chociaż trochę uspokoić. Widziała jak się denerwuje. Z resztą trudno było nie zauważyć głosu, który zwykle mocny i stanowczy, teraz wcale tak nie brzmiał. Po za tym moja mama miała chyba jakiś szósty zmysł, bo zawsze wyczuwała moje nastroje. Choćbym nie wam jak chciała tom ukryć ona zawsze wiedziała, że coś jest nie tak. Spojrzałam na nią wychodząc z auta, a ona posłała mi kolejny miły matczyny uśmiech. Starałam się jak najlepiej go odwzajemnić, ale tak zżerały mnie nerwy że chyba mi nie wyszło...
-Na pewno Ci się uda. Taka z ciebie laska, że trudno by było cię pominąć! -zażartowała moja siostra. Posyłając mi taki uśmiech jakby dla niej to było oczywiste, że wypadnę genialnie. -Wiesz,zawsze możesz sobie popatrzeć na jakiś fajnych facetów, nie? W końcu tam będzie ich pełno! -dodała śmiejąc się pod nosem.
-Spadaj! -rzuciłam uśmiechając się szeroko. Udało jej się trochę mnie rozluźnić.
-Daj z siebie wszystko kochanie. -rzuciła mi mama kiedy wychodziłam z samochodu. Ledwo to usłyszałam, bo jedyną rzeczą która teraz dla mnie istniała było wejście do wielkiego szklanego budynku przede mną.
-Magda? -usłyszałam gdy tylko weszłam do środka.Odwróciłam się w tam tym kierunku i zobaczyłam uśmiechniętą brunetkę średniego wzrostu w spódnicy i kremowej bluzce stojącą przy recepcji. To była Alicja. Znałam ją, bo była znajomą mojej mamy.
-Cześć. -odpowiedziałam uśmiechając do niej. Wiedziałam, że od momentu kiedy tu wejdę nie mogę mieć ani chwili zawahania, muszę być pewna siebie.
-Hej! -przywitała mnie.-Chodź ze mną. -dodała i ruszyła długim korytarzem w stronę wind. Przez pomieszczenie przewijało się mnóstwo ludzi. Wszyscy gdzieś pędzili. Łącznie z nami. Przeszłyśmy cały korytarz i szybko wślizgnęłyśmy się do pustej windy.
-Twoja pierwsza taka sesja? -zapytała kiedy zostałyśmy same.
-Tak, pierwsza. -odpowiedziałam i przygryzłam wargę.
-Widać. -uśmiechnęła się pod nosem .- Ale nie martw się. -dodała. -Dasz radę.
Położyła mi rękę na ramieniu .
-Dziękuję. -odparłam cicho zdziwiona gdy wysiadałyśmy.
-Nie martw się Magda. Znam Cię i wiem, że sobie poradzisz. -jeszcze raz Alicja dodała mi otuchy.
-Obyś miała rację. -powiedziałam uśmiechając się. Wysiadłyśmy na trzecim piętrze. Na korytarzu było tylko kilka krzątających się osób. Alicja wciąż uśmiechała się do mnie ciepło. Otworzyła jedne z wielu drzwi znajdujących się wzdłuż korytarza.
-To Kaja i Weronika. -powiedziała wskazującą dwie  rozmawiające dziewczyny stojące na środku sporego pokoju. -Teraz one się Tobą zajmą. -odparła. Potem uśmiechnęła się i wyszła szeptając do mnie ledwie słyszalne "Powodzenia" . W pokoju był chyba garderobą. Było tam kilka wieszaków pełnych ubrań i duża toaletka z masą cieni, podkładów i tym podobnych rzeczy.
-Cześć, jestem Magda. -przedstawiłam się dziewczynom.
-Hej. -odpowiedziały niemal chóralnie.
Uśmiechnęłam się biorąc głęboki wdech.
 Przez następną godzinę słuchałam ich historii o najseksowniejszych facetach pracujących w tym budynku, a one robiły wszystko bym wyglądała tak, że nawet gdyby Naoim Campbell stanęła przede mną wyglądałaby na osobę przeciętnej urody . Potem nareszcie była sesja. Mój pierwszy krok w stronę, w którą nie wiadomo czy powinnam iść.

18.12.2013

by Sosna

Zobaczyłam go tam. Stał i obejmował ją. Ten widok był jak nóż w plecy. Oni razem. Przecież z nią zerwał. Teraz spotykał się ze mną. Więc co to miało znaczyć?
"Może nic się nie dzieje tylko jestem przewrażliwiona?- pomyślałam
W tym momencie Karolina go pocałowała. Pierwsza łza zaczęła znaczyć swój ślad na moim policzku. Już czułam kolejne napływające mi do oczu. Ścisnęłam powieki próbując je powstrzymać, ale wiedziałam, że nie potrafię. Nie potrafię na nich patrzeć. Moja najlepsza przyjaciółka całująca się z chłopakiem mojego życia. Jednak coś nie pozwalało mi się stamtąd ruszyć. Jakby jakaś tajemnicza siła odebrała mi władzę w nogach. Stałam nieruchomo wpatrując się w scenę przede mną. Nagle Karolina pożegnała go czule i wsiadła w autobus, który właśnie przyjechał. Spuściłam wzrok. Czułam się taka.....pusta. Okłamał mnie. Jeszcze z nią. Mówił mi, że zakończył tamten związek, bo chce być ze mną. Wydawał mi się, że to było szczere. No właśnie tylko mi się "wydawało".
-Magda?- usłyszałam jego krzyk - Magda!
Gdy tylko dotarł do mnie jego głos wybuchła we mnie wściekłość. Jak śmiał po tym co zobaczyłam jeszcze się do mnie odzywać?! Odwróciłam się i zaczęłam biec przed siebie. Nie zważając na łzy i wiatr, który targał moje włosy chciałam uciec jak najdalej. Nie miałam ochoty na niego patrzeć.
-Zaczekaj! Magda! To nie tak!- krzyczał za mną. Zbliżał się do mnie.Przez płacz trudno mi było złapać oddech, a on był ode mnie szybszy. Chwycił mnie za rękę. Próbowałam się wyrwać, ale miał mocny uścisk. Stanęłam, bo wiedziałam, że już nie dam rady uciec. Postanowiłam powiedzieć mu teraz co o nim myślę.
- Wstrętny kłamco- wykrzyknęłam odwracając się i patrząc mu w oczy - Co chcesz mi powiedzieć?! Nie chciałem? To nie tak jak myślisz skarbie? A jak niby? Jesteś z nią, widziałam Was przed chwilą. Wcale z nią  nie zerwałeś...
- Ale...-próbował mi przerwać, ale ja mu nie pozwoliłam
-... przez te cały czas okłamywałeś mnie!- krzyczałam
Byłam wściekła! Jak on mi mógł to zrobić? Dlaczego to zrobił?
- Nienawidzę Cię! Czułam kolejną falę łez. Zamknęłam oczy.
- Magda...- powiedział cicho. Jego głos był dziwnie słaby, cichy...
Nie chciałam go słuchać!
- Zostaw mnie- przerwałam mu. - Nie chcę Cię znać! Nienawidzę Cię Kamil!
-  Mogłabyś mi dać dokończyć?- krzyknął nagle podnosząc opuszczoną dotąd głowę
- Niby co? Nie mamy sobie nic do powiedzenia.- podsumowałam
- Ja mam!- przerwał mi. Dopiero teraz zauważyłam jego łzy. - Nie potrafiłem jej powiedzieć, złamać jej serca....Bałem się, że jak ona się o nas dowie.. znienawidzi nie tylko mnie, ale nas oboje.
-  Więc dlaczego ze mną jesteś?- zapytałam krzycząc mu w twarz i patrząc w oczy..
- Bo cię kocham głupku!- powiedział. W jednej chwili objął moją twarz dłońmi i pocałował mnie. Trzymał mnie tak, jakby się bał, że mu ucieknę. Nawet przez chwilę o tym nie pomyślałam. Położyłam ręce na jego ramionach. W jednym momencie ustąpiła cała złość. Jakby za dotknięciem jego ust został tylko spokój i moja miłość do niego. Zdawało mi się, że w tym momencie istnieje tylko on, ja i nasza miłość.

8.10.2013

Sick Love-informacja

  Uwaga, informacja dla wszystkich, którzy czytali Sick Love- opowiadanie zawieszam. Chodzi i sprawy osobiste, aczkolwiek nie byłabym w stanie tego pisać. Od razu jednak informuję, że jest szansa, że wrócę do Sick Love. 
  Żeby jednak trochę to wynagrodzić będę pisać inne opowiadanie, które już zaczęłam, więc wkrótce powinna się pojawić nowa notka.
Pozdrawiam i przepraszam,
LBL

4.09.2013

Kartka z pamiętnika....

A co gdybyś mi powiedział, że mnie kochasz, że Ci zależy, ale ten związek nie ma szans przetrwać, że wolisz zapomnieć......
Co bym zrobiła ze świadomością, ze mnie kochasz, ale nigdy nie będziemy razem? Ze jesteś mój, ale nie do końca...........
Powiedziałabym Ci wtedy, że warto spróbować, bo nie jesteś dla mnie zwykłym chłopakiem, który mi sie podoba, bo chociaż mam naście lat to moge śmiało stwierdzić, że Cię kocham i jestem tego pewna w stu procentach. Kiedy Cię widze moje serce bije 1000 razy szybciej, a kiedy cie nie ma to cholernie za tobą tęsknie. Chociaż trudno w to uwierzyć to w bardzo dużym stopniu zmieniłeś moje życie, bo dzieki Tobie potrafię dostrzegać rzeczy, których inni nie widzą, czerpie energie ze wszystkiego i staram cieszyć się życiem. Chociaż na początku nie było to łatwe, bo gdy cie nie ma to wręcz umieram z tęsknoty. Przez cały czas odliczam dni do naszego następnego spotkania, kiedy znów Cię zobaczę, poczuje twój dotyk i ciepło bijące od Ciebie. I uwierz że bez Ciebie jest mi bardzo ciężko, ale wtedy mysle że ty chciałbys, żebym była szczęśliwa, ale bez Ciebie nie umiem, więc żeby nie wpaść w paranoje po prostu wyobrażam sobie Ciebie obok. Udaję, że jesteś cały czas przy mnie, oszukuję samą siebie.... inaczej nie moge bo bym już dawno zwariowała. Nie wiem jakim cudem ale wywróciłeś moje życie do góry nogami, całkiem namąciłeś mi w głowie, a ja przecież zawsze tak bardzo uważałam, bo właśnie najbardziej tego się bałam, że nie poradze sobie bez Ciebie. I chociaż juz wiele razy próbowałam to nie potrafie zapomnieć. I przez te słowa, może troche zbyt zagmatfane chce ci powiedzieć że cię kocham i moim największym pragnieniem jest żebys należał do mnie, więc zawalczmy o tą miłość, bo wiem że warto....<3

1.08.2013

Arystokrata - rozdział V


* Oczami Arystokraty *

Usiadłem na ławce na przeciwko jeziora. W mojej ręce wciąż tkwił jej skórzany zeszyt. Długie gałęzie wierzb muskały  niezmąconą tafle wody tworząc wodne okręgi. Słońce chyliło się ku zachodowi oświetlając ciepłymi promieniami cały park. W jeziorze odbijało się wszystko wokół jakby tworząc po drugiej stronie drugi świat niczym w magicznym lustrze, przez które chce się przejść. Wciąż chciałem go otworzyć. Teraz już nie mogłem się powstrzymać. Jeszcze raz przejechałem ręką jego brązową okładkę.Po prostu nie mogłem już czekać. Chciałem wiedzieć co tam jest. Chciałem wiedzieć jaka ona jest. Moja ręka dotknęła brzegu zeszytu. Ledwo podniosłem okładkę kiedy czyjaś dłoń jednym ruchem zamknęła go.
-Nie, oddaj mi go.-usłyszałem dziewczęcy głos nade mną. Ręka chwyciła mocno notatnik z zamiarem zabrania mi go. Wiedziałem kto to, ale mimo to nie podniosłem wzrok znad przedmiotu.
-Co jeśli odmówię?-zapytałem przekornie.
-Takiej opcji nie ma.-padła szybka odpowiedź, której ton wskazywał,że nie mogę jej odmówić. Puściłem zeszyt i spojrzałem w górę. "Moja Alicja śledzi upadłego anioła..." przemknęło mi przez mi głowę, a na mojej twarzy pojawił się przelotny uśmiech. Przycisnęła go mocno do siebie. Patrzeliśmy w swoje oczy. Wyglądała jakby nie odczuwała emocji. Kamienna twarz i puste oczy... Wiedziała jak ukryć uczucia.
-Dziękuję.- rzuciła do mnie ruszając przed siebie. W porę jednak chwyciłem ją za nadgarstek i nie pozwoliłem odejść. Widziałem jak z trudem powstrzymuje się by nie warknąć na mnie jednak usłyszałem tylko spokojne i ciche :
-Puść.
-Nie myśl, że pozwolę Ci odejść. -odparłem, a kiedy się odwróciła ruchem głowy wskazałem miejsce na ławce obok mnie. Spiorunowała mnie spojrzeniem jednak pozostałem niewzruszony czekając aż usiądzie obok. Tak jak powiedziałem, nie pozwolę jej teraz odejść. Patrzyła przed siebie dając mi do zrozumienia, że kiedy tylko puszczę jej rękę odejdzie. Czekałem jeszcze chwilę w milczeniu. Obserwowałem ją. Jej oddech powoli zwalniał. Napięte mięśnie rozluźniały się. Chciałem żeby to czy zostanie było jej własną decyzją, więc puściłem jej rękę. Na chwilę zamknęła oczy. Kiedy je otworzyła widziałem w nich tylko spokój. Na jej twarzy dostrzegłem dziwny może nieco zrezygnowany uśmiech. Usiadła. Nawet na mnie nie spojrzała. Wpatrywała się tylko gdzieś w dal. Milczeliśmy tak oboje patrząc na ten szary świat. Zastanawiałem się jak zacząć tę rozmowę, o co zapytać najpierw czy czekać aż ona się odezwie. Mnie jednak nawet ta cisza sprawiała przyjemność. Ugrzęźliśmy w labiryncie słów, pytań, myśli... Cisza nie była teraz niczym zły, niezręcznym, ale przyjemnym odpoczynkiem.
-Dlaczego go zabrałeś? -usłyszałem w końcu pytanie.
-Zgubiłaś go,a ja chciałem Ci go zwrócić. Nawet nie zauważyłaś, że wypadł Ci z rąk. -odpowiedziałem. Znów wróciła cisza.
-Oddałem Ci go więc mogłaś odejść, a jednak usiadłaś obok mnie. Dlaczego? -zadałem jej pytanie i spojrzałem na nią. Spuściła wzrok.
-A dlaczego chciałeś żebym została? -zapytała w odpowiedzi. Już chciałem otworzyć usta i odpowiedzieć jej, ale nagle coś do mnie dotarło. Nagle doszło do mnie, że nie wiem czemu chciałem żeby została. Wydałem tylko z siebie ciche westchnienie spuszczając wzrok.
-Sam widzisz. -zaśmiała się cichutko trochę nerwowo. Potem spojrzała na mnie. Czułem spojrzenie jej oczu na swojej twarzy.
-Czy tamtego dnia... Dlaczego Wiktoria..
-Nie przejmuj się nią.- przerwałem jej. -Ona jest jaka jest. Jej słowa nie są wiele warte, zaufaj mi.-dodałem.
-Znam ją, bardzo dobrze ją znam. Wiem kiedy kłamie, to co powiedziała wcale nie było kłamstwem... -odparła odwracając wzrok. Jej głos stał się nagle zimny i ostry, niczym ostrze noża.
-Zabolało Cię to...
-Nie. -szybko zaprzeczyła.
-Nie pytałem, stwierdziłem fakt.
-To nie jest fakt, bo wcale mnie nie zabolało. Nie obchodzisz mnie , więc to mnie nie ruszyło. Nie znoszę Wiki. -odparła, a ostatnie słowa dorzuciła jakby to było oczywiste, jakby śmiała się z tego, że w ogóle mogłem sobie inaczej pomyśleć.
 -Więc dlaczego chciałaś o to zapytać? -zadałem kolejne pytanie.
-Chciałam znać prawdę.
-A prawda jest taka, że nie tylko Ciebie szczerze nienawidzi.-odparłem i spojrzałem znów na nią. -Czyli kolejna rzecz która nas łączy? -zapytałem uśmiechając się łobuzersko.
-Kolejna?? -zapytała zdziwiona i spojrzała na mnie wzrokiem, który odczytać można było jako "Jaja sobie robisz? My coś wspólnego??" .
-Oboje piszemy i Wiki nas nienawidzi. -stwierdziłem wstając z ławki. -A no i jeszcze oboje uwielbiamy pić cappuccino. Co powiesz na mały układ? -zapytałem nagle pochylając się i opierając się na swoich kolanach tak by spojrzeć jej w oczy. -Postawię Ci duże cappuccino z podwójną pianką i dużą ilością czekolady, a Ty obiecasz mi coś.
-Co miałabym Ci obiecać? -zapytała od razu.
-Że uwierzysz mi kiedy powiem, że Wiki kłamała i nic mnie z nią nie łączy.
 Wstała i wciskając mi palec wskazujący w środek klatki piersiowej powiedziała:
-Wiedz, że zgadzam się tylko ze względu na podwójną piankę i czekoladę, a nie twój uśmiech. Nawet jeśli niektóre uważają, że jest słodki. -odparła uśmiechając się szyderczo i ruszyła w stronę kawiarni. Na mojej twarzy mimowolnie pojawił się uśmiech zwycięzcy.
-Co? Czyżbyś uważała, że słodko się uśmiecham? -zapytałem doganiając ją i chwytając pod ramię. Najpierw zacisnęła dłoń i chciała się odsunąć, ale potem jakby zrezygnowała i oparła się o mnie.
-Nie, powiedziałam tylko, że niektóre uważają, że się słodko uśmiechasz.
-Mam nadzieje, że "niektóre" oznacza "ja". -odparłem.
-Jedyna naprawdę słodka rzecz, którą Ty możesz mi zaoferować to cappuccino z czekoladą.- rzuciła i posłała mi spojrzenie, z którego wyczytałem jedno, "Dziękuję za szczerość" .

29.06.2013

Sick Love 2

 - Jesteśmy. Tu mieszkam-oznajmiłam kiedy doszliśmy do średniego domku jednorodzinnego. Dom, jak większość w Stanach, był drewniany,pomalowany na biało, z werandą, na której była ławka. Taki zwykły, amerykański dom. Jednak z racji tego, że mieszkałam tu przez całe życie, byłam bardzo przywiązane do tego miejsca i za nic nie zamieniłabym go na żaden inny.
 - Szkoda, fajnie się gadało-uśmiechnął się do mnie, a ja poczułam przyjemne ukłucie w brzuchy. Nie twierdzę, że od razu zagnieździł się tam rój motyli, ale hej, facet bynajmniej nie był brzydki...-Musimy to kiedyś powtórzyć.
- Z chęcią-zarumieniłam się, jednak odpowiedziałam tak samo szerokim uśmiechem.
- Może dasz mi swój numer? Będzie łatwiej się spotkać-kiwnęłam głową i od razu podałam ciąg cyferek.
 Nagle drzwi frontowe otworzyły się, a w nich stanął mój starszy brat Paul.
- Rose, mama mówi, że masz kończyć te flirty i przyjść na obiad. A jeśli twój chłopak chce, to może zjeść z nami, tylko ma się szybko zdecydować-krzyknął do nas, a ja spaliłam buraka. Paul się tym jednak nie przejął i wrócił do domu.
- O mój boże, przepraszam cię za niego-spojrzałam na ziemię, która w tym momencie wydała mi się niezwykle interesująca. Miałam ochotę zabić tego głąba. A potem zapaść się pod ziemię.
  Dave zaśmiał się tylko.
- Nie martw się, moja siostra ma tak samo-uśmiechnęłam się lekko i spojrzałam a niego.
- Dobre porównanie . Myślę, że Paul i twoja siostra by się dogadali-spojrzałam w stronę domu.-Słuchaj muszę już iść. Chyba, że serio chcesz wpaść na obiad, to zapraszam.
- Nie, dzięki. Dzisiaj nie mogę, przyjeżdża ciocia i muszę być w domu -przewrócił oczami.- Ale kiedyś  na pewno skorzystam-mrugnął do mnie.
 Szybko się pożegnaliśmy, jako że mój brat zaczął wysyłać mi "dyskretne" znaki, że mam już wracać. Kiedy tylko przekroczyłam próg domu, wrzasnęłam:
-Paul, ty idioto! To NIE jest mój chłopak!
-Wyluzuj mała!
-Sam jesteś mały! Mówiłam ci, żebyś tak do mnie nie mówił!
-Ale to prawda, jesteś mała-uśmiechnął się złośliwie. Taaaak...byłam mała... to znaczy nie byłam wcale AŻ TAK mała,jednak przy niektórych dziewczynach moje 163 cm wzrostu wypadało blado...
-To nie znaczy,że możesz tak do mnie mówić!-podeszłam do stołu w jadalni i usiadłam na swoim zwyczajowym miejscu.
-Mnie wszystko wolno. Przywilej starszego brata-uśmiechnął się jeszcze bardziej złośliwie. Westchnelam ciężko i nałożyłam sobie zapiekanki na talerz. Chwilę później do mnie i Paula dołączyli rodzice.
-Kto to był? Ten chłopak?-zapytał niby od niechcenia tata. Był strasznym furiatem jeśli chodzi o chłopców. Na samym początku zabronił mi spotykać się z Natem, bo uważał,że jest dla mnie za stary. A kiedy mówiłam mu, że Nate jest gejem, twierdził, że mówię to po to,żebyśmy mogli być razem.... Jakaś kompletna paranoja... Dopiero gdy wszyscy w szpitalu potwierdziły moje słowa, tata pozwolił mi się z nim zadawać...
-Kolega-opowiedziałam niewzruszenie.
-Jasne,kolega...tak to się zawsze zaczyna, a potem kończy się na dziewięciomiesięcznym brzuchu- usłyszałam głos młodszej siostry Cassie. Spojrzałam na nią zdziwiona. Bo czy normalne jest, by dziesięciolatka opowiadała, a raczej wiedziała takie rzeczy?
Hmmmm... Chociaż z drugiej strony Cassie nigdy nie była zbytnio normalna... W wieku ośmiu lat miała takie samo IQ jak ja... A nie zauważyłam,żeby ktoś uważał mnie za głupią...
W obecnym wieku, jej IQ jest takie, jak moje i Paula razem wzięte. Chociaż po nim bym się wiele nie spodziewała...
Mama słysząc te słowa zakrztusiła się zapiekanką.
-Możesz mi powiedzieć, skąd wiesz takie rzeczy?
Cassie westchnęła i przewróciła oczami, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem.
- Mamo,mamy dwudziesty pierwszy
wiek...a poza tym oglądam MTV.
- Mówiłam, że trzeba zablokować ten kanał w jej pokoju-mama zwróciła się do taty.
- Nie przeszkadzajcie mi jak rozmawiam z córką!- popatrzył na wszystkich surowo.- Więc co to za chłopak?
- Już mówiłam! Kolega- starałam się szybko wszystko szybko zjeść, żeby tylko stamtąd uciec.
-Ale jaki kolega? Judy czy ty znasz tego jej kolegę?
-Prawdę powiedziawszy widziałam go już. Był w Starbucksie w zeszłą niedzielę-kiwnęła twierdząco głową mama.-Taki całkiem,całkiem.

-Mamo!-oburzyłam się.
- No co? Taka prawda...
-Wiecie co? Ja już zjadłam. A na deser nie mam ochoty-wstałam od stołu, zabrałam swój talerz z niedojedzoną zapiekanką i odniosłam go do kuchni. Potem szybko wbiegłam po schodach do pokoju i zamknęłam drzwi z trzaskiem.
 Z głośnym westchnieniem rzuciłam się na łóżko i zaczęłam wpatrywać się w sufit. Nie to,żeby coś tam było. Po prostu mi się nudziło.
 Zaraz jednak dopadły mnie myśli o pewnym przystojnym brunecie, o jego cudnych oczach, seksownym głosie... Dobra, może jego głos wcale seksowny nie był, w każdym razie był zajebisty, jak cała reszta.
Zastanawiało mnie, czy rzeczywiście się jeszcze spotkamy i czy coś z tego będzie. Nie ukrywam, że wcale by mi nie przeszkadzało, gdybyśmy byli razem,ale mimo to byłam pełna obaw. I wcale nie chodziło o odrzucenie, bo miałam silne wrażenie, że Dave jest zainteresowany..chodziło o białaczkę. Wiedziałam, że kiedyś musiałam mu powiedzieć, ale...co jak mu powiem, a on zdecyduje się być ze mną z litości?Już bym wolała, żebyśmy w ogólne nie byli razem...
 Poza tym, skąd mam wiedzieć, który moment będzie najodpowiedniejszy? Jak mu powiem za wcześnie, może się wystraszyć, a jak mu nie powiem wcale, też będzie źle...
 Westchnęłam po raz kolejny i sięgnęłam po laptopa. Szybko zalogowałam się na Facebooka i włączyłam muzykę. Następnie sięgnęłam po książkę, ale nie zdążyłam przeczytać nawet jednego zdania, kiedy usłyszałam dźwięk przychodzącej wiadomości.
 "Cześć Promyczku. Co tam u ciebie?"-napisał Nate
 "Poznałam kogoś ;)"
 "Chłopaka?"
 "Nie, Godzillę xD No jasne, że chłopaka ;P "
 "...może mnie z nim zapoznasz?"
 "pfff chciałbyś :P"
 "ty się lepiej zastanów, jak go przedstawić tacie ;D"
 "już go widział -,-. dzisiaj przy obiedzie zrobił mi przesłuchanie..."
 "można się było tego spodziewać xD Idziesz do kina?"
 "masz wolne?"
 "a mam ;)"
 Spojrzałam na zegarek-była piętnasta trzydzieści. Na osiemnastą czterdzieści miałam umówiona wizytę u lekarza.
 "a na co?"
 " coś się ogarnie na miejscu ;)
   idziesz?"
 "idę :D"
 "ok, przyjadę po ciebie za dwadzieścia minut"
  Wylogowałam się z Facebooka i zaczęłam pakować torbę. To znaczy wrzucać do niej rzeczy, które według mnie mogłyby się do czegokolwiek przydać.
 Przy okazji zajrzałam do portfela i przeraziłam się widząc ile pieniędzy miałam. A raczej ile mi ubyło....
Złapałam torbę i zbiegłam na dół.Wpadłam do salonu, gdzie siedziało moje rodzeństwo.
-Gdzie tata?-zapytałam.
-Chyba w gabinecie-mruknęła zapatrzona w telewizor Cassie. Kiwnęłam głową na znak podziękowania i skierowałam się do gabinetu ojca. Zapukałam głośno, a gdy usłyszałam "proszę", weszłam do środka.
-Hej tatusiu-uśmiechnęłam się promiennie do niego.
-Czego chcesz?-burknął przeglądając papiery. Może się wydawać, że brzmiało to nieuprzejmie, ale wcale tak nie było.
-Mam taką prośbę do ciebie....Bo chodzi o to,że chciałam iść z Natem do kina, a skończyły mi się pieniądze...
 Tata spojrzał na mnie krzywo, ale otworzył portfel i dał mi banknoty. Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, podbiegłam do niego i cmoknęłam go w policzek.
-Dziękuję.
-Tak, tak, idź już-machnął ręką w stronę drzwi. Wyszłam z gabinetu i ponownie udałam się w stronę salonu, Usiadłam na fotelu, bo wciąż miałam jeszcze piętnaście minut, a leciał akurat Fineasz i Ferb, mój ulubiony odcinek.
 Tak mnie wciągnęło, że się zapomniałam i dopiero kiedy usłyszałam dzwonek telefonu przypomniałam sobie o Nate'cie.  Szybko zerwałam się na nogi i wybiegłam z domu. Wsiadłam do samochodu Nate'a i spojrzałam na niego ze skruchą.
-Przepraszam, leciał Fineasz i Ferb....
-Taak, to wiele wyjaśnia-zaśmiał się. Ruszył, a już po dziesięciu minutach byliśmy w galerii handlowej. Wjechaliśmy ruchomymi schodami na górę i podeszliśmy do repertuaru, jako że całe piętro było zajęte przez kino.
-To na co idziemy?
-Nie wiem... Nie ma nic ciekawego...
- To może sobie darujemy i po prostu sobie pochodzimy?-zaproponował.
Kiwnęłam głową na znak zgody. Zdecydowaliśmy się pójść najpierw do sklepów. Zobaczyłam śliczną sukienkę i od razu jej zapragnęłam.
-Ślicznie wyglądasz-skomplementował mój wygląd Nate,kiedy po przymierzeniu pokazałam mu się.-Masz seksowny tyłek.
-Spadaj-pokazałam mu język, chociaż sama nieskromnie tak uważałam. Byłam zachwycona, jednak mój zapał opadł znacznie, gdy spojrzałam na cenę.
-Co jest Promyczku?
-Nie stać mnie na nią. Muszę po nią wrócić kiedy indziej.
-Daj spokój, pożyczę ci.
-Nie, dzięki. Nie trzeba-uśmiechnęłam się i wróciłam do przymierzalni. Gdy już byłam w swoich ciuchach odwiesiłam sukienkę i wyciągnęłam Nate'a ze sklepu. Gdybym tam została, z pewnością przyjęłabym propozycję Nate'a, a nie chciałam tego.
-Ok,Rosie. Idź nam znaleźć miejsce w jakieś knajpce, a ja idę do toalety-kiwnęłam głową i się rozstaliśmy. Poszłam w kierunku zbiorowiska wszystkich restauracji, jakie były w galerii. Wszystkie miejsca siedzące znajdowały się na otwartej przestrzeni, z jednej strony były otoczone restauracjami, a z drugiej było przejście dla klientów galerii.
Znalazłam miejsca najbliżej przejścia i z niecierpliwością czekałam na powrót przyjaciela. Gdy go zobaczyłam, zirytowałam się.
-Nate miałeś iść do kibla, nie do sklepu-trzymał w ręku torbę z zakupami
-Ty mi lepiej podziękuj, Promyczku.I wiem, co zaraz powiesz.Ale możesz to potraktować jako prezent urodzinowy-uśmiechnął się szeroko, ukazując troszkę, ale w słodki sposób krzywe zęby. Spojrzałam na niego pytająco, na co ten wyciągnął z torby TĘ sukienkę. Otworzyłam usta ze zdziwienia, jednak zaraz rzuciłam się na szyję przyjacielowi i zaczęłam obcałowywać mu twarz.
-Kocham cię, kocham cię, kocham cię, kocham cię!
-To już wiemy-przytulił mnie mocno.
-Rose?-usłyszeliśmy dobrze znany mi głos. Odwróciłam się i zobaczyłam Dave'a. Na jego twarzy widniało zmieszanie,niepewność i coś trochę jak...zawód? Tak, zawód to dobre słowo.
-Cześć Dave-uśmiechnęłam się,jednak gdy ten nie odpowiedział tym samym,sama tego zaprzestałam.-Coś się stało?
-Nie mówiłaś, że masz chłopaka.
 Spojrzałam na niego zdziwiona. Chyba nie myśli, że Nate to mój chłopak? Albo i tak myśli...hmm...rzeczywiście, scena kiedy rzucam się na szyję bruneta i wyznaję mu miłość kilkukrotnie może być myląca...
 Nagle stojący za mną Nate wybuchnął głośnym śmiechem.
-To nie jest mój chłopak.Jesteśmy przyjaciółmi-powiedziałam nieśmiało.
-Tak,pewnie-Dave nie wydał się zbyt przekonany. Mierzył Nate'a nieprzyjaznym spojrzeniem,oceniając dwudziestoczterolatka. Nie wiem, do jakiego wniosku doszedł, ale niespodziewanie sposępniał.
-Stary, jestem gejem-powiedział szczerze Nate. Dave wybałuszył oczy, po czym autentycznie się zarumienił.-Chyba was na chwilkę przeproszę. Serio muszę iść do toalety-wręczył mi torbę z sukienką i nas zostawił.
-Ja..przepraszam Rose-wydukał.
-Nic się nie stało-pocieszyłam go,jednak chłopak dalej się rumienił. Chyba nie muszę wspominać, jak słodko       przy tym wyglądał?
-Nie, naprawdę. Nie miałem prawa tak się zachować. Przepraszam..
-Załóżmy, że jesteśmy kwita-mrugnęłam do niego, a on uśmiechnął się nieśmiało.
-On na serio jest gejem?-roześmiałam się.
-Z krwi i kości.

______________________________________________________________________________
Rozdział krótki, z mnóstwem dialogów, średnio mi się podoba. Ale chciałam coś dodać, zanim wyjadę, bo nie będzie mnie przez miesiąc. Niby wakacje, więc powinno się mieć więcej czasu na pisanie, ale jakoś tak wychodzi, że nie wychodzi xD a raczej trudno by było zamieszczać posty z miejsca, gdzie nawet zasięgu nie ma 0.o Ale rozdział, a może nawet dwa, pojawi się jak tylko wrócę do domu, bo nie zamierzam się obijać i mam zamiar napisać do przodu. Także pozdrawiam, i do następnego ;*
LBL






26.06.2013

Takie nocne rozmyślania

Czy Wy też tak czasem macie,że mimo, iż.sie bardzo staracie,nie możecie zasnąć? Bo ją tak mam naprawdę rzadko... Ale cóż, dziś jest właśnie taka noc... I zanim dorwalam się do telefonu siostry (bo moj telefon to jakiś chiński czy wietnamski szajs i ma wielkiego nieogara), tak sobie bezczynnie leżałam... Ja jestem wieelkim leniem i na ogół lubię takie lezenie, ale w nocy coś mi się dzieje i mój mózg zaczyna bardzo intensywnie pracować... Nie w dzień, nie w szkole na sprawdzianie czy kartkowce, tylko właśnie w nocy... No i jak on tak sobie intensywnie pracuje, a ją zaczynam rozmyślać. A tego nie lubię. Bo zazwyczaj dochodzę do takich wniosków, po których jest niefajnie.. Najczęściej te rozmyślania kierują się w jedną stronę-nieszczęśliwej,nieodwzajemnionej i niespelnionej miłości... Wiem, wiem, strasznie banalne,oklepane, bla bla bla... Alr coz..tak bywa..
No i jak tak sobie o niej myślę, to dochodzę do wniosku, że ten chłopak mnie tak denerwuje swoją zajefajnoscia, że po prostu nie mogę. Kiedy o nim myślę ogarnia mnie taka beznadziejna bezsilność, że aż samej siebie mi żal. A wszyscy cały czas mówią: idź,zagadaj do niego...jak ty czegoś nie zrobisz, to będziesz w dupie..
A wiecie co ją Wam powiem? Wolę być w dupie miz zostać odrzuconym. Wolę takie uczucie bezsilności niż ból po zostaniu wysmianym. Bo bądźmy szczerzy, ile takich miłości jest odwzajemnionych? Jak się dwie na dziesięć trafi, to będzie sukces...
A poza tym jestem dziewczyna! Może niektóre z Was są bardziej 'nowoczesne' albo po prostu odważne i pierwsze zagaduja do chłopaka,co bardzo podziwiam,bo sama sie nigdy nie odwazylam.. Ale ją jestem w tym temacie nie dość , że staroswiecka to jeszcze, w co mało osób chce wierzyć, nieśmiała.. Może jeszcze jakbym miała pewność, że ON czuje to samo,to bym zagadała.  Ale życie już takie jest,że nic nie idzie po naszej myśli. A ten debil,mimo naszych modlitw i blagan do TEGO NA GÓRZE nie zagada i będzie sobie taki idealny gdzieś z boku...
I to by było na tyle z cyklu 'co robię jak mię moge spac'. Z góry przepraszam za wszystkie literowki, niekonsekwencje w polskich znakach i prawdopodobnie jakieś dziwne i przypadkowe słowa, ale jak juz powiedzialam pisze na telefonie siostry, a tu jest ten cały słownik...
Tak więc dobranoc i do następnego, który powinien się przed wakacjami pojawic. Pozdrawiam LBL <3

22.06.2013

Sick Love 1

 Był sobotni poranek. Ładny poranek. Wychodziłam właśnie z gabinetu lekarskiego, do którego musiałam wchodzić co najmniej  raz w miesiącu. Było to męczące, ale konieczne.
  Mama czekała na mnie przed szpitalem. Po wizycie miałyśmy iść na kawę do Starbucksa.
 Szłam korytarzem w stronę wyjścia, co chwila pozdrawiając znajomych lekarzy, pielęgniarki, chorych. Przyjeżdżałam już tu jakiś czas, więc znałam wszystkich i wszyscy znali mnie. Chyba, że przyjeżdżał ktoś nowy.
  -Hej Promyczku, dokąd idziesz?- odwróciłam się i zobaczyłam idącego w moim kierunku wysokiego bruneta, pielęgniarza. Miał dwadzieścia cztery lata i był jednym z pierwszych ludzi, z którymi się zakolegowałam w szpitalu.Po miesiącu znajomości zaczął mnie nazywać promyczkiem, bo jak twierdził, dzięki mnie szpital opuściła ponura atmosfera.
 -Hej Nate. Co u ciebie?-zapytałam. -Jak się udała randka?
 -Porażka. Koleś był tak najarany....-pokręcił głową. Najbardziej w nim podobało mi się, że nigdy nie krył się z tym,  że był gejem. Niestety, przez to kim był, wielu ludzi nienawidziło go, obrażało.
 - Jak to jest, że zawsze jak idziesz na randkę, trafia ci się jakiś dupek?
 -Życie kochana, życie...-wzruszył ramionami.
 -Mnie to mówisz?-mruknęłam. Nate mrugnął w odpowiedzi.
  Pożegnałam się z nim i wyszłam na zalany promieniami słonecznymi dziedziniec. Była wczesna wiosna, z czego bardzo się cieszyłam, mimo że pogoda jeszcze nie raz dawała się we znaki. Przeszłam na parking dla gości zaczęłam się rozglądać za srebrną hondą mojej mamy.  Gdy w końcu ją znalazłam moja rodzicielka wysiadła z samochodu i pomachała mi. Podeszłam do auta i usiadłam od strony pasażera. Pojechałyśmy do Starbucksa, po czym weszłyśmy do kawiarni. Już od progu uderzył w nas zapach świeżej kawy. Kochałam to miejsce; gdybym mogła, spędzałabym tu każdą wolną minutę. Jednak brak prawa jazdy bardzo utrudniał człowiekowi życie....
   Wybrałyśmy sobie z mamą stolik, po czym udałam się złożyć zamówienie. Chwilę poczekałam na swoją Latte, po czym odniosłam ją do stolika i wróciłam po mrożoną kawę mamy. Zapłaciłam za napoje i odwróciłam się, by dołączyć do mamy.  Jednak przez swoją nieuwagę poczułam, że ktoś na mnie wpada,a mrożona kawa wylatuje mi z rąk. Wprost na wysokiego bruneta stojącego naprzeciwko mnie. Stałam tam, przyciskając ręce do ust.
- O mój Boże! Przepraszam, bardzo przepraszam!-wykrzyknęłam zawstydzona. Wszyscy się na nas patrzyli.-Ktoś na mnie wpadł i kawa mi wyleciała z rąk. Przepraszam!
- Nic się nie stało, spierze się-pocieszył mnie chłopak patrząc na wielką plamę na swojej piersi. Chwilę potem podniósł głowę i spojrzał na mnie swoimi czekoladowymi oczami. Udało mi się zarejestrować jeszcze duże, kształtne usta i prosty nos. Był niesamowicie przystojny, przez co na chwilę zaniemówiłam. Szybko jednak się ogarnęłam, zdając sobie sprawę jak głupio muszę wyglądać.
- Ja...przepraszam-bąknęłam czerwieniąc się."Ogarnij się!"-skarciłam się w myślach. Teraz już naprawdę musiałam wyglądać jak idiotka.
- Naprawdę nic się nie stało! Widziałem jak ten gościu na ciebie wpada. Nawet nie przeprosił-prychnął. Uśmiechnął się do mnie ukazując dwa rzędy idealnie prostych, białych zębów. Zarumieniłam się jeszcze bardziej, ale odwzajemniłam uśmiech. Chłopak znów otwierał buzię, żeby coś powiedzieć, ale wtrącił się jakiś blondyn.
- Sorki, że przeszkadzam, ale trochę nam się śpieszy-wtrącił patrząc na mnie, po czym przeniósł wzrok na bruneta.
- Tak, musimy już iść-mrugnął do mnie i razem z blondynem opuścił lokal. Wróciłam do kolejki i zamówiłam drugą kawę mrożoną, po czym wróciłam do zniecierpliwionej mamy.

***


Od incydentu w Starbucksie minął już tydzień, jednak moje myśli wciąż  zaprzątał nieznajomy z kawiarni. Cały czas myślałam o tych czekoladowych oczach, a kiedy już udało mi się skoncentrować na czymś konkretnym, zaraz się rozpraszałam by znów powracać myślami do tamtego wydarzenia.
   Siedziałam na łóżku "rozwiązując" zadanie domowe z matematyki, kiedy usłyszałam z dołu wołanie mamy:
- Rose! Lissa przyszła!
-Niech wejdzie na górę!-odkrzyknęłam zbierając notatki z łóżka.Rzuciłam je na biurko nie starając się nawet, żeby tu ogarnąć. Moja przyjaciółka widziała mój pokój w o wiele gorszym stanie niż dzisiaj. Usłyszałam kroki na korytarzy, a chwilę później drzwi uchyliły się i ujrzałam uśmiechniętą twarz pokrytą licznymi piegami. Te, połączone z miedzianymi falami włosów oraz zielonymi oczami wyglądały uroczo, ślicznie wręcz.  Lissa weszła do pokoju i rozwaliła się na łóżku, dalej szeroko uśmiechnięta.
- Też się cieszę, że cię widzę- prychnęłam zrzucając jej nogi na ziemię.
- Chyba się zakochałam -westchnęła. Przewróciłam oczami- mówiła to średnio co dwa miesiące. Niby nic takiego, ale na dłuższą metę stawało się to bardzo uciążliwe; już dawno przestałam zapamiętywać imiona kolejnych wybranków przyjaciółki.
- Mówisz tak za każdym razem.
-Tak, ale teraz to coś innego! Teraz....teraz chyba naprawdę się zakochałam- spoważniała, co od razu mnie zaniepokoiło. NIGDY nie przestawała się uśmiechać; nawet na pogrzebie babci....
-No dobra..jak on ma na imię?
- Nate - zarumieniła się. Uniosłam brwi w geście zdziwienia. Z naszej dwójki to ja byłam ta nieśmiała.Jednocześnie pomyślałam o swoim przyjacielu. Problem w tym, że on był gejem. A szkoda...- Musisz go poznać!- zerwała się na nogi i pociągnęła mnie za sobą.
-Ale że teraz?-złapałam w biegu telefon i wybiegłam za Lissą z pokoju-a raczej ona mnie z niego wyciągnęła.
-No teraz, a kiedy?
 Wychodząc z domu zdążyłam tylko poinformować o tym mamę, bo Ruda dalej mnie ciągnęła.  Zanim zdążyłam się zorientować, dokąd mnie ciągnie weszłyśmy do parku.  Weszłyśmy do miejscowej kawiarni i zamówiłyśmy sobie lody i gorącą czekoladę ( przyp.aut. tak wiem, to nie ma sensu, ale ja tak na przykład lubię ;P ) i po zapłaceniu wyszłam prze lodziarnię, gdzie miałyśmy czekać na nowego ukochanego Lissy.
 Czekałam i czekałam, a piegowata dalej nie wychodziła. Zniecierpliwiona spojrzałam na zegarek.  Już miałam z powrotem wejść do kawiarni, gdy usłyszałam za sobą męski głos:
- Lepiej uważaj, bo mogłabyś jeszcze tym kogoś oblać.
 Odwróciłam się i ze zdumieniem spostrzegłam, że przede mną stoi  nie kto inny, tylko brunet ze Starbucksa.
  Zaniemówiłam.  Jakim cudem wpadłam już na niego dwa razy w przeciągu tygodnia? I to jeszcze znów w kawiarni, w ten sam dzień tygodnia. Potrząsnęłam głową.
- Uhmm..Hej -uśmiechnęłam się do niego, co bardzo chętnie odwzajemnił.Już chciałam znów go przeprosić za to, co zrobiłam, kiedy on powiedział:
- Jeśli jeszcze raz mnie przeprosisz, to zwariuję!-zaśmiał się. Spojrzałam na niego zdziwiona.
- A ty co, w myślach czytasz?
-Nie, niestety nie. Po prostu zrobiłaś dokładnie taką samą minę, jak ostatnio kiedy mnie przepraszałaś-wytrzeszczyłam oczy. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie usłyszałam.- Może usiądziemy?
 Zgodziłam się chętnie. Nagle poczułam coś mokrego na ręce, a gdy spojrzałam w dół przypomniałam sobie o swoim lodzie, który zaczął się już roztapiać. Szybko złapałam za serwetki leżące na stole i szybko wytarłam rękę. Znów usłyszałam śmiech bruneta, ale szybko zgromiłam go wzrokiem. Przestał, a raczej próbował, choć nie bardzo mu to wychodziło. W końcu sama zaczęłam się śmiać, nie wiadomo z czego. Znaleźliśmy wolny stolik i usiedliśmy tam wciąż śmiejąc się właściwie bez powodu.
 -Przepraszam, że tak dłu...-urwała Alisson wychodząc z kawiarni. Patrzyła to na mnie to na bruneta.-To wy się znacie?
- Ty..ty jesteś Nate?-spojrzałam na bruneta,jednocześnie modląc się w duchu, żeby tak nie było.
- Na szczęście Nate to ja-wtrącił ktoś stojący za Lissą. Chwilę potem postać wychyliła się zza dziewczyny i ujrzałam blondyna ze Starbucksa. Odetchnęłam z ulgą.
- No więc? Wytłumaczy mi ktoś w końcu skąd się znacie?-zirytowała się Ruda. Spojrzałam się na bruneta i znów wybuchnęliśmy śmiechem. Nowo przybyli dosiedli się do nas, po czym nowa miłość mojej przyjaciółki w końcu odpowiedziała jej na pytanie.
- Już się spotkaliśmy. Tydzień temu, w Starbucksie. Twoja przyjaciółka wpadła na Dave'a i oblała go kawą. I tyle. Nie wiem, z czego się tak śmieją-wzruszył ramionami, a my zgodnie znów zaczęliśmy się śmiać. Musiało minąć kilka minut, zanim się ogarnęliśmy.
-Powoli zaczynam żałować, że ich wzięliśmy-westchnęła Lisa. Spojrzałam na nią oburzona.
- Odwal się! Najpierw wpadasz do mojego pokoju, gadasz od rzeczy, wyciągasz mnie na siłę z domu, a teraz mówisz, że żałujesz?Idę do domu!-zerwałam się z krzesła. Ku mojemu zdziwieniu Dave również wstał.- A ty gdzie?
- Jak to gdzie? Mnie też nie chcą-prychnął.-Idziemy?
 Szarmancko zaproponował mi swoje ramię. Kiwnęłam głową i złapałam jego rękę. Ruszyliśmy w stronę fontanny, po czym znów usiedliśmy, tym razem na ławce obok.
 - Wiesz, że dalej nie wiem, jak masz na imię?
- Rose- uśmiechnęłam się. - Wiesz może jak długo Lisa spotyka się z Natem?
-Z tego co wiem, to jakiś tydzień- wytrzeszczyłam oczy. Alisson nic mi nie powiedziała, ba!,nawet słowem się wcześniej nie zająknęła.
  Zmarszczyłam brwi, bo właśnie sobie coś uświadomiłam.
-Czekaj....to by znaczyło, że zaczęli się spotykać w niedziele, kiedy wpadłam na ciebie!
- Zgadza się. Jak wychodziliśmy ze Starbucksa, szliśmy właśnie na randkę-mrugnął do mnie, jednak ja odczułam lekka nutę zawodu...
- Randkę? Obydwoje byliście na randce z Lissą?
 Dave roześmiał się, ukazując urocze dołeczki w policzkach. Co jak co, ale on cały był uroczy...
- Nie. Nate wkręcił mnie w jakąś randkę w ciemno z jakąś jego kuzynką. Ale to była porażka. Gdyby nie ty, prawdopodobnie nie okazała się taką zołzą.
- Jak to? Co ja mam z tym wspólnego?- zdziwiłam się.
- Gdybyś nie wylała na mnie kawy, nie jechałbym się przebrać, przez co byłbym na czas. A wtedy ta laska nie zrobiłaby mi afery za pięć minut spóźnienia-dosłownie pięć!
 - To serio zołza - uniosłam brwi do góry, niby zdumiona. Tak naprawdę w środku skakałam z radości. Jeśli poszedł na randkę, znaczy, że nikogo nie ma. A skoro randka się nie udała, znaczy, że dalej nikogo nie ma.
-No. Ale nie mówmy no niej. Pomówmy o tobie.
-O mnie?
-O tobie.  Co lubisz robić w wolnym czasie?
-Dość banalne pytanie-uśmiechnęłam się.
- To może postaraj się, żeby odpowiedz nie była banalna?
 Zastanowiłam się nad tym. Co miałam mu powiedzieć? Że w wolnym czasie lubię poczytać książkę,pośpiewać, porozmawiać z mamą, tatą, babcią? Że lubię wychodzić z Lissą? Że lubię wspierać osoby z białaczką? Że lubię bawić się z dziećmi, które czeka taki sam los, jak mnie? Albo, że lubię biegać o zachodzie słońca, ale że to może się niedługo skończyć. Że lubię słuchać, jak śpiewają ptaki. Lubię słuchać szumu drzew, bzyczenia owadów... TO jest dopiero banalne. A resztę mojego czasu wypełniały wizyty u lekarza, chemioterapie..nie widzę sensu mówienia mu o tym.. Dlatego powiedziałam najbanalniejszą rzecz pod słońcem:
- Lubię miło spędzać czas. Nie ważne gdzie, z kim, ważne, żeby było miło.
-Patrz, to tak jak ja-uśmiechnął się szeroko.-I nie wiem jak ty, ale ja miło spędzam czas.
 Zarumieniłam się i już miałam mu odpowiedzieć, kiedy zadzwonił telefon. Spojrzałam na wyświetlacz.
-Tak mamo?-odebrałam.
-Rosie, kochanie za piętnaście minut obiad. Chciałabym, żebyś wróciła do tego czasu-oznajmiła moja rodzicielka. W moim domu obiad był świętością, a żeby go uniknąć, trzeba było mieć naprawdę dobrą wymówkę.
-Dobrze, będę.
-Jak Lissa będzie chciała, to też może wpaść.
- Myślę, że jednak dziś nie przyjdzie. Ma randkę.
-Boże, chroń tych biednych chłopców!-zaśmiała się mama. Ona też znała Lissę i jej ciągłe zmiany chłopaków. Pożegnałam się z mamą, po czym zwróciłam się do bruneta.
-Muszę iść.Za kwadrans mam być w domu.
-A daleko mieszkasz?
- Jakieś pięć minut stąd-wstałam.
-To może cię odprowadzę?-zaproponował po raz kolejny ukazując śliczne dołeczki.
-Bardzo chętnie-odwzajemniłam uśmiech.

_________________________________________________________________________________

Dodaję rozdział drugi, na szybko, bo muszę lecieć. Mam nadzieję, że się spodoba i z góry przepraszam, za wszystkie błędy. Do...przeczytania? W każdym razie, do następnego :*
LBL









Sick Love Prolog

  Rozpacz. Tylko to. Tylko rozpacz. W oczach rodziców widziałam tylko rozpacz. Z resztą, sama pewnie nie wyglądałam lepiej...
   Kiedy lekarz powiedział, co mi jest, w pierwszej chwili myślałam, że sobie ze mnie żartuje. Mimo, że to nie jest powód do żartów. A lekarze z takich rzeczy na pewno nie żartują.
   Patrząc na to w telewizji, czytając o tym w książkach, gazetach nawet nie potrafimy sobie wyobrazić, co czują ci ludzie. Nie potrafimy się postawić na ich miejscu. Myślimy "Przykro mi. Naprawdę. Dobrze, że mnie to nie spotkało". I tyle. Nie zdajemy sobie sprawy, że to może się przytrafić każdemu z nas.
 Teraz wiem, że życie jest krótkie. Zbyt krótkie, żeby się przejmować, wahać czy powstrzymywać.      Teraz to wiem. Wiem dlatego, że przydarzyło mi się coś, co zdarza się tysiącom ludzi na całym świecie.
 Choruję na białaczkę.




______________________________________________________________________________

Cześć i czołem! Chciałam Was wszystkich przywitać, ponieważ jest to mój pierwszy post na Czekoladowym. Wprawdzie wcześniej pisałam na innym blogu, jednak postanowiłam wesprzeć dziewczyny ( chociaż tak naprawdę to one wspierają mnie :) ) i przenieść moje dawno zaczęte, jednak troszkę opuszczone opowiadanie właśnie tutaj ;). Mam nadzieję, że Wam się spodoba ;)
LBL

12.05.2013

Spadam



Spadałam  w dół , a mroźne powietrze otulało moje ciało niczym najdelikatniejszy jedwab. Biała sukienka falowała poruszana przez stawiające opór powietrze, które nieudolnie próbowało unieść mnie  aż do chmur. Za kilka sekund miał nadejść ten moment. Nie myślałam nigdy że oczekiwanie na śmierć wymaga takiej cierpliwości. Te chwile, które początkowo miały trwać sekundy, wydawało się że trwały całe godziny. A może nawet więcej. Każda ta chwila, jej waga, znaczenie wpłynęło postrzeganie przeze nie śmierci. Ale to nie miało znaczenia . Przecież byłam już martwa. Rzucając się w otchłań ruchliwego miasta miałam pewność, że uwolnię się od tego całego ciężaru zwanego życiem, że uwolnię się od  „Całego Zła”.
Od samego początku nikt mnie nie rozpieszczał. Ojciec alkoholik , całymi dniami przesiadywał w pubie. Matka, zapracowana kura domowa , miała cały dom na głowie. Przychodził zawsze wieczorem , ledwo przytomny , chwiejnym krokiem idąc w stronę lodówki. Otwierał ją , stał tak kilka sekund i ponownie zamykał. Wtedy pojawiała się mama  i zaczynała się awantura. O wszystko. Wypominane nawzajem  błędy znałam na pamięć w idealnej kolejności. Ich kłótnie przeszły już do normalności. Krzyczeli przez godzinę, może dwie, te dźwięki już do mnie nie docierały. Byłam jakby zamknięta w szklanej bańce. Zero reakcji.  Jakiejkolwiek… Lekarze to nazywają depresją, ja normalnością.
Taki stan rzeczy utrzymywał się przez kilka miesięcy. Wyniszczanie mojej psychiki przez tą sytuację dało się we znaki. Zaczynałam co raz to częściej myśleć o śmierci i cierpieniu.
Wszystkie te momenty sprawiały ,że czułam się co raz gorzej. Kilkanaście nieprzespanych nocy i fakt , że mój żołądek nie przyjmował pożywienia, był zatrważający. Chudłam w oczach a sytuacja w domu pogarszała się z dnia na dzień, aż wreszcie nadszedł ten czas.
Nie spodziewając się niczego, poszłam do szkoły, jak każdego dnia, bo tylko tam mogłam zapomnieć o tej całej chorej sytuacji.
Kiedy dotarłam do domu i przekręcałam klucz w drzwiach moją intuicja podpowiadała mi , że coś jest nie tak jak powinno być. Otwarłam drzwi i zobaczyłam ją leżącą na ziemi w kałuży krwi. W panice zadzwoniłam na pogotowie i robiłam wszystko według instrukcji:
-Co się stało?
-Znalazłam moją mamę nieprzytomną, wokół niej jest pełno krwi.
-Wyczuwasz puls? Oddycha?
-Nie.- Upuściłam telefon na podłogę.
Po tych słowach poczułam że zapada mi się grunt pod stopami. Nie oddycha , czyli nie żyje. „ O nie mamo , nie rób mi tego ” pomyślałam ze łzami w oczach . „Mamo!” krzyczałam z rozpaczą, potrząsając jej martwym ciałem. „Mamo…” z rezygnacją , klęcząc na kolanach wtuliłam głowę w ręce.  „Jak on mógł ci to zrobić… Zabić własną żonę.”
Kilka dni później odbył się pogrzeb, na którym pojawiło się zaledwie kilka osób. Kiedy weszłam na cmentarz wszyscy patrzyli na mnie jak na wariatkę. Dlatego że mój ojciec zabił własną żonę? Nie sądzę… Pewnie dlatego że przyszłam w białej sukience.
Nie miało to oznaczać sprzeciwu czy protestu, choć z natury jestem buntowniczką. Chciałam po prostu pokazać swoją radość , że mojej mamie „udało się” to , czego ja za nic nie potrafiłam zrobić – uwolnić się od tego człowieka. Położyłam bukiet jej ukochanych białych lilii na trumnie , bez słowa odwróciłam się na pięcie i wybiegłam stamtąd na oczach wszystkich.  Bez przerwy pędziłam przed siebie, nie patrząc na zakazy, omijałam ludzi , aż wreszcie dotarłam tam. Do miejsca , w którym uwielbiałam przesiadywać. Stare mury opuszczonego już dawno kina, mimo że w centrum, były miejscem cichym, które dawało poczucie spokoju.
Weszłam na dach, który ledwo trzymał się pod moim ciężarem. Stałam tam zadając sobie pytanie – „skoczyć czy nie?” Jeśli to zrobię uwolnię się od całego świata – ojca, myśli o śmierci mamy i wszystkich problemów w szkole a z dnia na dzień było ich co raz więcej. Jeśli nie, pozostanę z tym wszystkim na głowie i  pewnie wkrótce znów stanę przed takim wyborem. Nie chcę więcej cierpieć . Chcę z tym skończyć. Powoli uginam kolana , rozkładam ręce, odbijam się od powierzchni dachu i słyszę  jak  drewniane belki z hukiem spadają na ziemię. Teraz już nie ma odwrotu. Kawałki mojej białej sukienki łopoczą  kiedy spadam. Co raz niżej i niżej. Myślałam, że przed oczami ,jak film zobaczę swoje życie ale widzę tylko zbliżającą się ziemię. Miało to trwać sekundy ale dla mnie  były to  niemiłosiernie ciągnące się godziny. Dlaczego nie widzę scen z mojego życia przelatujących mi przed oczami?
 Ach… no tak…jakiego życia… to co chcę zakończyć , nie można tak nazwać. Nie czuję nic prócz powietrza otulającego moje ciało i niczym ręce śmierci przyciągającego mnie do ziemi. Całe moje ciało opada w bezwładzie na podłogę.
Ni stąd ni zowąd siedzę obok łóżka , mam mokre włosy i czuję że kropelki potu spływają mi z czoła. Rozglądam się wokoło i widzę znowu ją. Tym razem siedzi na krześle przy biurku i przygląda mi się z troską. Powoli zbliża się do mnie . Z przerażeniem przypatruję się jej każdemu ruchowi. Przecież ona jest duchem… TO z pewnością nie może być sen. Lekko  szczypię się w dłoń . Otwieram oczy i wciąż znajduję się w tym samym pokoju  ,siedząc na łóżku i  wciąż jest noc.  Mamę i mnie dzieli co raz mniejsza odległość. Podchodzi  bliżej i bliżej, nie spuszczając ze mnie wzroku. Porusza się powoli, jak gdyby płynęła w powietrzu. Siada na łóżku i zastyga w bezruchu. Patrzy na mnie tymi swoimi  wielkimi , brązowymi niczym czekolada oczami , nie mówiąc nic. Jej wzrok jest pełny współczucia i matczynej czułości. Ma bladą twarz , niezdradzającą żadnych uczuć , włosy zmierzwione jak gdyby od wiatru i różane usta na których nie pojawia się ani cień uśmiechu. Ubrana jest w czerwoną jak krew sukienkę- tą samą w której ją znalazłam. Każdy jej ruch wydaje się być przemyślany, jak gdyby miał jakieś ogromne znaczenie. Nie tylko dla mnie ale dla całego wszechświata. Unosi powoli rękę i palcem wskazuje na nasze rodzinne zdjęcie z wakacji, zrobione kilka lat temu. Staliśmy na plaży na tle zachodu słońca.  Wszyscy trzej uśmiechnięci. Pamiętam , że byliśmy bardzo szczęśliwi. Pierwszy raz w tamtej miejscowości – nowe miasto , nowe zakamarki, nowe twarze. Okolica całkowicie dla nas nieznana .
Szczęśliwa rodzina… już od dawna nie wiem co to pojęcie oznacza. Jeśli rodziną można nazwać dziecko i matkę , bez ojca, mogliśmy nosić miano najbardziej kochających krewnych w okolicy.
Spokojnym głosem , którym zwykła była mówić, zaczęła wyrażać swoje myśli :
-Jaką szczęśliwą rodzinę wtedy tworzyliśmy. Pamiętasz? Wydawało się , że nic nie może tego zepsuć.
-Tak. Kochałam kiedy jeździliśmy razem na rowerach. Wtedy wszystko robiliśmy wspólnie. Nie ważne czy to była wycieczka w góry , czy wyjście po zakupy, zawsze byliśmy we trójkę.
- Można było rzec, że byliśmy jedną z tych rodzin, które nie miewały problemów na swojej drodze. – Dodała uśmiechając się smutno.
-Później wszystko zaczęło się rozpadać jak wieża z klocków Lego.-Powiedziałam , mając w głowie obrazy z tamtych dni. Wszystkie plany, zamiary spadając w dół roztrzaskały się w malutkie, ledwo widoczne kawałeczki. Już nie istniały. Teraz na pierwszym miejscu był on i jego problem. Niestety nas też to dotyczyło. W końcu byliśmy jego rodziną, mimo że tylko na papieru , ale jednak.  Ten człowiek zniszczył mi życie i nie uważam go już więcej jako ojca . Jest dla mnie obcą osobą, która nie zasługuje na miłość, bo sama jej nie daje. Pamiętasz -zwróciłam się w jej stronę –kiedy wszyscy mówili mi „ daj spokój, on potrzebuje wsparcia”? Ja to rozumiem , tylko on nie jest sam na świecie. Ta sytuacja mnie też niszczy a jakoś nikt nie pomyślał że ja także potrzebuję pomocy i wsparcia.- Mówiłam głosem tłumionym przez łzy.
-Rozumiem cię bo sama czułam się podobnie.
-Nie sądzę. – Rzuciłam ,dąsając się jak rozpieszczone dziecko.
- Popatrz, mi udało się uwolnić od tego wszystkiego. Teraz jestem szczęśliwa, ale nie mam nikogo. Widziałam twój sen, byłam przerażona i chciałam jak najszybciej z tobą porozmawiać.
-Mamo, to był tylko sen- Powiedziałam z niepewnością, nie wiedząc, czy zna także moje myśli.
-Tak, je także. Wiem , że rozważałaś możliwość skończenia ze swoim życiem. Nie rób tego. Masz siedemnaście lat. Jeszcze tylko kilka miesięcy i będziesz pełnoletnia. Będziesz mogła iść do pracy, zarobić trochę pieniędzy, kto wie, kupić mieszkanie i uwolnisz się od niego tak jak ja.
-Okej. Kupię mieszkanie, wprowadzę się, usiądę na mojej nowej sofie i wtedy okaże się , że jestem sama, nie mam nikogo. Co wtedy? Myśli zaczną wracać do mnie jak deja vu.
-Możesz zaopiekować się kotem. Przygarnąć go do siebie. To małe stworzenie sprawi , że będziesz chciała budzić się co dzień, bo masz dla kogo żyć. Ono potrzebuje ciebie i miłości , jaką je obdarzasz . To będzie działać w dwie strony. Będziecie potrzebować siebie nawzajem.
-Przecież to tylko kot. Co on może czuć? Chyba tylko głód. – Odparłam pomimo poczucia , że mama ma rację.
-Umówmy się , że zrobisz tak jak powiedziałam. Dobrze? – Zapytała z troską w oczach.
-Mhmm. –Rzuciłam od niechcenia.
-Pamiętaj, że nie ważne co się stanie, ja zawsze będę z tobą. Kocham cię i nigdy nie przestanę. Pomimo, że nie będziesz mnie widzieć, ja będę obecna. Tam u góry. – Palcem wskazując niebo , uśmiechnęła się smutno.
-Też cię kocham mamo. Jeszcze kiedyś będziemy razem, szczęśliwe.
-Muszę już iść. Nie zapomnij o tym, co mówiłam. Kocham cię słoneczko. Do zobaczenia wkrótce.-
Po tych słowach zniknęła. Znów ją straciłam. Siedziałam na łóżku płacząc jak małe dziecko, któremu zabrano zabawkę. Znów ją straciłam…

5.05.2013

Arystokrata - rozdział IV


*Oczami Arystokraty...*

Siedziałem w kawiarni popijając powoli moją ulubiona kawę. Sam nie wiem czemu tu przyszedłem. Czyżbym miał nadzieje, że Ona tu będzie? Zaśmiałem się sam z siebie. Przecież bywałem tu tez za nim ja poznałem. Mimo wszystko myślałem o niej. Zastanawiałem się nad jej reakcją. Z jednej strony obroniła mnie, a z drugiej dała do zrozumienia, że mam ją zostawić. Była wściekła na Wiktorię więc powiedziała jej co myśli. Powiedziała prawdę? Co Wiki jej wtedy wyszeptała? Co musiała jej powiedzieć, żeby ona uwierzyła? Muszą się znać już jakiś czas. Są wrogami to pewne po tym co do siebie mówiły. Chwile przyglądałem się przechodnią na ulicy. "Dlaczego o niej myślę?" zapytałem sam siebie. To pytanie w mojej głowie pozostawało bez odpowiedzi.Wyciągnąłem notatnik z kieszeni płaszcza. Zacząłem czytać poszczególne zapiski. Sięgnąłem do kieszeni i znalazłem długopis. Miałem w głowie tyle myśli. Chciałem przelać je na papier. Poukładać chaos moich myśli na kartkach notatnika. Poczułem na sobie czyjś wzrok. Rozejrzałem się po kawiarni, ale była prawie pusta, więc spojrzałem za okno. Dostrzegłem to od razu. W tłumie ludzi ona się wyróżniała. Stała na skrzyżowaniu na przeciw kawiarni. Na końcu chodnika. Patrzyła na mnie. Ludzie wokół spacerowali,biegli,szli. Każdy w swoją stronę, ale ona stała tam w ciszy jakby nic dla niej nie istniało. Ten zgiełk, zabieganie, nerwy, stres. Ona stała pełna spokoju na końcu alei. Ciepły jesienny wiatr  delikatnie szarpał jej włosy, a z mocniejszymi podmuchami tworzył wokół niej wiry kolorowych liści jakby chciał zabrać ją gdzieś ze sobą. Słońce rzucało jasne promienie na jej bladą twarz. Przyciskała do siebie duży zeszyt w twardej oprawie, ten, w którym pisała. Nasze spojrzenia spotkały się na zaledwie sekundę. Potem ona ruszyła szybkim krokiem w przeciwną stronę przeciskając się przez tłumy ludzi. Nawet nie myśląc co robię rzuciłem się za nią. Wybiegłem jak najszybciej na ulicę i rzuciłem się w pościg. Widziałem jedynie w oddali jej powiewające długie włosy. Mijaliśmy kolejne ulice, drzewa, budynki aż dotarliśmy do paru. Wbiegłem tam za nią. Chciała obejrzeć się za siebie kiedy wpadła na jakiegoś przechodnia. Nawet nie zauważyła kiedy z rąk wypadł jej zeszyt i z cichym stuknięciem wylądował na ziemi. Pobiegła dalej nieświadoma, że go zgubiła. Podniosłem go, ale kiedy znów wzniosłem oczy straciłem ją. "Uciekła." pomyślałem spoglądając na zeszyt w mojej ręce. Chciałem go otworzyć. Chociaż zajrzeć na jej notatki. Bardzo chciałem zobaczyć jej wiersze, opowiadania, każdą zapisaną linijkę. Jeśli ktoś piszę, to przelewa na papier część siebie. Nigdy tak niczego nie pragnąłem jak poznać ten kawałek niej zamieszczony na tych kartkach. Otworzyć czy nie? Czy mogę ją poznać w ten sposób tak jakby tego chciał? Czy pozwoliłaby mi go otworzyć czy wyrwała z rąk? Odpowiedź była prawie oczywista. Prawie.

4.05.2013

Arystokrata - rozdział III

Szybkim krokiem przemierzałam ulice miasta. Wzrok wlepiony miałam w bruk przewijający się pod moimi stopami. Nie zwracałam na nic uwagi. Po prostu szłam. Minęłam właśnie bramę parku kiedy poczułam jak ktoś popycha mnie wprost na wielką kałużę błota. Nawet nie spojrzałam na idiotę, który to zrobił. Skupiłam się na tym, że za kilka sekund mój nowy płaszcz od Prady i cudowna torebka od Lagerfelda wylądują wraz ze mną w błotnej kąpieli. Już byłam gotowa spróbować podeprzeć się rękami gdy ktoś chwycił mnie mocno za ramiona i szybko objął w pasie  chroniąc przed upadkiem. Odetchnęłam z ulgą, że moja torebka   nie ma na sobie śladu błota kiedy zrozumiałam, że stoimy w dość dwuznacznej pozycji. Postanowiłam dać mu jeszcze chwilę żeby mógł zorientować się, że powinien mnie puścić. Jednak tego się nie doczekałam. Już miałam odwrócić się i odepchnąć go od siebie, a następnie przywrócić do porządku mocnym uderzenie mojego lewego sierpowego. Nawet chwyciłam jego ramiona żeby to zrobić, ale gdy tylko spojrzałam w jego oczy... oczy których nie da się zapomnieć... nie kiedy patrzy się w nie tak jak ja wtedy... Były nie zwyczajnie niebieskie, były niczym najpiękniejsze wody oceanu, od świetlistych błękitów po żywe lazury. Mieściły w sobie każdy najcudowniejszy odcień. Utonęłam w oceanie jego oczu... Zapomniała co chciałam zrobić... co tam robiłam... gdzie szłam... To się teraz nie liczyło. Chciałam żeby te oczy należały do mnie, tylko do mnie. Patrzyły tylko na mnie w ten sposób w jaki patrzyły teraz, dokładnie tak jak teraz. Można by rzec chwila idealna. Niestety równie krucha i delikatna jak porcelanowa figurka, którą ktoś nawet delikatnym ruchem może zepchnąć na ziemię by obróciła się w milion drobnych kawałeczków. Tak też skończyła się ta chwila. Skończyła się na dźwięk, mogłoby się zdawać, tylko delikatnego i zmysłowego głosu. Rozpoznałabym ten głos wszędzie. Wiktoria.
-Cześć. -rzuciła do niego. Oboje wybudziliśmy się z tego transu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
-Czego chcesz? -zapytał szybko stając między nami.
-Niczego, nie denerwuj się kochanie...-odpowiedziała zmieniając ton i zmysłowo dotykając ręką jego szyi. Chwycił jej dłoń i odsunął od siebie.
-Zostaw nas. -powiedział cicho i spokojnie, ale wiedziałam że jest wściekły. Zbliżyła się do niego jeszcze bliżej. On stał niczym nie wzruszony.
-Mam nadzieje, że mówiłeś do niej.-odparła powoli wodząc dłonią po jego klatce piersiowej.
-Już znalazłeś sobie nową? Szybko nawet jak na Ciebie kotku... -wyszeptała mu do ucha. -To jakiś zakład z kumplami? A może sprawdzenie własnych możliwości? Niziutką wybrałeś sobie poprzeczkę... -dodała. Wymawiając ostatnie słowa nasze spojrzenia się spotkały.
    Stałam  tylko słuchałam. Aż do tej pory. Jej słowa rozbrzmiewały w mojej głowie niczym niechciane echo. Za każdym powtórzenie tego co powiedziała czułam jakby wbijała we mnie kawałeczek szkła. Zakład? Niska poprzeczka?
   Stanęłam między nimi odsuwając ją od niego. Na jej twarzy zobaczyłam szyderczy uśmiech.Właśnie tego oczekiwała, że stanę w jego obronie. Czułam na swoim karku jego cichy oddech ulgi.
-Zamknij się co?-rzuciłam do niej.
-Przepraszam?-powiedziała ze sztucznym zdziwieniem na twarzy. -Słuchaj szmato, myślisz, że on jest dla Ciebie? A może myślisz, że mu na Tobie zależy? Mam jednak dla Ciebie złą wiadomość: jesteś bardzo naiwna...
-Za kogo Ty się kurwa uważasz?!-krzyknęłam wściekła. Uśmiechnęła się do mnie pewna siebie i szepnęła : -A jak myślisz? On nie jest twój. Nigdy nie był i będzie. To nie twoja liga kochanie... Jesteś dla niego niczym, zrozum to  dziecko.
Wiedziałam, że on tego nie usłyszał. Stał zbyt daleko. Czułam, że mimo wszystko jej słowa bolą mnie chociaż sama nie wiedziała dlaczego.
-Spieprzaj Wiki!-warknęłam.-Mam go gdzieś. Nie jestem tak naiwna i głupia jak myślisz żeby dać się w to wkręcić. Mam dla Ciebie propozycję kochana, wypierdalaj tam gdzie twoje miejsce dziwko.
Nie wyglądała już na tak pewna siebie jak wcześniej.
-Wiktoria...-przerwał jakby się jej bał. -...lepiej już idź.
"Tak." pomyślałam zadowolona.
Odwróciła się i zostawiła nas samych. Długo milczeliśmy stojąc oboje nieruchomo.
-Dziękuje. -usłyszałam cichy głos chłopaka za moimi plecami. Nie musiałam zastanawiać się co chcę zrobić. Ruszyłam przed siebie. Chwycił mnie za rękę. Chciałam się wyrwać, ale jego uścisk był mocny.
-Czekaj.-powiedział.
-Przykro mi, ale nie będę ani głupim zakładem, ani twoją poprzeczką. Idź szukać pustej idiotki, której pasuje ta rola. -rzuciłam nawet na niego nie patrząc. Puścił mnie. Zrobił to niechętnie, czułam to. Odchodząc raz spojrzałam w jego stronę. Twarz nie wyrażała żadnych emocji. Nawet teraz zgrywał ostatniego nie wzruszonego niczym dupka. A, przepraszam, on nie musiał grać. On nim był. Stał i patrzył jak odchodzę. Po co miałby mnie zatrzymywać, przecież byłam dla niego niczym. Z resztą po co ja miałabym się nim przejmować? Spodziewałam się czegoś takiego. Typowy idiota,egoistyczny i nie przejmujący się innymi.Taki właśnie był. Ja byłam dla niego tylko testem możliwości, banalnym testem możliwości.

4.04.2013

Pocieszyciel

Ten dzień był beznadziejny. Nic mi się nie udało. Krótko mówiąc, porażka. Czułam się strasznie. Byłam zmęczona, trochę senna, przygnębiona, no i przytłoczona wszystkim. By móc choć trochę poprawić sobie nastrój włączyłam na wieży moją ulubioną płytę, i usiadłam z kubkiem ciepłego kakao na kanapie licząc, że spotka mnie coś dobrego. Zanurzyłam się głębiej w sofie i wsłuchałam się w piosenkę. Poczułam czyjąś dłoń na policzku.  Ktoś delikatnie przeciągnął ręką od policzka aż po szyje. Jego palce zanurzyły się w moich włosach jakby chciał poczuć każdy z nich z osobna i napawać się ich dotykiem. Na chwilę zamknęłam oczy by rozkoszować się ta chwilą. Gdy znów je otworzyłam siedział już na kanapie obok mnie i znów dłonią głaskał mój policzek. Delikatnie i czule mnie objął. Powoli położył się opierając o oparcie sofy. Ja bez oporu opadłam na niego. Leżałam teraz w jego ramionach. Nie zastanawiałam się czy on na prawdę istnieje czy też jest tylko fikcją. Teraz po prostu byłam szczęśliwa, szczęśliwa że on tu jest. Wodził palcem wzdłuż mojego ramienia. Twarz zanurzył w moich włosach. Trzymał mnie za rękę ciepło i czule przyciągając do siebie. Przymknęłam oczy zatapiając się w jego objęciach. Uspokoiłam się, a ten dzień wydawał mi  się całkiem miły. Tylko ze względu na niego.
- Wszystko będzie dobrze kochana- wyszeptał i znów zaczął gładzić mnie po policzku.
- Pamiętaj, że zawsze Cię będę kochał, będę z Tobą na zawsze- dalej mówił szeptem, a jego słowa koiły cały ból. Każde słowo było jak kropla balsamu leczącego rany, szczególnie duszy i serca. Wsłuchiwałam się w to co do mnie szeptał.
- Śpij kochanie. Możesz już zasnąć moja najpiękniejsza. Jestem przy Tobie- ciągnął, a ja powoli zapadłam w sen.
- Śpij moja mała księżniczko- szepnął na koniec. Już spokojna i szczęśliwa opadłam w czułe objęcia mojego Morfeusza. Nie pamiętam kiedy ostatni raz miałam taki spokój ducha i ogarnęła mnie taka radość. Przez te kilka chwil byłam w swoim małym raju na ziemi.

26.03.2013

Dom Diabła

Wracałam do domu nieco później niż zwykle. Idąc podziwiałam początek niesamowitego zachódu słońca malującego całe niebo na wszystkie odcienie czerwieni, żółci i pomarańczu. Wysokie drzewa rzucały swoje wielkie cienie na ulicę, która szłam. Była długa i pusta. Nie było na niej żadnych zakrętów i zjazdów przez dobry kilometr, który musiałam właśnie przejść.
-Witaj. –usłyszałam nagle głos za moim plecami. Mogłabym przysiąc, że jeszcze sekundę temu nikogo tam nie było. Odwróciłam się. Zobaczyłam mojego starego przyjaciela. Nie widziałam go od ponad roku. Prawie się nie zmienił. Jedyną zmianę jaką zauważyłam był kolor skóry. Jego cera był zawsze oliwkowa, ale teraz była biała jak papier. Michał jest wysokim brunetem o niebieskich oczach. Znamy się od zawsze. Mieszkaliśmy obok siebie. Póki się nie wyprowadził. Od tamtej pory straciliśmy kontakt. Nawet nie wiedziałam o jego przeprowadzce. Tylko wróciłam do domu i zauważyłam, że został wystawiony na sprzedaż, a jego już tam nie było. Nie odbierał telefonu, nie miał chyba kontaktu za światem. Zniknął bez śladu. Ale skąd się tu wziął? Tak nagle i niespodziewanie? Po co tu przyjechał? Co się z nim stało rok temu? Miałam milion pytań.l
-Hej Michał! Co Ty tu robisz? Co się z Tobą działo? –zapytałam uśmiechając się szeroko. Chciałam go własnie przytulić na przywitanie, ale odsunął się więc tego nie zrobiłam. –Nawet nie wiem gdzie się przeprowadziłeś. Pogadamy? Masz chwilkę? Co u Ciebie? –wciąż zadawałam pytania podekscytowana tym niezwykłym spotkaniem. Tak bardzo cieszyłam się, że go widzę.
-Możemy chwilę pogadać. –powiedział i uśmiechnął się.
-Dlaczego wróciłeś? –zapytałam. 
-Bo chciałem się z Tobą zobaczyć i mam tu do załatwienia pewną sprawę. –odpowiedział spokojnie. –A co u ciebie?
-Dużo się zmieniło od kiedy wyjechałeś. –odparłam. 
-Więc opowiedz mi co się zmieniło. –poprosił . Zaczęłam swoją historię.
-Bardziej mnie ciekawi co u Ciebie się działo. –przerwałam nagle swoją opowieść. Właśnie otwierał usta by odpowiedzieć. Kiedy jego oczy przestały patrzeć w moje. Spojrzał na zachód słońca, który dobiegał już końca. 
-Może innym razem, muszę iść. Żegnaj. –rzucił i odwrócił się i szybkim krokiem ruszył w przeciwną stronę. 
-Cześć. –rzuciłam kiedy odchodził. Odprowadziłam go kilka metrów wzrokiem, a potem na chwilę zamknęłam oczy i uśmiechnęłam się zadowolona z naszego spotkania. Trwało to kilka sekund. Kiedy znów spojrzałam za nim, zniknął, tak samo jak nagle się pojawił. Zastanawiałam się jak to się stało. Spokojnie wróciłam do domu. Wciąż myślałam o tym spotkaniu. Następnego dnia miała miejsce kolejna dziwna sytuacja. Rano na biurku znalazłam małą żółtą karteczkę z napisem „Dzień dobry kochanie” z narysowanym małym sercem. Uśmiechnęłam się na jej widok. Pomyślałam, że to tylko moja mama zostawiła mi taką miłą niespodziankę na dzisiejszy poranek. Nie wiedzieć czemu pomyślałam o Michale. „Tylko jak znów się spotkamy?” zapytałam w myślach samą siebie. W mojej głowie nagle usłyszałam cichy szept „O to się nie martw, spotkamy się na pewno...” . Głos był tak realistyczny, że rozejrzałam się nerwowo po pokoju. Jednak byłam w nim sama. 
Właśnie ktoś zadzwonił do drzwi. Poszłam otworzyć. W drzwiach stał Kamil.
-Hej. –przywitałam go.
-Hej, Magda. Chciałem Ci tylko zaproponować... znaczy... zapytać czy nie poszłabyś ze mną dziś na koncert? –powiedział. Uśmiechnęłam się. Lubiłam Kamila, nawet bardzo. Był inteligentny, przystojny, miły. Na dodatek jego kumpel miał kapele, w której chłopak czasem grał. Czemu miałabym się nie zgodzić?
-Bardzo chętnie. –odparłam. Wtedy na nogę Kamila spadła wielka gliniana doniczka z małym cyprysem stojąca na schodach do drzwi wejściowych. Krzyknął z bólu. Szybko pomogłam mu wyrwać nogę spod ciężaru donicy. 
-Nic ci nie jest? –zapytałam kiedy tylko udało mu się uwolnić nogę i usiąść na schodach. 
-Chyba nie... –jęknął delikatnie rozmasowując stopę. Ten cyprys stał tam od zawsze. W tym samym miejscu. Nigdy się nie przewrócił aż do dziś. Żeby się przewrócił ktoś musiał by go zepchnąć, ale to przecież niemożliwe. To było cholernie dziwne, ale zrzuciłam myślenie o tym jak do tego doszło na drugi plan. Teraz chciałam pomóc Kamilowi. 
-Wejdź na chwilę do środka. –zaproponowałam.
-Dobra. –odpowiedział i powoli wstał podtrzymując się na moim ramieniu. Wszedł do środka i usiadł na kanapie. 
-Może chcesz się czegoś napić? –zaproponowałam. 
-Mogłabyś mi przynieść szklankę wody? –zapytał. Od razu wstałam i ruszyłam do kuchni. Z dzbanka stojącego na stole nalałam mu szklankę wody. Wróciłam do salonu. 
-Dzięki. –odparł. Nagle, kiedy podawałam szklankę Kamilowi, ta roztrzaskała się w drobny mak. Woda oblała chłopaka, a kawałki szkła rozsypały się dookoła.
-Przepraszam! –rzuciłam od razu kiedy zobaczyłam co się stało.
-O matko.... –jęknął. -Magda, co się dzieje? -zapytał. 
-Nie wiem... –wyjąkałam.
-To ja może już pójdę, ok? Potem się zdzwonimy. –zaproponował. 
-Ok. 
-Cześć. –rzucił kiedy odchodził lekko kulejąc. 
-Nie zapomnij zadzwonić. –odparłam zamykając drzwi. Oparłam się o ścianę.
-Co to było? –szeptem zapytałam siebie, a moje pytanie jakby rozpłynęło się w powietrzu. „Jesteś moja, nie zapominaj.” usłyszałam cichy głos który echem odbił się po domu. Przestraszyłam się. Przecież nikogo w domu nie było. Czyje to słowa? Stał tak przez chwilę bojąc się nawet odezwać czy poruszyć. „To nic takiego , przywidziało mi się.” pomyślałam w końcu. Wróciłam spokojnie ma chwilę do pokoju. Gdy weszłam do niego zauważyłam włączony laptop. Na środku czarnego ekranu komputera widniały drobne białe litery. Podeszłam i przeczytałam je. Litery trochę porozrzucane po ekranie tworzyły napis „Dom diabła, odważysz się ?” Serce zaczęło mi bić szybciej. Tylko jedna osoba mogła to napisać. Tylko jedna wiedziała. Patrzyłam ślepo w słowa zastanawiając się jakim cudem pojawiły się na ekranie. Próbowałam nie dać sparaliżować się strachem. Szybko zdecydowałam co robić. Wybiegłam z pokoju. Szybko narzuciłam na siebie bluzę i chwyciłam rower leżący przed domem. Musiałam dowiedzieć się co się dzieje. Podjechałam pod mały opuszczony dom nieco przypominający malutki dwór. Znajdował się na przedmieściach miasta. Mieścił się na uboczu za małym lasem. Dwie zniszczone wieżyczki rzucały swoje majestatyczne cienie na zapuszczony ogródek. Czerwony niegdyś dach teraz był trochę porośnięty mchem. Budynek cały był z kamienia jakby stworzono go w innej epoce. Zawsze myślałam, że miał pewnie ekstrawaganckich właścicieli, którzy zażyczyli sobie taki mały zamek. Portal okalający drzwi zarośnięty był nieco bluszczem. Ogromne drewniane drzwi z żelaznym zamkiem ozdobione pięknymi wijącymi się wzorami roślin były dziś uchylone. Serce zaczęło walić mi w piersi tak mocno jakby chciało uciec. Drzwi były zamknięte. Zawsze. Zamknęłam oczy.
-Jesteś silna. Teraz dasz radę tam wejść. Musisz wiedzieć co się dzieje. –powiedziałam do siebie cicho. –To tylko stary dom. –wyszeptałam na koniec dodając sobie otuchy. Podeszłam do drzwi i wślizgnęłam się do środka. Na wprost przed drzwiami znajdował się wielki napis z tak samo rozsypanych liter jak wcześniej na moim ekranie. Słowo namalowane na śnieżnobiałej ścianie czerwonym sprejem brzmiało „Tu mieszka diabeł...”. Kiedy byłam mała bałam się tego miejsca. Michał straszył mnie historiami o tym domu. Kilka dni przed jego wyprowadzką weszliśmy tutaj. Po cichu zwiedzaliśmy dom. Nagle usłyszeliśmy skrzypienie podłogi i głośny mrożący krew w żyłach krzyk. Wybiegłam na zewnątrz przerażona. Wydawało mi się że biegł ze mną, ale się myliłam. Został w środku. Po chwili usłyszałam kolejne krzyki jeden należał do Michała.Wołałam go przez długi czas, ale bez skutku. Nie miałam odwagi tam wejść więc w końcu wróciłam do domu. Zobaczyłam go następnego dnia. Zmienił się. Wydawało się jakby wcale nie wyszedł z tego domu. Wciąż był przerażony. Michał ciągle wpatrywał się ślepo w ziemię. Kiedy pytałam co się stało ciągle powtarzał, że nic takiego, a potem się wyprowadził. 
-To tylko zwyczajny dom...-wyszeptałam znów do siebie. Rozejrzałam się dookoła. Po lewej stronie były kręte schody prowadzące do jednej z wieżyczek. Na wprost mnie mieścił się korytarz prowadzący do salonu, na którego ścianach wisiały portrety zapewne rodziny właścicieli. Każdy z obrazów był poszarpany i zniszczony. Miejsce gdzie postacie miały oczy były zamalowane czerwonym sprejem. Wyglądały na bardzo stare. Po prawej stronie zobaczyłam komodę. Nad nią powieszono obraz popiersia małej dziewczynki, której oczy wydrapano. Chciałam otworzyć pozytywkę leżącą pod portretem, ale zanim zdążyłam to zrobić usłyszałam jakby odgłosy bujanego fotela w salonie. Ruszyłam korytarzem w tamtą stronę. Pokój był bardzo dobrze oświetlony. Promienie zachodzącego słońca rzucały swój ostatni blask na stare meble i kominek. Na ruchomym fotelu siedział Michał patrząc na mnie z szyderczym uśmiechem.
-Powiesz mi co to się dzieje!? – wykrzyknęłam.
-Nie tym tonem... –usłyszałam słowa za moimi plecami wraz z zimnym jakby martwym oddechem, który poczułam na moich plecach. Zaczęłam szybko oddychać , a moje serce zaczęło bić niewyobrażalnie szybko. Jak nagle znalazł się za mną? Przed sekundą siedział na tamtym bujanym fotelu. 
-Kim jesteś? –zapytałam cicho. Stałam nieruchomo sparaliżowana strachem nie mając odwagi się odwrócić. Usłyszałam skrzypienie podłogi i jego kroki. Podszedł do mnie.
-Raczej czym jestem. –poprawił mnie. Zamknęłam oczy.
-Czego ode mnie chcesz? –zadałam kolejne pytanie. Zacisnęłam pieści tak mocno, że całe dłonie miałam białe, a potem powoli otworzyłam oczy. Prawie krzyknęłam ze strachu kiedy zobaczyłam że stoi ledwie krok przede mną. 
-Tego co moje. –odpowiedział. –Wiesz co się tutaj stało? Kiedy mnie zostawiłaś? –powiedział gniewnie. –Coś opętało moje ciało i wciąż mówiło, a echo jego słów odbijało się po domu. Powtarzało : „Teraz jesteś nasz. Oddaj nam swoje życie. Oddaj.” Krzyczałem. Wołałem pomocy. Nie wiem ile to trwało czułem ich zimne ręce na moim ciele. Czułem mroźne zimno ich oddechu. Nagle wszystko zniknęło. Zostałem sam. Nastała cisza jakiej nigdy w życiu nie znałem. Nie potrafiłem się ruszyć. Potem zacząłem powtarzać sobie to co ty dziś . –zaśmiał się zdawkowo. –To nawet trochę zabawne. Bo przecież okłamywałem się jak ty teraz. –zaczął powolną wędrówkę wokół mnie. Wciąż uważnie go obserwowałam. –Potem udało mi się odzyskać władze w nogach i wyszedłem z tego domu. Wróciłem do siebie, ale ten głos wciąż odbijał się echem w mojej głowie. Po tych kilku dniach poszedłem tam znowu. Sam nie wiem dlaczego, ale wiem że to był najgorszy błąd mojego życia.
-Dlaczego? –przerwałam mu.
-Bo tamtego dnia umarłem ze strachu. –wyszeptał do mojego ucha. Jego zimny oddech przyprawiał mnie o dreszcze. Zadrżałam. 
-Oddałem życie za kogoś za kogo nie warto było tego robić. -dodał wściekle.

-O popatrz słońce już zachodzi. –powiedział nagle zjawiając się naprzeciw okna. - Zaraz zobaczysz jak wyglądałem kiedy umarłem. Wiesz dlaczego umarłem? –zapytał odwracając się i  patrząc na mnie znów uśmiechając się jakby ukrywał mroczną tajemnicę. Przełknęłam ślinę.
-Dlaczego? –zmusiłam się do zadania pytania mimo strachu.
-Bo powiedziały mi, że jeśli nie ja umrę to zabiją Ciebie. Wiedziałem, że nie będą miały skrupułów. A Ja cię kochałem. Kochałem Cię tak bardzo, że nie mogłem im na to pozwolić. Z reszta nadal Cię kocham. Dlatego teraz do mnie dołączysz. A wiesz dlaczego? Bo wtedy mnie zostawiłaś. –warknął. –Zostawiłaś na śmierć. Nawet mnie nie szukałaś kiedy zniknąłem. Nie próbowałaś mnie odnaleźć. Ja oddałem za Ciebie życie, a Ty? A ty teraz umrzesz dla mnie. - dokończył szeptem a jego zimna ręka wędrowała po moich ramionach i karku przyprawiając o dreszcz.
Odwrócił się i powoli odszedł ode mnie. 
-Ale po dzisiejszej nocy już nie będziesz miała tej możliwości. Kiedy nareszcie przejdziesz do mojego świata będę wciąż z Tobą, wciąż razem.-dodał i uśmiechnął się. Wtedy słońce zaszło. Ostatni promień schował się za horyzontem. Jego oczy stały się przekrwione i podkrążone. Na rekach ujawniły się blizny jakby od trzymania w ręku kawałków szkła. Zaczęła po nich cieknąć krew. Odwróciłam się gotowa aby rzucić się do ucieczki. Wtedy na ścianie za mną zobaczyłam ogromny napis, który krwawił, jakby to nie była zwykła ściana tylko skóra człowieka. Litery układały się w dwa słowa: „WITAJ W PIEKLE”.
-A teraz odbiorę Ci to co należy do mnie. –wyszeptał mi do ucha. Rzuciłam się w stronę drzwi. Za plecami słyszałam tylko jego szyderczy śmiech, który echem odbijał się po domu. Ja szarpałam z całych sił za klamkę, ale bez skutku. Drzwi były zatrzaśnięte. Byłam tu zamknięta. Waliłam w drzwi wołając pomocy, chociaż wiedziałam, że nikt mnie nie usłyszy. On dalej się śmiał. Słyszałam jego kroki. Zbliżał się do mnie. 
-Teraz spłacisz swój dług, a potem już zawsze będziemy razem. –usłyszałam jego głos, a następnie ciche szepty rozbrzmiewające w całym domu. „Na zawsze razem...” powtarzały. 
-A teraz zabiorę Ci to co należy do mnie. –powiedział podchodząc coraz bliżej. W tym momencie do mnie dotarło, że to jest dzień mojej śmierci. Umrę tam gdzie on. Za nim zaczęły pojawiać się postacie. Rozpoznawałam w nich twarze z obrazów. Byli zmasakrowani. Jedna z kobiet w rekach niosła swoją głowę wykrzywioną w ohydnym grymasie. Widziałam mężczyznę które twarz zaczęła się rozpływać jakby polana w kwasem pokazując kolejne kości. Niektórym z nich odpadały kawałki gnijącego ciała. Każda z postaci musiała mieć swoją straszną historię. Nagle zobaczyłam małą dziewczynkę ubraną w różową sukienkę niosącą małego misia. Z jej oczu sączyły się stróżki krwi kontrastujące z bladą cerą. Nagle na jej sukience pojawiła się plama potem kolejna i następna. Wtedy zobaczyłam, że ktoś wyciął jej wnętrzności. Za tymi wszystkimi zjawami wyłoniło się coś gorszego. Coś o czym nie mogłam śnić. Czego nie można sobie wyobrazić. Teraz śmierć byłaby wybawieniem. Po tym co zobaczyłam pragnęłam umrzeć. Nie chciałam żyć wiedząc, że do końca życia przed oczami będę widzieć jedno. Demony. Demony z domu diabła.