12.05.2013

Spadam



Spadałam  w dół , a mroźne powietrze otulało moje ciało niczym najdelikatniejszy jedwab. Biała sukienka falowała poruszana przez stawiające opór powietrze, które nieudolnie próbowało unieść mnie  aż do chmur. Za kilka sekund miał nadejść ten moment. Nie myślałam nigdy że oczekiwanie na śmierć wymaga takiej cierpliwości. Te chwile, które początkowo miały trwać sekundy, wydawało się że trwały całe godziny. A może nawet więcej. Każda ta chwila, jej waga, znaczenie wpłynęło postrzeganie przeze nie śmierci. Ale to nie miało znaczenia . Przecież byłam już martwa. Rzucając się w otchłań ruchliwego miasta miałam pewność, że uwolnię się od tego całego ciężaru zwanego życiem, że uwolnię się od  „Całego Zła”.
Od samego początku nikt mnie nie rozpieszczał. Ojciec alkoholik , całymi dniami przesiadywał w pubie. Matka, zapracowana kura domowa , miała cały dom na głowie. Przychodził zawsze wieczorem , ledwo przytomny , chwiejnym krokiem idąc w stronę lodówki. Otwierał ją , stał tak kilka sekund i ponownie zamykał. Wtedy pojawiała się mama  i zaczynała się awantura. O wszystko. Wypominane nawzajem  błędy znałam na pamięć w idealnej kolejności. Ich kłótnie przeszły już do normalności. Krzyczeli przez godzinę, może dwie, te dźwięki już do mnie nie docierały. Byłam jakby zamknięta w szklanej bańce. Zero reakcji.  Jakiejkolwiek… Lekarze to nazywają depresją, ja normalnością.
Taki stan rzeczy utrzymywał się przez kilka miesięcy. Wyniszczanie mojej psychiki przez tą sytuację dało się we znaki. Zaczynałam co raz to częściej myśleć o śmierci i cierpieniu.
Wszystkie te momenty sprawiały ,że czułam się co raz gorzej. Kilkanaście nieprzespanych nocy i fakt , że mój żołądek nie przyjmował pożywienia, był zatrważający. Chudłam w oczach a sytuacja w domu pogarszała się z dnia na dzień, aż wreszcie nadszedł ten czas.
Nie spodziewając się niczego, poszłam do szkoły, jak każdego dnia, bo tylko tam mogłam zapomnieć o tej całej chorej sytuacji.
Kiedy dotarłam do domu i przekręcałam klucz w drzwiach moją intuicja podpowiadała mi , że coś jest nie tak jak powinno być. Otwarłam drzwi i zobaczyłam ją leżącą na ziemi w kałuży krwi. W panice zadzwoniłam na pogotowie i robiłam wszystko według instrukcji:
-Co się stało?
-Znalazłam moją mamę nieprzytomną, wokół niej jest pełno krwi.
-Wyczuwasz puls? Oddycha?
-Nie.- Upuściłam telefon na podłogę.
Po tych słowach poczułam że zapada mi się grunt pod stopami. Nie oddycha , czyli nie żyje. „ O nie mamo , nie rób mi tego ” pomyślałam ze łzami w oczach . „Mamo!” krzyczałam z rozpaczą, potrząsając jej martwym ciałem. „Mamo…” z rezygnacją , klęcząc na kolanach wtuliłam głowę w ręce.  „Jak on mógł ci to zrobić… Zabić własną żonę.”
Kilka dni później odbył się pogrzeb, na którym pojawiło się zaledwie kilka osób. Kiedy weszłam na cmentarz wszyscy patrzyli na mnie jak na wariatkę. Dlatego że mój ojciec zabił własną żonę? Nie sądzę… Pewnie dlatego że przyszłam w białej sukience.
Nie miało to oznaczać sprzeciwu czy protestu, choć z natury jestem buntowniczką. Chciałam po prostu pokazać swoją radość , że mojej mamie „udało się” to , czego ja za nic nie potrafiłam zrobić – uwolnić się od tego człowieka. Położyłam bukiet jej ukochanych białych lilii na trumnie , bez słowa odwróciłam się na pięcie i wybiegłam stamtąd na oczach wszystkich.  Bez przerwy pędziłam przed siebie, nie patrząc na zakazy, omijałam ludzi , aż wreszcie dotarłam tam. Do miejsca , w którym uwielbiałam przesiadywać. Stare mury opuszczonego już dawno kina, mimo że w centrum, były miejscem cichym, które dawało poczucie spokoju.
Weszłam na dach, który ledwo trzymał się pod moim ciężarem. Stałam tam zadając sobie pytanie – „skoczyć czy nie?” Jeśli to zrobię uwolnię się od całego świata – ojca, myśli o śmierci mamy i wszystkich problemów w szkole a z dnia na dzień było ich co raz więcej. Jeśli nie, pozostanę z tym wszystkim na głowie i  pewnie wkrótce znów stanę przed takim wyborem. Nie chcę więcej cierpieć . Chcę z tym skończyć. Powoli uginam kolana , rozkładam ręce, odbijam się od powierzchni dachu i słyszę  jak  drewniane belki z hukiem spadają na ziemię. Teraz już nie ma odwrotu. Kawałki mojej białej sukienki łopoczą  kiedy spadam. Co raz niżej i niżej. Myślałam, że przed oczami ,jak film zobaczę swoje życie ale widzę tylko zbliżającą się ziemię. Miało to trwać sekundy ale dla mnie  były to  niemiłosiernie ciągnące się godziny. Dlaczego nie widzę scen z mojego życia przelatujących mi przed oczami?
 Ach… no tak…jakiego życia… to co chcę zakończyć , nie można tak nazwać. Nie czuję nic prócz powietrza otulającego moje ciało i niczym ręce śmierci przyciągającego mnie do ziemi. Całe moje ciało opada w bezwładzie na podłogę.
Ni stąd ni zowąd siedzę obok łóżka , mam mokre włosy i czuję że kropelki potu spływają mi z czoła. Rozglądam się wokoło i widzę znowu ją. Tym razem siedzi na krześle przy biurku i przygląda mi się z troską. Powoli zbliża się do mnie . Z przerażeniem przypatruję się jej każdemu ruchowi. Przecież ona jest duchem… TO z pewnością nie może być sen. Lekko  szczypię się w dłoń . Otwieram oczy i wciąż znajduję się w tym samym pokoju  ,siedząc na łóżku i  wciąż jest noc.  Mamę i mnie dzieli co raz mniejsza odległość. Podchodzi  bliżej i bliżej, nie spuszczając ze mnie wzroku. Porusza się powoli, jak gdyby płynęła w powietrzu. Siada na łóżku i zastyga w bezruchu. Patrzy na mnie tymi swoimi  wielkimi , brązowymi niczym czekolada oczami , nie mówiąc nic. Jej wzrok jest pełny współczucia i matczynej czułości. Ma bladą twarz , niezdradzającą żadnych uczuć , włosy zmierzwione jak gdyby od wiatru i różane usta na których nie pojawia się ani cień uśmiechu. Ubrana jest w czerwoną jak krew sukienkę- tą samą w której ją znalazłam. Każdy jej ruch wydaje się być przemyślany, jak gdyby miał jakieś ogromne znaczenie. Nie tylko dla mnie ale dla całego wszechświata. Unosi powoli rękę i palcem wskazuje na nasze rodzinne zdjęcie z wakacji, zrobione kilka lat temu. Staliśmy na plaży na tle zachodu słońca.  Wszyscy trzej uśmiechnięci. Pamiętam , że byliśmy bardzo szczęśliwi. Pierwszy raz w tamtej miejscowości – nowe miasto , nowe zakamarki, nowe twarze. Okolica całkowicie dla nas nieznana .
Szczęśliwa rodzina… już od dawna nie wiem co to pojęcie oznacza. Jeśli rodziną można nazwać dziecko i matkę , bez ojca, mogliśmy nosić miano najbardziej kochających krewnych w okolicy.
Spokojnym głosem , którym zwykła była mówić, zaczęła wyrażać swoje myśli :
-Jaką szczęśliwą rodzinę wtedy tworzyliśmy. Pamiętasz? Wydawało się , że nic nie może tego zepsuć.
-Tak. Kochałam kiedy jeździliśmy razem na rowerach. Wtedy wszystko robiliśmy wspólnie. Nie ważne czy to była wycieczka w góry , czy wyjście po zakupy, zawsze byliśmy we trójkę.
- Można było rzec, że byliśmy jedną z tych rodzin, które nie miewały problemów na swojej drodze. – Dodała uśmiechając się smutno.
-Później wszystko zaczęło się rozpadać jak wieża z klocków Lego.-Powiedziałam , mając w głowie obrazy z tamtych dni. Wszystkie plany, zamiary spadając w dół roztrzaskały się w malutkie, ledwo widoczne kawałeczki. Już nie istniały. Teraz na pierwszym miejscu był on i jego problem. Niestety nas też to dotyczyło. W końcu byliśmy jego rodziną, mimo że tylko na papieru , ale jednak.  Ten człowiek zniszczył mi życie i nie uważam go już więcej jako ojca . Jest dla mnie obcą osobą, która nie zasługuje na miłość, bo sama jej nie daje. Pamiętasz -zwróciłam się w jej stronę –kiedy wszyscy mówili mi „ daj spokój, on potrzebuje wsparcia”? Ja to rozumiem , tylko on nie jest sam na świecie. Ta sytuacja mnie też niszczy a jakoś nikt nie pomyślał że ja także potrzebuję pomocy i wsparcia.- Mówiłam głosem tłumionym przez łzy.
-Rozumiem cię bo sama czułam się podobnie.
-Nie sądzę. – Rzuciłam ,dąsając się jak rozpieszczone dziecko.
- Popatrz, mi udało się uwolnić od tego wszystkiego. Teraz jestem szczęśliwa, ale nie mam nikogo. Widziałam twój sen, byłam przerażona i chciałam jak najszybciej z tobą porozmawiać.
-Mamo, to był tylko sen- Powiedziałam z niepewnością, nie wiedząc, czy zna także moje myśli.
-Tak, je także. Wiem , że rozważałaś możliwość skończenia ze swoim życiem. Nie rób tego. Masz siedemnaście lat. Jeszcze tylko kilka miesięcy i będziesz pełnoletnia. Będziesz mogła iść do pracy, zarobić trochę pieniędzy, kto wie, kupić mieszkanie i uwolnisz się od niego tak jak ja.
-Okej. Kupię mieszkanie, wprowadzę się, usiądę na mojej nowej sofie i wtedy okaże się , że jestem sama, nie mam nikogo. Co wtedy? Myśli zaczną wracać do mnie jak deja vu.
-Możesz zaopiekować się kotem. Przygarnąć go do siebie. To małe stworzenie sprawi , że będziesz chciała budzić się co dzień, bo masz dla kogo żyć. Ono potrzebuje ciebie i miłości , jaką je obdarzasz . To będzie działać w dwie strony. Będziecie potrzebować siebie nawzajem.
-Przecież to tylko kot. Co on może czuć? Chyba tylko głód. – Odparłam pomimo poczucia , że mama ma rację.
-Umówmy się , że zrobisz tak jak powiedziałam. Dobrze? – Zapytała z troską w oczach.
-Mhmm. –Rzuciłam od niechcenia.
-Pamiętaj, że nie ważne co się stanie, ja zawsze będę z tobą. Kocham cię i nigdy nie przestanę. Pomimo, że nie będziesz mnie widzieć, ja będę obecna. Tam u góry. – Palcem wskazując niebo , uśmiechnęła się smutno.
-Też cię kocham mamo. Jeszcze kiedyś będziemy razem, szczęśliwe.
-Muszę już iść. Nie zapomnij o tym, co mówiłam. Kocham cię słoneczko. Do zobaczenia wkrótce.-
Po tych słowach zniknęła. Znów ją straciłam. Siedziałam na łóżku płacząc jak małe dziecko, któremu zabrano zabawkę. Znów ją straciłam…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz