Spadałam w dół , a
mroźne powietrze otulało moje ciało niczym najdelikatniejszy jedwab. Biała
sukienka falowała poruszana przez stawiające opór powietrze, które nieudolnie
próbowało unieść mnie aż do chmur. Za
kilka sekund miał nadejść ten moment. Nie myślałam nigdy że oczekiwanie na
śmierć wymaga takiej cierpliwości. Te chwile, które początkowo miały trwać
sekundy, wydawało się że trwały całe godziny. A może nawet więcej. Każda ta
chwila, jej waga, znaczenie wpłynęło postrzeganie przeze nie śmierci. Ale to
nie miało znaczenia . Przecież byłam już martwa. Rzucając się w otchłań
ruchliwego miasta miałam pewność, że uwolnię się od tego całego ciężaru zwanego
życiem, że uwolnię się od „Całego Zła”.
Od samego początku nikt mnie nie rozpieszczał. Ojciec
alkoholik , całymi dniami przesiadywał w pubie. Matka, zapracowana kura domowa
, miała cały dom na głowie. Przychodził zawsze wieczorem , ledwo przytomny ,
chwiejnym krokiem idąc w stronę lodówki. Otwierał ją , stał tak kilka sekund i
ponownie zamykał. Wtedy pojawiała się mama
i zaczynała się awantura. O wszystko. Wypominane nawzajem błędy znałam na pamięć w idealnej kolejności.
Ich kłótnie przeszły już do normalności. Krzyczeli przez godzinę, może dwie, te
dźwięki już do mnie nie docierały. Byłam jakby zamknięta w szklanej bańce. Zero
reakcji. Jakiejkolwiek… Lekarze to
nazywają depresją, ja normalnością.
Taki stan rzeczy utrzymywał się przez kilka miesięcy.
Wyniszczanie mojej psychiki przez tą sytuację dało się we znaki. Zaczynałam co
raz to częściej myśleć o śmierci i cierpieniu.
Wszystkie te momenty sprawiały ,że czułam się co raz
gorzej. Kilkanaście nieprzespanych nocy i fakt , że mój żołądek nie przyjmował
pożywienia, był zatrważający. Chudłam w oczach a sytuacja w domu pogarszała się
z dnia na dzień, aż wreszcie nadszedł ten czas.
Nie spodziewając się niczego, poszłam do szkoły, jak
każdego dnia, bo tylko tam mogłam zapomnieć o tej całej chorej sytuacji.
Kiedy dotarłam do domu i przekręcałam klucz w drzwiach
moją intuicja podpowiadała mi , że coś jest nie tak jak powinno być. Otwarłam
drzwi i zobaczyłam ją leżącą na ziemi w kałuży krwi. W panice zadzwoniłam na
pogotowie i robiłam wszystko według instrukcji:
-Co się stało?
-Znalazłam moją mamę nieprzytomną, wokół niej jest pełno
krwi.
-Wyczuwasz puls? Oddycha?
-Nie.- Upuściłam telefon na podłogę.
Po tych słowach poczułam że zapada mi się grunt pod
stopami. Nie oddycha , czyli nie żyje. „ O nie mamo , nie rób mi tego ”
pomyślałam ze łzami w oczach . „Mamo!” krzyczałam z rozpaczą, potrząsając jej
martwym ciałem. „Mamo…” z rezygnacją , klęcząc na kolanach wtuliłam głowę w
ręce. „Jak on mógł ci to zrobić… Zabić
własną żonę.”
Kilka dni później odbył się pogrzeb, na którym pojawiło
się zaledwie kilka osób. Kiedy weszłam na cmentarz wszyscy patrzyli na mnie jak
na wariatkę. Dlatego że mój ojciec zabił własną żonę? Nie sądzę… Pewnie dlatego
że przyszłam w białej sukience.
Nie miało to oznaczać sprzeciwu czy protestu, choć z
natury jestem buntowniczką. Chciałam po prostu pokazać swoją radość , że mojej
mamie „udało się” to , czego ja za nic nie potrafiłam zrobić – uwolnić się od
tego człowieka. Położyłam bukiet jej ukochanych białych lilii na trumnie , bez
słowa odwróciłam się na pięcie i wybiegłam stamtąd na oczach wszystkich. Bez przerwy pędziłam przed siebie, nie
patrząc na zakazy, omijałam ludzi , aż wreszcie dotarłam tam. Do miejsca , w
którym uwielbiałam przesiadywać. Stare mury opuszczonego już dawno kina, mimo
że w centrum, były miejscem cichym, które dawało poczucie spokoju.
Weszłam na dach, który ledwo trzymał się pod moim
ciężarem. Stałam tam zadając sobie pytanie – „skoczyć czy nie?” Jeśli to zrobię
uwolnię się od całego świata – ojca, myśli o śmierci mamy i wszystkich
problemów w szkole a z dnia na dzień było ich co raz więcej. Jeśli nie,
pozostanę z tym wszystkim na głowie i
pewnie wkrótce znów stanę przed takim wyborem. Nie chcę więcej cierpieć
. Chcę z tym skończyć. Powoli uginam kolana , rozkładam ręce, odbijam się od
powierzchni dachu i słyszę jak drewniane belki z hukiem spadają na ziemię.
Teraz już nie ma odwrotu. Kawałki mojej białej sukienki łopoczą kiedy spadam. Co raz niżej i niżej. Myślałam,
że przed oczami ,jak film zobaczę swoje życie ale widzę tylko zbliżającą się
ziemię. Miało to trwać sekundy ale dla mnie były to niemiłosiernie ciągnące się godziny. Dlaczego
nie widzę scen z mojego życia przelatujących mi przed oczami?
Ach… no
tak…jakiego życia… to co chcę zakończyć , nie można tak nazwać. Nie czuję nic
prócz powietrza otulającego moje ciało i niczym ręce śmierci przyciągającego
mnie do ziemi. Całe moje ciało opada w bezwładzie na podłogę.
Ni stąd ni zowąd siedzę obok łóżka , mam mokre włosy i
czuję że kropelki potu spływają mi z czoła. Rozglądam się wokoło i widzę znowu
ją. Tym razem siedzi na krześle przy biurku i przygląda mi się z troską. Powoli
zbliża się do mnie . Z przerażeniem przypatruję się jej każdemu ruchowi.
Przecież ona jest duchem… TO z pewnością nie może być sen. Lekko szczypię się w dłoń . Otwieram oczy i wciąż
znajduję się w tym samym pokoju ,siedząc
na łóżku i wciąż jest noc. Mamę i mnie dzieli co raz mniejsza odległość.
Podchodzi bliżej i bliżej, nie
spuszczając ze mnie wzroku. Porusza się powoli, jak gdyby płynęła w powietrzu.
Siada na łóżku i zastyga w bezruchu. Patrzy na mnie tymi swoimi wielkimi , brązowymi niczym czekolada oczami
, nie mówiąc nic. Jej wzrok jest pełny współczucia i matczynej czułości. Ma
bladą twarz , niezdradzającą żadnych uczuć , włosy zmierzwione jak gdyby od
wiatru i różane usta na których nie pojawia się ani cień uśmiechu. Ubrana jest
w czerwoną jak krew sukienkę- tą samą w której ją znalazłam. Każdy jej ruch
wydaje się być przemyślany, jak gdyby miał jakieś ogromne znaczenie. Nie tylko
dla mnie ale dla całego wszechświata. Unosi powoli rękę i palcem wskazuje na
nasze rodzinne zdjęcie z wakacji, zrobione kilka lat temu. Staliśmy na plaży na
tle zachodu słońca. Wszyscy trzej
uśmiechnięci. Pamiętam , że byliśmy bardzo szczęśliwi. Pierwszy raz w tamtej
miejscowości – nowe miasto , nowe zakamarki, nowe twarze. Okolica całkowicie
dla nas nieznana .
Szczęśliwa rodzina… już od dawna nie wiem co to pojęcie
oznacza. Jeśli rodziną można nazwać dziecko i matkę , bez ojca, mogliśmy nosić
miano najbardziej kochających krewnych w okolicy.
Spokojnym głosem , którym zwykła była mówić, zaczęła
wyrażać swoje myśli :
-Jaką szczęśliwą rodzinę wtedy tworzyliśmy. Pamiętasz?
Wydawało się , że nic nie może tego zepsuć.
-Tak. Kochałam kiedy jeździliśmy razem na rowerach. Wtedy
wszystko robiliśmy wspólnie. Nie ważne czy to była wycieczka w góry , czy
wyjście po zakupy, zawsze byliśmy we trójkę.
- Można było rzec, że byliśmy jedną z tych rodzin, które
nie miewały problemów na swojej drodze. – Dodała uśmiechając się smutno.
-Później wszystko zaczęło się rozpadać jak wieża z
klocków Lego.-Powiedziałam , mając w głowie obrazy z tamtych dni. Wszystkie
plany, zamiary spadając w dół roztrzaskały się w malutkie, ledwo widoczne
kawałeczki. Już nie istniały. Teraz na pierwszym miejscu był on i jego problem.
Niestety nas też to dotyczyło. W końcu byliśmy jego rodziną, mimo że tylko na
papieru , ale jednak. Ten człowiek
zniszczył mi życie i nie uważam go już więcej jako ojca . Jest dla mnie obcą
osobą, która nie zasługuje na miłość, bo sama jej nie daje. Pamiętasz -zwróciłam
się w jej stronę –kiedy wszyscy mówili mi „ daj spokój, on potrzebuje
wsparcia”? Ja to rozumiem , tylko on nie jest sam na świecie. Ta sytuacja mnie
też niszczy a jakoś nikt nie pomyślał że ja także potrzebuję pomocy i
wsparcia.- Mówiłam głosem tłumionym przez łzy.
-Rozumiem cię bo sama czułam się podobnie.
-Nie sądzę. – Rzuciłam ,dąsając się jak rozpieszczone
dziecko.
- Popatrz, mi udało się uwolnić od tego wszystkiego.
Teraz jestem szczęśliwa, ale nie mam nikogo. Widziałam twój sen, byłam przerażona
i chciałam jak najszybciej z tobą porozmawiać.
-Mamo, to był tylko sen- Powiedziałam z niepewnością, nie
wiedząc, czy zna także moje myśli.
-Tak, je także. Wiem , że rozważałaś możliwość skończenia
ze swoim życiem. Nie rób tego. Masz siedemnaście lat. Jeszcze tylko kilka
miesięcy i będziesz pełnoletnia. Będziesz mogła iść do pracy, zarobić trochę
pieniędzy, kto wie, kupić mieszkanie i uwolnisz się od niego tak jak ja.
-Okej. Kupię mieszkanie, wprowadzę się, usiądę na mojej
nowej sofie i wtedy okaże się , że jestem sama, nie mam nikogo. Co wtedy? Myśli
zaczną wracać do mnie jak deja vu.
-Możesz zaopiekować się kotem. Przygarnąć go do siebie.
To małe stworzenie sprawi , że będziesz chciała budzić się co dzień, bo masz
dla kogo żyć. Ono potrzebuje ciebie i miłości , jaką je obdarzasz . To będzie
działać w dwie strony. Będziecie potrzebować siebie nawzajem.
-Przecież to tylko kot. Co on może czuć? Chyba tylko
głód. – Odparłam pomimo poczucia , że mama ma rację.
-Umówmy się , że zrobisz tak jak powiedziałam. Dobrze? –
Zapytała z troską w oczach.
-Mhmm. –Rzuciłam od niechcenia.
-Pamiętaj, że nie ważne co się stanie, ja zawsze będę z
tobą. Kocham cię i nigdy nie przestanę. Pomimo, że nie będziesz mnie widzieć,
ja będę obecna. Tam u góry. – Palcem wskazując niebo , uśmiechnęła się smutno.
-Też cię kocham mamo. Jeszcze kiedyś będziemy razem,
szczęśliwe.
-Muszę już iść. Nie zapomnij o tym, co mówiłam. Kocham
cię słoneczko. Do zobaczenia wkrótce.-