2.12.2014

List VIII

Potem przychodzi ten moment, którego się nie spodziewasz. Nagle dociera do Ciebie, że to żyje własnym życiem. To jest coś co musisz znosić, tolerować lub dbać. To do nikogo nie należy. I jedyne co możesz to z tym żyć. Uśmiechać się w miłych chwilach i pozwolić sobie by czuć z tym źle. Bo czy ze wszystkim musi nam być dobrze? Wszystko kiedyś minie. To jak choroba, na szczęście moja jest uleczalna. A Twoja?

Ta, która zrozumiała.


List VII

 To wróciło. Wierz mi nie chciałam by wróciło, ale wróciło razem z Tobą. Przypomniałeś mi wszystko. Przeszłam przez to na nowo dochodząc do tego samego miejsca, tych samych stwierdzeń, tych samych pragnień... Znowu stałeś się dla mnie największym marzeniem, wyzwaniem.

Znów zakochana

2.11.2014

List V

Dziś postanowiłam Cię nie kochać. Wykańczałeś mnie. Moje wzloty i upadki na Tobie. To jak jednego dnia gotowa byłam Ci wszystko powiedzieć, calutką prawdę, wszystkie myśli, a następnego zdaje sobie sprawę, że nie mogę i może nigdy nie będę mogła. Wiem, że czasem mnie rozweselałeś, że nasze rozmowy czasem mi pomagały, ale to za mało. Teraz powinieneś odejść, ja z resztą też. Nie myśleć o Tobie. Nie rozmawiać z Tobą. Nie mieć Cię w moim życiu. Tak też zrobiłam. Ty miałeś swoje życie. Ja miałam swoje życie. Wszystko po kolei: nie rozmawiałam, nie myślałam, nie miałam Cię w życiu, nie kochałam. I proszę, już nie istniałeś. 



Żegnająca Cię 

P.S. Czeka mnie upragniona wieczność. Bez Ciebie. 









28.10.2014

List VI

Wieczność jest pojęciem względnym, nie uważasz? Trwa czasem rok, czasem tydzień, a innym razem całe życie. Ile trwa Twoja wieczność? Moja trwała kilka miesięcy. Nie pozwoliłeś mi tak łatwo zapomnieć. Do twoich kolejnych wiadomości. Stęskniłeś się wtedy za mną? Jakkolwiek brakowało Ci mnie? Nigdy bardziej mi Cię nie brakowało niż wtedy gdy zobaczyłam tamtą wiadomość. Jakby nadrabiała te minione miesiące w ciągu tych kilku minut. Jednak coś Cię chyba ze mną łączyło. Nie było już na odwrót. Ale wystarczyło to proste pytanie by wszystko było jak wcześniej. Czemu nie dałeś mi zapomnieć? Wiesz jak to ułatwiło by mi życie? Wiesz o ile łatwiej by mi było...? O Ciebie jednego byłoby mi łatwiej. Wystarczyłoby mi to. Niby tylko jedna osoba, jedno zwykłe istnienie mniej, a dla mnie to byłoby jak pół życia, całe moje szaleństwo. Znów odebrałeś mi oddech na chwilę oddech. Czasem mam wrażenie, że czerpiesz z tego przyjemność. Jakby twoją ulubioną zabawą było patrzeć jak mam płytki oddech, jak nie mogę nabrać do płuc powietrza, bo nie ma w nim dla mnie tlenu. Resztę można sobie dopowiedzieć. Robiłeś to aż za często. W nie odpowiednich momentach. Za każdym razem było tak samo. Spoglądałam, otwierałam trzęsącą się dłonią, płytki oddech, aż do momentu gdy kończy mi się powietrze potem jeśli dam radę kilka głębszych. Wklepane w klawiaturę zwykłe "cześć" może zmienić aż tyle wiesz? Nie myślisz czasem jaki masz na kogoś wpływ? Co się z kimś dzieje? Ja czasem sobie wyobrażam, że działamy na siebie tak samo. To samo podekscytowanie, ta odrobina szaleństwa, brak oddechu. Wyobrażam sobie jak przełykasz ślinę czekając na odpowiedź. Jak tłumisz uśmiech, bo się go wstydzisz, a czasem nawet boisz. Jak zaciskasz powieki z nadzieją, że gdy je otworzysz zobaczysz to co bardzo chcesz zobaczyć. Jak zmieniasz rzeczywistość na swoją własną gdzie możesz napisać to co chcesz, bo się nie boisz, bo nie ma konsekwencji. Jak odsuwasz się od ekranu, bo wolisz uzyskać martwą ciszę niż złą odpowiedź. Nie czuję się z tym wtedy sama. Wtedy w mojej głowie męczymy się z tym oboje. Ale też oboje mam swoją małą radość w tym szaleństwie. Potem nagle proponujesz spotkanie. Tamtego dnia powinnam była Ci odmówić. Mimo wszystko powiedzieć, że nie chcę Cię widzieć. Nie umiałam. Co z tego, że na chwilę, że tylko Cię odprowadzę gdzieś.Czy jestem tym podekscytowana? Oczywiście, że nie. Tylko oszalałam. Znowu. 



Która zwariowała prze Ciebie.

25.09.2014

List II

Te pamiętne ferie... Były takie cudowne, wyjątkowe i niezapomniane. Po prostu niesamowite... Ten czas spędzony razem... Po którym przestało to być tylko niewinnym porywem. Takie dałeś mi je zapamiętać, ale z upływem czasu widzę je inaczej. Bardziej jak okres mojej zguby, jak wciągnięcie mnie w Twoją grę. Widziałam Cię i mimowolnie się uśmiechałam,a przecież nie powinnam. Nienawidziłam siebie kiedy to robiłam, a jeszcze bardziej Ciebie. Każdego ruchu, uśmiechu, tego jak na mnie patrzyłeś, jak codziennie dotykałeś... nieświadomy co we mnie wywołujesz. Zawsze miałam w głowie jedną myśl, że może jednak jest inaczej, że może też o mnie myślisz... Wypełniały mnie złudne nadzieje. Przytulałeś mnie i na chwilę w to wierzyłam. Czasem rzucaliśmy się razem w śnieg. Pamiętam jak kładłeś dłonie na moich czerwonych z zimna policzków, żeby je rozgrzać albo jak podnosiłeś mnie czasem do góry, by zaraz wrzucić w śnieżna zaspę. Robiłeś to tak zwyczajnie, ale od twoich ciepłych rąk miałam wrażenie, że rosły mi skrzydła. Wyobrażałam sobie, że porywam nas gdzieś daleko. Tam gdzie to wszystko byłoby łatwiejsze, gdzie bylibyśmy dla siebie nawzajem... Innym razem miałam ochotę zostawić Cię bez słowa i zniknąć. Żeby nie musieć na Ciebie patrzeć. Nie musieć co chwilę przypominać sobie bolesnej dla mnie prawdy. Za każdym razem byłam wściekła, że dawałam Ci się tak łatwo w to wciągnąć. Nagle pojawiałeś się i sprawiałeś, że reszta świata znikała, moje złe myśli odpływały dalej niż mogłabym przypuszczać, a pragnienia wydawały się być na wyciągnięcie ręki. Czy to nie okrucieństwo dawać to tylko na chwilę? Czemu to robiłeś? Wyciągałeś na szczyty, by zepchnąć znów w otchłań? Czemu mnie do cholery nie zostawiłeś? Nie poszedłeś do niej tak po prostu? Bawiłeś się mną specjalnie! Nie wiem co z tego miałeś, ale wiem co miałam ja. Ciągłe dawanie i odbieranie mi nadziei... Za każdym razem bardziej bolesne, bo za każdym razem to wydawało mi się bardziej prawdziwe. No i jeszcze miałeś w sobie to coś co sprawiało, że wszystko to wydawało mi się cudowne. Odbierałeś mi trzeźwe myślenie bez mrugnięcia okiem! Wtedy Cię tłumaczyłam, że nie wiesz co we mnie się dzieje, ale może wcale nie powinnam? Ból to ból, tego nie powinno się  tłumaczyć. Rana zostawia bliznę. Co z tego, że dawałeś mi radość skoro zaraz potem znów cierpiałam z twojego powodu? Gdybym była Ci obojętna odszedł byś, wiem to na pewno. Więc kim byłam...? Oczywiście, że starałam się o Tobie nie myśleć, ale im bardziej próbowałam o Tobie nie myśleć, tym bardziej mi się to nie udawało i tym bardziej nienawidziłam nas oboje. W środku miałam chaos. Mogłam oficjalnie i z czystym sumieniem powiedzieć: oszalałam na twoim punkcie.



Próbująca nie zwariować przez Ciebie



List I


To jest to paskudne uczucie... wspominanie jak się czułam. Wiedziałam, że to jest, ale nie myślałam o tym. Udawałam, że nie istnieje. Myślałam, że wyparuje, ale nie wyparowało. Nawet teraz. Takie rzeczy po prostu nie znikają od tak sobie... One mogą się tylko schować gdzieś głęboko, żeby potem wyskoczyć w najmniej odpowiednim momencie. To była jedyna sytuacja kiedy nawet mówienie sobie, że tak każe Ci logika, nie powinno tak być. To dziwne kiedy to wszystko wraca. Kiedy chcesz, ale już nie możesz, bo za późno, bo nie chce, bo po prostu„nie”. Próbuję skupić się na teraźniejszości, a nie na głupim wspomnieniu... choć czy do końca głupim? Jest raczej nietypowe i... no właśnie i co? I powinnam zapomnieć. Wtedy udawałam, że powinnam, bo tak będzie lepiej, ale teraz wcale nie jest lepiej. Nie umiem Cię od tak sobie wyrzucić. Pamiętam jak się cieszyłam... rozmowy, telefony i te spotkania, choćby na chwilę. A teraz? Zostaje ten cichutki szept, który niegdyś był krzykiem „Czemu nie?”. Czemu nie chciałeś mnie? Czemu mnie zostawiłeś? Czemu nie byłam dla Ciebie? Czemu nie możemy rozmawiać? Czemu zmieniłeś punkt widzenia? Czemu nie ze mną? Czemu ona? Czemu nie było tak jak powinno być? Czemu to tak wyszło? Czemu nic nie zrobiliśmy? Czemu nie myślisz o mnie? Czemu wtedy tylko patrzeliśmy się na siebie w zakłopotaniu? Odpowiedzi, domysły, moje pragnienia, marzenia, myśli, twoje słowa... wszystko się pomieszało. Ja tylko wcisnęłam to do wielkiego pudła gdzieś w głowie i próbowałam zapomnieć. Nie umiem. Zadomowiłeś się w pewnym miejscu w moim umyśle chyba na zawsze. Więc czemu tak wyszło? Nawet najgłośniejszy krzyk jest niczym w porównaniu z tym cichutkim szeptem wydobywający się z zakamarków naszych myśli. „Bądź ” - chyba on tak właśnie brzmi, chociaż próbuję go tłumić. Opowiem Ci tę historię. Poznasz mnie prawdziwą. Zacznę to wszystko od nowa. Pokocham Cię raz jeszcze....

Próbująca Cię nie kochać.


P.S. Pozwól mi się uwolnić...

21.09.2014

List IV

Nie wyobrażasz sobie jak długo i ciężko trwa proces uświadamiania sobie, że to nie ze mną jest coś nie tak. A przynajmniej, że nie tylko. To niszczyło mnie od środka. Myślałam, że nigdy się nie skończy. Powoli dochodziłam do siebie. Bardzo powoli. Wciąż nie jestem pewna czy już po wszystkim. Taka wybrakowana... Kto by mnie chciał? Byłam usterką, wadą, błędem... Nikt nie chce mieć kogoś kto jest nie pełny, nie do końca dobry, nie nadaje się... Więc po co jeszcze tam byłam? Żeby udawać, że jest dobrze? Sprawiać wrażenie, że się nadaję? Może i sprawiałam takie wrażenie. Mylne wrażenie, że jestem kompletna. Gdybym była to było by dobrze. To patrzyłbyś na mnie tak jak powinieneś. To widział byś to co powinieneś widzieć. Mnie. Całą. Pełną. Kompletną. Gotową. Czekającą tylko na znak by być taką dla Ciebie. Mogłam ze sobą skończyć. Nie być marną atrapą osoby... Dlatego tak ciężko mi było zrozumieć, że to nie ja. Ciekawe czy kiedyś obwiniałeś się o coś tak bardzo, że chciałeś się zabić... i co to mogło być. Wydajesz się przekonany, że jesteś idealny, że to Ty jesteś tym dobrym. To ja ląduje na straconej pozycji. Za każdym razem, w każdej konkurencji, w każdym porównaniu. Zawsze. Jestem gorsza, tak? Jestem tą złą? Nie. Już nią nie jestem. Nie chce i nie będę już, tą która wszystko zepsuła. Może nie jestem perfekcyjna. Może nie jestem pieprzonym ideałem. Może. Ale to ja. I niektórzy kochają mnie własnie taką. Nie Ty... I nie teraz... Ale oni tak. Na nich powinnam się skupić. To oni są ważni. Oni mnie nie niszczą tak jak Ty to robisz. Nie niszczą mnie milczeniem, spojrzeniami, uśmiechem... Zamieniłam nas miejscami. Teraz potwór jest na swoim miejscu. 


Która zrozumiała do prawdę

Listy III

I nagle kiedy wspominam te chwile. Zadaje sobie pytanie co było nie tak. Albo raczej kto. Analizowałam każdy swój ruch. Każde posunięcie. Słowo. Krok. Zachowanie. Uśmiech. Wszystko. Czułam gdzie tkwi błąd. Kto był błędem. Wydawało Ci się, że to ja. Że to wszystko twoja wina. Za bardzo się starałam? Za bardzo uważałam? Za bardzo się temu poddałam? Za bardzo tego chciałam? Za bardzo próbowałam widzieć w tym coś więcej? Byłam za odważna? Byłam zbyt chciwa? Byłam zbyt spragniona? Byłam zbyt szczęśliwa? 
Byłam za brzydka? Byłam zbyt zachłanna? Byłam zbyt pewna siebie? Byłam zbyt radosna? Byłam za blisko? Byłam zbyt smutna? Za dużo się śmiałam? Za dużo mówiłam? Za dużo na Ciebie patrzyłam? Za dużo pytałam? Za dużo spędzałam z Tobą czasu? Za dużo sobie wyobrażałam? Za dużo o Tobie śniłam? Za dużo o Tobie myślałam? Za długo to trwało? Co zrobiłam nie tak? Czy może to po prostu było za piękny by było prawdziwe? Nie wyobrażasz sobie jak bardzo chciałam Ci zdać te wszystkie pytania i wiele kolejnych...
Odpowiedziałbyś? 


Szukająca błędu 

16.08.2014

Zawsze

Przekręciłam klucz w zamku. Gdy tylko uchyliłam drzwi usłyszałam cichą słodką melodię wypełniającą nasze mieszkanie. Potem dotarła do mnie woń jaśminowej herbaty. Było tylko ciszej niż zwykle, ale nie zwróciłam na to uwagi. Powietrze często wypełniał śmiech Alicji. Po chwili upajania się przyjemnymi doznaniami weszłam do środka.
- Alicja? -zawołałam. Brak odpowiedzi. Zawiesiłam torbę i kurtkę na wieszaku.
- Jesteś tu? -znów powiedziałam. Wciąż nic. Może gdzieś wyszła? Weszłam w głąb mieszkania. Kiedy tylko zza rogu wyłonił się salon zobaczyłam ją na kanapie. Przed nią stała filiżanka herbaty. Zdziwiłam się. Zwykle stały dwie. Dla nas obu. Wyglądała uroczo śpiąc. Podeszłam przykryć ją kocem. Była taka spokojna. Uśmiechała się przez sen. Odsunęłam kosmyk włosów z jej twarzy. Przeszedł mnie dreszcz. Była lodowata. Wystraszyłam się. Dotknęłam jej dłoni. Zimna. Policzka. Zimny. Nogi się pode mną ugięły. Przysiadłam na kanapie obok niej. Trzęsącymi rękoma dotknęłam tętnicy na jej szyi. Brak tętna. Wydałam z siebie bezgłośny krzyk. Rękoma przygarnęłam ją do siebie. Jakbym miała nadzieję, że mój dotyk ją ożywi, że jej serce znów zacznie bić. Z oczu popłynęły mi łzy. Zaczęłam powtarzać jej imię. Najpierw szeptem, potem coraz głośniej. W końcu krzyczałam we łzach najgłośniej jak potrafiłam. Nie wiedziałam jak i czemu to się stało. Nie chciałam w to wierzyć. Przyciskałam ja mocno do siebie gładząc po twarzy. Krzyk przerodził się w łkanie.  Za krzykami przybiegł sąsiad, to on zadzwonił po karetkę. Nie byłam w stanie wykrzesać z siebie słowa. Siedziałam załamana nie chcąc jej puścić. Próbował uspokoić, ale nic nie miało teraz takiej siły. Wciąż nie wierzyłam w rzeczywistość. Taka właśnie była, trzymałam moja przyjaciółkę martwą w ramionach. Zrozumiałam czemu została tylko jedna filiżanka...

***
Staliśmy przed drzwiami kostnicy. Wszyscy tak samo bladzi, tak samo zdruzgotani. Jedynie ja płakałam zaglądając w małe okienko w drewnianych drzwiach. Starłam się nie szlochać, ale nie potrafiłam. Poczułam dłoń matki Alicji na moim ramieniu.
-To w końcu musiało się stać... -szepnęła próbując mnie uspokoić.
-Musiało?! -krzyknęłam w emocjach. -Ona miała 23 lata! Nie powinna była umrzeć! -wycedziłam przez zęby powstrzymując kolejną falę łez. Myślałam, że usłyszę teraz coś nie przyjemnego, przywołanie do porządku, ale ona powiedziała tylko spokojny matczynym tonem:
-Przecież była chora.... To... Musiało nastąpić. Mówili, że nie wiele jej zostało... -usłyszałam lekkie drżenie jej głosu, a na te słowa jakbym się obudziła z głębokiego snu.
-Chora? Jak to chora? - zapytałam odwracając się do matki przyjaciółki. Na jej twarzy pojawiło się wielkie zdziwienie.
-Ty... nie wiedziałaś? Myślałam, że wiesz. Nie mówiła Ci? -wyparowała od razu.
-O czym miała mi powiedzieć? -upierałam się przy swoim pytaniu.
-Alicja... -zaczął jej ojciec łamiącym się głosem. -Alicja miała raka. Z groźnymi przerzutami. Bez szans na leczenie... -ostatnie dodał przygryzając wargę i powstrzymując łzy. Ona... nie powiedziała mi o swojej chorobie? Wszyscy wiedzieli, ale nie ja? Dlaczego? Czemu nic mi nie mówiła?? Byłam jej najlepszą przyjaciółką... Może jednak się przeliczyłam...?
-Czemu państwo mi nie powiedzieli? -zapytałam nagle.
-Byliśmy przekonani, że o tym wiesz. -odparł jej ojciec. Nie wiedziałam. Moja przyjaciółka umierała na raka, a ja nic nie wiedziałam.

***

Wróciłam do mieszkania. Zapach herbaty ulotnił się, a muzyka już dawno zamieniła się w martwą ciszę. Nie chciałam wracać do salonu. Weszłam do kuchni. Chciałam zaparzyć sobie herbaty. Wierzyłam, że napije się i poczuję się odrobinę lepiej, że jakoś to ułożę. Zmażę kłamstwo, zrozumiem śmierć, pozwolę jej odejść...  Nagle zauważyłam list leżący na kuchennym stole. Na kopercie widniał napis „Dla Ewy”. Lekkie i piękne pismo Alicji wywołało we mnie falę emocji. Nie powstrzymałam łez. Otworzyłam  go.

Droga Ewo,

Żyjemy obok siebie... a w zasadzie razem. Nie było w tym nic niezwykłego. Przyjaźń równych zasadach. Zawsze tak to wyglądało. Może właśnie prze tę miłość. Sama nie widziałam tego na początku. Poznałam Cię. Wysoka, długie ciemne włosy, brązowe oczy w tak nie do opisania cudnym odcieniu... po prostu piękna. Chociaż nie zawsze taką Cię postrzegałam. Dopiero w pewnym momencie zaczęłam zauważać detale twojego wyglądu. Jedwabną skórę, niezwykłe oczy, delikatne włosy, rysy, kształt ust... Zawsze powtarzałaś, że na urodę Ci zabrakło. Za każdym razem kiedy choć próbowałam Ci powiedzieć co myślę mówiłaś, że jestem głupia, naiwna, mam nienormalny kanon piękna, że tylko mnie się podobasz. Może i tak było, nawet jeśli nie zwracałam na to uwagi. Byłaś zbyt zachwycająca. Zaczęło się od kilku prostych słów, a skończyło na głębokich rozmowach. Byłaś coraz bardziej fascynująca, niezwykła, niewyobrażalna. Wciągnęłaś mnie bez reszty. Przyjaciółka do końca świata. Pierwsza w moim życiu. Jak również ostatnia. Nie zauważyłam jak to się zmieniało. Relacja była coraz bliższa, a ja coraz bardziej zacierałam różnicę między tymi dwoma rodzajami miłości. Poznałam twój dotyk, brak obojętności, wiarę we mnie.... Dotyk, to chyba on wszystko zmienił. Nikt nigdy tak mnie nie dotykał. Delikatnie i czule. Każdy centymetr mojej skóry chciał znać ciepło twoich dłoń, a ten który poznał nigdy nie zapominał. Pamiętam jak pierwszy raz powiedziałam, że Cię kocham. Było to wtedy niewinne i proste. Powiedziane komuś kto dał mi nowe życie. Drugi raz też doskonale pamiętam. Tę panikę w moim głosie kiedy to słowo nabrało w moich ustach nowego brzmienia, a Ty naprawdę nowego obrazu. Bałam się wtedy, że usłyszy to słowo zupełnie inaczej. Zauważysz tę subtelną zmianę. Nie zauważyłaś. Dla Ciebie wciąż było takie samo. Dla mnie już zupełne inne. Nic nie szkodzi, że tego nie usłyszałaś. Tak było lepiej. Wydawało Ci się, że nic się nie zmieniło, a ja w zgodzie z sobą mogłam wyrażać tę zmianę raz na jakiś czas. Ukrywanie uczuć tylko je pogłębia, zamyka w klatce, z której na siłę chcą uciec. Moje natomiast były dzięki temu zupełnie wolne. Zdawałam sobie sprawę, że gdybym nie dotarła tak blisko Ciebie nigdy nie mogłabym tego powiedzieć, tak samo jak i z tego, że gdybym teraz wyjawiła Ci tę tajemnicę już nigdy nie mogłabym tego powiedzieć. Lepiej było stać na uboczu, uszczęśliwiać z innego miejsca. „Było”. Nie jestem w tym dobra, dałam się temu zbytnio rozwinąć. Przerosło mnie. Zaczęłam postrzegać to wszystko jako kłamstwo. Nie wytrzymałam tego chaosu uczuć i myśli. Wiem już, że nie umiem kochać mężczyzn w ten sam sposób. Nie na całe życie, nie tak mocno, nie tak czule, nie tak wiernie, nie tak jak kocham Ciebie.  Z którymkolwiek z nich byłabym nieszczęśliwa, bo pragnę tylko Ciebie. Można by powiedzieć, że to miłość majestatyczna, wielka, dostojna, arystokratyczna. Dałam Ci Twoje życie rezygnując z własnego. Jak kochanek który, nie powie o swej miłości by nie zniszczyć życia ukochanej.  On czuje się nie godny swojej własnej miłości. Ja jestem jak on. Nieodpowiednia, niezasługująca, niewarta tego co sama kocham. Wiem, że nigdy byś mnie nie wybrała i , że może wszystko byłoby inaczej. Gdybym tylko tak bardzo Cię nie kochała. Wiem, że nigdy nie powinnam tego czuć, a tym bardziej o tym mówić,ale za długo milczałam. Powiem to teraz, już będziesz wiedziała, kocham cię. Pewnie się dowiesz, że to był rak. Nie myśl, że nie chciałam o siebie walczyć. Nie mogłam. Kiedy go wykryli było za późno. Odeszłam godnie, pogodzona z losem i ze sobą. Nie bądź zła, że Ci nie powiedziałam. Nie chciałam byś na siłę mi pomagała, okazywała litość, patrzyła na mnie przez pryzmat choroby. Chciałam byś do końca była dla mnie taka sama. Przeżyć z Tobą te ostatnie chwile jakby to nie istniało. Dziękuję, że mi na to pozwoliłaś. Proszę Cię, nie zapomnij mnie. Będę tam żyła tak długo jak długo Ty mnie nie nie zapomnisz. Mam nadzieję, że wieczność.

Dobranoc kochana.

P.S. Na zawsze z Tobą. 

***

Wszyscy się rozeszli. Zostałam na cmentarzu sama. Przestałam zwracać już uwagę na non stop płynące po moich policzkach łzy. Pogodziłam się z płaczem. Nie mogłam jednak pogodzić się z jej śmiercią. Wiedziałam już, że nie odeszła nagle. Rak wyniszczał ja od miesięcy, a może nawet od lat. Przynajmniej wiedziałam, co ja zabiło. Na jej grobie kładę tylko białe róże. Uwielbia je. Są majestatyczne, dostojne, cudowne i niewinne. Obiecałam sobie, że będzie żyła ze mną. Dopóki nie umrę. Wtedy ja do niej przyjdę. Szkoda, że wcześniej nie poznała mojego wyboru.

21.07.2014

Inaczej


Tobie nie można udowodnić żadnej miłości. Mogę codziennie przynosić Ci kwiaty robić śniadanie do łóżka, kupować Ci prezenty, codziennie dotykać z uwielbieniem i czułością jakbym robił to pierwszy raz... Nawet jakby codziennie mówił Ci co czuje i jak bardzo szaleję na twoim punkcie. Mogę też czekać na Ciebie wieczność, ale jestem pewien, że nie przyjdziesz. Jedynie moja nadzieja dawałaby mi cień wiary, że byłoby inaczej. Ale nie byłaby to prawda, czyż nie? Kiedy czytasz ja właśnie to sprawdzam. A może ja kiedyś tu wrócę? Może. 

Patrzyłem jak czyta mój liścik zza okrytej szronem szyby. Zimne podmuchy wiatru tragały moje włosy raz za razem. Mróz był nie do zniesienia. Zacisnąłem zęby, a po moim policzku spłynęła mi łza. Wpatrywała się w kartkę coraz dłużej. Już pewnie to przeczytała. Gdy obudziłem się tego styczniowego poranka nie myślałem, że dziś opuszczę to miejsce, w którym kiedyś tak bardzo pragnąłem być. Miłość wybacza wszystko, ale sam się przekonałem, że nawet jeśli robi to zawsze to jeszcze jest rozum, którego nie wolno nam stracić. Zakochany w potworze. Zakochany na zabój. Robiłem co mogłem, ale to było za mało. Wymagała idealności, której nie byłem w stanie osiągnąć. Starałem się ze wszystkich sił, ale nie mogłem. Czułem się beznadziejny, bezużyteczny. Ona wczoraj ostatecznie mnie w tym utwierdziła. Byłem prawie pewny, że to koniec. Prawie. Nadzieja umiera ostatnia. Sam czuję się prawie martwy. Obdarty z samego siebie. Już nie wiem czy bardziej kocham ją, czy tęsknotę za nią. Pamiętam więcej chwil bez niej niż z nią. Raz po raz zostawia mnie na te kilka chwil wymuszonej samotności. Nie umiem okazywać uczuć. Nigdy tego nie potrafiłem. Starałem się. Codziennie cholernie się starałem. Każdego dnia chciałbym jej powtarzać, że zawsze przy niej będę. Tyle, że za każdym razem słowa więzły mi  w gardle. Robiłem wszystko by to pokazać bez słów. Teraz już wiem, nie udało się. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Ruszyłem powoli w swoją stronę ocierając łzę z policzka. Zostawiając za plecami wszystko co chciałbym teraz mieć. Szedłem powoli jakby niósł coś niewyobrażalnie ciężkiego choć z ramienia zwisała mi tylko niewielka sportowa torba z kilkoma szmatami. W rzeczywistości jednak niosłem ze sobą dużo cięższy bagaż. Wiedziałem, że za mną nie pobiegnie. Po każdym można by się tego spodziewać, ale nie po niej. Każdy krok był nie pewny. Oddalał mnie od niej. Coraz bardziej rozrywał mi wnętrzności. Nie mogłem uwierzyć, że to robię. Co chwilę chciałem zawrócić i biec do niej, łomotać w drzwi choćby cały dzień i całą noc by znów mnie wpuściła. Nie wiem czemu tego nie zrobiłem. 

***

Wszedłem do mojego starego mieszkania. Dawno temu próbowałem je sprzedać, ale bez skutku. Wolałbym, żeby nigdy mi się nie przydało. Zamknąłem drzwi i wziąłem głęboki oddech. W powietrzu unosiło się mnóstwo kurzu. Z brudnych okien zasłoniętych poszarzałymi firankami w salonie padało słabe światło. Wszystko przykryte było białymi płachtami. Czułem się tu nieswojo. Jak za czasów mojej własnej samotności. Spróbowałem zapalić światło, ale włącznik odmówił posłuszeństwa. Super. Wszedłem dalej do mieszkania. Każdemu postawionemu przeze mnie krokowi towarzyszyło skrzypienie podłogi. Jedyna rzecz, która mąciła tu martwą ciszę. Zostałem bez światła. Ogrzewanie też nie działało, więc było tu nie wiele cieplej niż na zewnątrz. Była dopiero piąta po południu, ale było już ciemno. Szybko znalazłem parę świec w szafce w kuchni i skołowałem prowizoryczne podstawki. Musiało wystarczyć. Rozłożyłem starą kanapę w salonie i położyłem się. Nie mogłem uwierzyć, że dziś zasypiam w nie swoim łóżku, że nie mogę jej dotknąć, że nie mogę życzyć jej dobrej nocy. W ogóle nie wierzyłem w ten dzień. Miałem mokre policzki i próbując nie myśleć starałem się zasnąć. Potrzebowałem teraz czyjejś obecności, ale naprawdę chciałem tylko jej.  W głowie brzęczały mi jej słowa. Przecież, wiem, że mnie nie kochasz. Nie zależy Ci. Nie umiałem zasnąć. Nie raz spałem tam na kanapie, zawsze z tą samą myślą, że jutro znów będzie dobrze. Jakby brak samej świadomości, że jest w pobliżu nie pozwalał mi spać. Jutro wcale nie będzie dobrze. Czy umiem żyć inaczej? Ciągle zdawało mi się, że słyszę pukanie do drzwi. Kilka razy wstawałem w nocy i szedłem je otworzyć. Witał mnie w nich tylko wiatr i mróz. Poczułem jak robię się czerwony od chłodu. Przypominałem sobie jak kiedyś powiedziałem jej, że to będzie nasza niekończąca się opowieść. Teraz wiem, że kłamałem. Kochałem królową lodu.W tym cholernym zimnie nie można było żyć wiecznie.  Raz po raz zapominając jak to jest ją dotykać, być bliżej... Powstrzymałem kolejną falę smutku i zamknąłem drzwi. Wróciłem na kanapę. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak bardzo nie czułem się sobą. Nim się spostrzegłem nadszedł świt. Chłodne promienie słońca zaczęły wślizgiwać się przez firanki. Podszedłem do okna i rozsunąłem je. Kolejny... chociaż nie... raczej pierwszy dzień właśnie się dla mnie zaczął. Mój ojciec powtarzał mi w dzieciństwie, że każdą wyrwę można jakoś załatać. Nie wiem czy teraz też miałby rację. To nawet nie była wyrwa, zostawiłem za sobą wczoraj o wiele więcej mnie. 

***

 Cały dzień nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Już teraz nie mogłem wytrzymać. Czułem się jak chory psychicznie, ale dla takich jak ja nie było lekarzy, a lek był tylko jeden. Warjowałem bardziej z każdą minutą. Alkohol wydał mi się objawieniem. Nie wiem która była godzina gdy wyszedłem z baru ledwo stojąc na nogach. Nie wiem nawet jak trafiłem na właściwą ulicę. Co chwilę przewracałem się lub opierałem o co się tylko dało. Nagle na ławce tuż pod moim domem zobaczyłem czyjąś postać. W ciemnym długim płaszczu i w kapturze siedziała samotnie w milczeniu. Po alkoholu okazywałem się niezwykle otwarty facetem.
-Dobry wieczór, można się przysiąść? -rzuciłem kłaniając się i ledwo przy tym utrzymując równowagę. Mój pijany uśmiech zdradzał wszystko.
-Dobry wieczór, czemu nie. -usłyszałem w odpowiedzi. Zdziwiony acz zachęcony opadłem na ławkę. Starając się jak najskuteczniej ukryć ślady znacznego spożycia. Odchrząknąłem i uśmiechnąłem się do nieznajomej postaci.
-Mógłbym wiedzieć  co tu robisz w środku nocy? -zapytałem by rozpocząć jakąś rozmowę
-Czekam. -padła zdecydowana odpowiedź. 
-Na co można czekać w środku nocy? 
-Na różne rzeczy, na zbawienie, na miłość... ja czekam na odwagę. -odparł mój rozmówca. 
-A na co potrzebujesz tej odwagi? -zapytałem spoglądając w jego stronę. 
-Na miłość. -padła krótka odpowiedź. Westchnąłem i przetarłem skroń. 
-To dobrze, że czekasz. Do tego potrzeba cholernej odwagi... -powiedziałem. -Nie wyobrażasz sobie ile jej potrzeba...
-A pan wie ile? -usłyszałem pytanie. Nie wiem czemu mnie to rozbawiło.
-Wiem. 
-A więc? 
Wziąłem głęboki oddech nocnym zimnym powietrzem, które na chwilę rozpaliło mi płuca. 
-Tyle by każdego dnia móc powiedzieć co się czuje, by każdego dnia dotykać kogoś najczulej jak się potrafi, by nie bać się ostrych słów, by mimo szkła, które w nas ląduje wciąż być delikatnym....  by codziennie nie wątpić w to wszystko. I tak do końca świata. Potrzebujesz dużo odwagi... -odpowiedziałem. - Dużo więcej niż ja jej mam. -dodałem cicho. Postać zdawała się dokładnie słuchać każdego mojego słowa, ale kto zwykł słuchać pijanego gościa w środku nocy? 
-Coś pan o tym wie. -padło stwierdzenie. 
-Ta... -odparłem. Gdyby nie nadmiar alkoholu we krwi prawdopodobnie samo wspomnienie doprowadziłoby mnie do płaczu. 
-Jaka ona była? -usłyszałem pytanie. Nie wiem czemu nie wahałem się odpowiedzieć.
-Cudowna, niezwykła, piękna, wyjątkowa... po prostu idealna. -odparłem bez zastanowienia. Wydawało mi się, że postać uśmiechnęła się. 
-To czemu nie ma jej przy panu? -odezwał się tajemniczy głos. 
-Właśnie tego kurwa nie wiem... -odpowiedziałem. Powstrzymywałem łzy. Teraz miałem ochotę krzyczeć. To pytanie wytrąciło mnie z równowagi. Było cholernie trafne. 
-Bo co? Bo mnie zraniła? Bo kolejny raz  czułem się jak śmieć przez jej słowa? Ja i tak ją kocham. Wystarczy, że raz to powiedziałem. Te słowa nie mają jakiegoś pieprzonego terminu ważności. To się nie kończy, bo usłyszałem coś czego nie powinienem. -wydusiłem z siebie jednym tchem. Odwróciłem głowę.
-Pójdę już. Dobranoc -usłyszałem. Potem słyszałem tylko powoli stawiane kroki na skrzypiącym śniegu które oddalały się ode mnie. Z trudem otworzyłem drzwi mieszkania. Kiedy wreszcie udało mi się je zamknąć oparłem się o nie plecami. Niesiony siłą ciężkości opadłem na ziemię. Przyciągnąłem kolana pod brodę. Dopiero teraz pozwoliłem sobie na płacz.

***

Obudziłem się rano oślepiony promieniami słońca nie bardzo pamiętając co robiłem ostatniej nocy. Miałem potwornego kaca. Najpierw nie rozpoznałem mojego mieszkania, ale po chwili przypomniało mi się co to za miejsce, tak jak to, dlaczego tu jestem. Pamiętałem jakieś urywki. Próbowałem złożyć je w całość. Wszedłem do baru, dużo wypiłem, powrót do domu, potem ta dziwna rozmowa... Utkwiła mi w głowie. Pamiętałem ją prawie całą, ale wciąż nie wiem z kim rozmawiałem... Wiem tylko, że ta osoba wydała mi się dziwnie bliska, dziwnie znajoma. Chyba zwyczajnie wiedziała co znaczy miłość. To mogło wystarczyć. Poszedłem do łazienki i przemyłem twarz zimną wodą. Spojrzałem w brudne lustro i swoje niewyraźne odbicie. Miałem wrażenie, że to już nie ja. Gdzie podział się ten, który przyrzekł, że zawsze z nią będzie? Gdzie zginęły tamte przysięgi o miłości? Gdzie ta pewność i determinacja by być najlepszym mężczyzną na ziemi dla niej? Gdzie ten pełen wiary idealista? W głowie obijały mi się słowa wczorajszej rozmowy. To czemu nie ma jej przy mnie? Spojrzałem na zegarek. Była 13:47. Każda godzina jest dobra. W ciągu kilku sekund wybiegłem z mieszkania.  

***

Moja rękę zatrzymała się w powietrzu centymetr przed drzwiami. Zawahałem się. Czy na pewno... Wtedy drzwi się otworzyły. Na chwilę oboje zamarliśmy. Nie wiem ile staliśmy w tym szoku i milczeniu. W końcu zrobiłem krok w jej stronę i pocałowałem ją. Już prawie zapomniałem jak ona słodko smakuje. Prawie. Jej ręce wylądowały na moich ramionach. Zauważyłem łzy na jej policzkach. Powoli ja objąłem. Położyła głowę na moim ramieniu. 
-Kocham Cię, cholernie Cię kocham. Nawet jeśli tego nie czujesz. Zawsze. -wyrzuciłem z siebie póki jeszcze czułem w sobie ten cień odwagi. 
-Wiem. -odparła uśmiechając się lekko.
-Dopiero teraz to wiesz? 
-Powiedziałeś mi to znów wczoraj. -odparła jak gdyby nigdy nic.
-Powiedziałem? Co? -wydusiłem zdziwiony.
-To ze mną wczoraj rozmawiałeś na ławce totalnie pijany. -na to wspomnienie znów się uśmiechnęła. 
-To.. byłaś Ty? - jęknąłem zdziwiony. Teraz dopiero zacząłem to kojarzyć, płaszcz z kapturem, wątła sylwetka, ten ton głosu... Nie wiem czemu dopiero teraz... Najwyraźniej kompletny ze mnie idiota...
-Przecież wiem gdzie uciekłeś. Siedziałam tam ostatniej nocy. -powiedziała lekko się uśmiechając. - Szukałam tam swojej odwagi. Znalazłam ją, wiesz? -dodała kładąc mi dłoń na policzku. Na kilka sekund zapadła cisza. Próbowałem to wszystko ogarnąć. 
-Chciałam ci dziś powiedzieć, że mi zależy. Powinnam Ci czasem powiedzieć jak bardzo lubię gdy przynosisz mi kwiaty, lub gdy całujesz mnie w czoło na dobranoc. Gdybym tylko umiała okazać ci jakieś ciepło...  -do oczu znów napłynęły jej łzy. -Przepraszam, kocham cię. 
Przytuliłem ją mocno. To nie było już ważne, że wtedy to powiedziała. Liczył się ten moment. Nie pamiętam kiedy ostatnio usłyszałem do niej te słowa. Nigdy nie okazywała mi żadnych uczuć... Sam nie wiedziałem dlaczego... Czemu tego nie widziałem? Też się starała, ale ja tego nie dostrzegłem zbyt skupiony na dążeniu do jej ideału, który był tylko fantazją. Największym aktem odwagi nie było odejść, ale wrócić tu z powrotem z nadzieją, że wrócę do swojego lepszego raju. Zobaczyłem to teraz inaczej. Zobaczyłem jeszcze głębiej wnętrze mej lodowej królowej.










9.07.2014

Pewna niepewność - rozdział IV

Szłam przez korytarz razem z Karolina i Olgą.
-Ta matma mnie przeraża...-lamentowała Olga na samą myśl o sprawdzianie w przyszłym tygodniu.
-Spoko dasz radę. - pocieszała ja Karolina.
-Mnie bardziej martwi fizyka...- westchnęłam kiedy przypomniałam sobie o kartkówce w czwartek.
-Przestańcie tak mękolić!-zirytowała się Karolina. - My nie damy rady!? Trzeba być twardym a nie miętkim!
-Tobie to...-zdążyłam wydusić za nim nie straciłam całej równowagi. W jednej chwili podłoga zaczęła zbliżać się w zawrotnym tempie. Poczułam pociągniecie za ramię po czym wylądowałam oparta o kogoś. Nienawidzę ludzi, którzy zostawiają plecaki na środku korytarza! To taki problem położyć go z boku lub zanieść do klasy?! 
-Mało brakowało. - usłyszałam Olgę. -Uważaj, bo następnym razem wybijesz sobie wszystkie zęby. Podniosłam głowę i zobaczyłam Maćka. Nie spodziewałam się, że to akurat on...
-yyyy dzięki. -wyjąkałam. Starałam się by zabrzmiało to jak najbardziej normalnie.
-Spoko. - odparł. Nagle zorientowaliśmy się jak mała odległość nas dzieli i oboje zrobiliśmy krok w tył odwracając wzrok. Byliśmy chyba równie czerwoni z tego "drobnego" wypadku. Znów spojrzeliśmy na siebie. Krótki uśmiech i tyle. Poszedł w swoją stronę Wiedziałam, że moje policzki są czerwone jak nigdy, ale modliłam się żeby nikt tego nie widział. Odwróciłam się szybko do dziewczyn próbując nie dać po sobie nic poznać.
-Och! Muszę iść do biblioteki. Lektura sama się nie wypożyczy! - przypomniała sobie Olga i momentalnie zniknęła w korytarzu. Karolina odciągnęła mnie delikatnie na bok. W jakieś puste miejsce.
-Julia, co się stało?-zapytała. - Widziałam tę akcję przed chwilą. Rumieńce, zakłopotanie... Mów o co chodzi. -poprosiła stanowczo.
-Nie wiem o co Ci chodzi. Pomógł mi i tyle. -próbowałam udawać, że nic się nie stało, ale przy niej jakoś tak ciężko mi się kłamało. Starałam się nie uciekać wzrokiem by nie wzbudzać podejrzeń, ale było to cholernie trudne. Miała takie przenikliwe spojrzenie, poza tym nie znosiłam okłamywać przyjaciół, ale nie byłam pewna czy chcę jej mówić o tamtej sytuacji.
-Jasne.... - westchnęła sarkastycznie. Ech.... wiedziałam, że się zorientuje. Ona widzi wszystko... Noktowizor i rentgen na dziwne zdarzenia, zdolność specjalna Karoliny. Chyba dokładnie widziała ten skok mojego tętna kiedy na niego spojrzałam. 
-A jak twój sprawdzian z polskiego?-wystrzeliłam nagle próbując uniknąć odpowiedzi.
-Nie zmieniaj tematu. - zaprotestowała. Uśmiechnęła się tym swoim „Mów, bo wyciągnę to z Ciebie siłą. Nie jestem ślepa.”.
-Nic się nie dzieje. -skwitowałam krótko. -Nie dociekaj, bo nie ma do czego.
Wiedziałam, że ona jeszcze to ze mnie wyciągnie, ale jeszcze nie teraz. Karolina za dobrze mnie znała. Przy niej czułam się jakby miała to wypisane na czole. Miałam wrażenie, że widzi to na moich ustach. Zdałam sobie sprawę, że tam myśl ciąży mi od tamtego czasu gdzieś wewnątrz. Ona sprawiała, że chciałam to wykrzyczeć. "Całowałam go". A może on mnie?



6.07.2014

Arystokrata - Rozdział VII

Wyszłam na zewnątrz przez wielkie szklane drzwi do ogrodu gdzie aktualnie rozkręcała się cała impreza. Na środku był basen, dookoła niego kilka leżaków i stolików,  po prawej stronie stał bar niczym w drogich wakacyjnych kurortach. Nagle zauważyłam go kątem oka. Stał z boku przy barze cały ten czas. Wiedziałam, że tylko udaje, że na mnie nie patrzy. Obserwował mnie ten cały czas, to było pewne. Uśmiechnęłam się zwycięsko. Zepsułam mu plan na wieczór. Zauważyłam, że cały czas kręci się wokół niego jakaś dziewczyna, ale on nie zwraca na nią uwagi. Nasz spojrzenia się spotkały. Jego twarz była taka... taka nijaka. Zobaczyłam wymuszony uśmiech i sztuczną radość.Udał że śmieje się do dziewczyny obok i objął ją. Odwróciłam wzrok. Tak, zepsułam mu wieczór. Szybko prześlizgnęłam się w pobliże baru. Nagle zauważyłam, że w żywopłocie jest przejście do dalszych części ogrodu. Niezauważona zniknęłam w jego głębi. Rozejrzałam się. Cudownie urządzony ogród skąpany w blasku księżyca zachęcał do nocnego spaceru. Był naprawdę piękny. Wszystko współgrało ze sobą w niesamowitej gamie stłumionych barw, zapachów i kształtów. Zobaczyłam drewnianą altankę otoczoną różami, kilkoma drzewami i obrośniętą winoroślą. Podeszłam do niej.  W środku stał mały stolik z jedną zapaloną świeczką, a po bokach dwie wiklinowe kanapy z wielkimi czerwonymi poduszkami. Chłodne nocne powietrze co chwile delikatnie mierzwiło mi włosy. Usiadłam w najdalszym kącie altanki. Blask ognia rzucał przyjemne światło dookoła, a w tle słyszałam odgłosy zabawy. Leżałam przez chwilę z zamkniętymi oczami błądząc po własnych myślach. Nagle poczułam ten charakterystyczny gryzący ostry obrzydliwy zapach. Wódka. Natychmiast wstałam. Byłam chyba zbyt zajęta swoimi myślami by usłyszeć jego kroki. Usiadł na fotelu naprzeciw mnie ze szklanką whiskey w ręce. Obserwowaliśmy się ostrożnie z nie kłamaną fascynacją. W tym świetle jego twarz wyglądała zupełnie inaczej niż zwykle, wyniośle, może majestatycznie. Panowała między nami zupełna cisza. Przesiadł się obok mnie. Odruchowo odsunęłam się na sam skraj kanapy. Już wtedy wiedziałam, że jest pijany. Na jego twarzy pojawił się przelotny uśmiech. Nie spuszczał ze mnie wzroku.
-I jak się bawisz? -zapytał cicho pociągając łyk alkoholu.
-Świetnie, nie widać? -rzuciłam rozsiadając się nonszalancko.
-Właśnie widzę. -odparł poprawiając włosy.
-Więc po co przyszedłeś? -rzuciłam udając znudzoną całą rozmową. Skoro widział to po co tu przylazł?
-Bo Ty tu jesteś. -rzucił puszczając do mnie oko i posyłając zalotny uśmiech. Tak zdecydowanie za dużo wypił. Wstałam zbierając z podłogi szpilki.
-Ej, nie uciekaj! Dopiero przyszedłem. -rzucił ruszając za mną. Chciałam odejść, ale był za szybki. Chwycił mnie za nadgarstek i zatrzymał. Uśmiechnął się triumfalnie. Nim zdążyłam zareagować przygwoździł mnie do ściany. Miał za mocny uścisk bym mogła się ruszyć, szarpanie się nie miało żadnego sensu. Był zbyt silny.
Poczułam jego oddech na mojej szyi, a zaraz potem odór czystej. Moje tętno przyspieszyło. Przebiegł mnie zimny dreszcz. Nie wiedziałam czy to na pewno tylko odrobina strachu. Upuściłam szpilki na podłogę. Przysunął się do mnie bliżej. Rozluźniłam lekko dłonie zaciśnięte w pięści. Spojrzał mi w oczy przez krótką sekundę. Pochylił się i musną ustami mój nagi obojczyk z którego zsunęła się sukienka. Wydałam się lalką w jego rękach. Moje zmysły wciąż wyczulone reagowały na najdrobniejsze bodźce. Podniósł głowę wyżej tak, że nasze usta dzieliły milimetry.
-Wiedziałem, że będziesz moja. -szepnął z szelmowskim uśmiechem. Wtedy jakbym sobie przypomniała co ja tu robię. Popchnęłam go z całych sił. Nie spodziewał się tego. Upadł na ziemię i jęknął cicho. Chwyciłam szpilki. Ruszyłam w głąb ogrodu. Jeszcze raz się obróciłam. Rozmasowywał szczękę. Nasze spojrzenia się zetknęły. Pusta wymiana niewypowiedziany słów. Zniknęłam za krzewami. Naiwność, zwykła ludzka wada. Tylko czemu tutaj? Zwykle pojawia się gdy chcemy by coś było prawda, a ja tylko chcę żeby jego nie było .

20.06.2014

Pewna niepewność- rozdział III

Nareszcie koniec lekcji. Ten nieznośny poniedziałek mogłam już przeleżeć w domu. Moi koledzy stali jak zwykle przy wejściu. Jakoś nigdy nie szło nam łatwo rozstawanie się.
-Odprowadzić Cię na przystanek? -zapytałam Karolinę.
-Jasne. -odparła.
-No to chodźmy, bo masz za 10 minut autobus. -przypomniałam.
Pożegnałyśmy się ze wszystkimi i ruszyłyśmy w swoją stronę. Nagle usłyszałyśmy krzyk za nami i czyjeś kroki. Zatrzymałyśmy się i odwróciłyśmy. To oczywiście był Maciek.
-Czekajcie! - znów zawołał. -Idę z wami!
-Szybko, bo nie zdążę! -ponagliła go Karolina.
-Już. - wyspał dobiegając do nas.
-To jak wasze wypracowanie? - zapytał gdy odzyskał oddech.
-Pfffff! Jeszcze nie zaczęłam. W co ty wierzysz... -rzuciła Karolina.
-Świetnie, cudownie. No prawie skończyłam. -rzuciłam sarkastycznie. Zachichotał.
-Tak myślałem.-skwitował.
-A Ty? -zapytała Karolina.
-Zacząłem wczoraj, o ile 2 linijki można tak nazwać. A kiedy powtarzamy nasz mały maraton filmowy?
-Jak tylko ktoś będzie miał wolną chatę! -odparła bez wahania Karolina. Uśmiechnęłam się.
-Czy twoi rodzice nie wyjeżdżają na ten weekend w góry? -zagadnęłam przyjaciółkę. Maciek spojrzał z ciekawością.
-Ej! To jeszcze nie pewne. Zobaczymy czy pojadą... -powiedziała powstrzymując nasz entuzjazm.
-Karolina... -przerwał jej.
-Tak?
-Czy to nie twój autobus? - zapytał nieśmiało wskazując ręką ikarusa podjeżdżającego na przystanek.
-Kurwa mać! - przeklnęła i zaczęła biec.
-Dawaj! Lecisz! - dopingowałam śmiejąc się.
-To cześć! - zawołał za nią Maciek. W ostatniej chwili wskoczyła do autobusu. Zapadła cisza.
-A Ty gdzie idziesz? - zapytał w końcu.
-Mam przystanek ulicę dalej. -pokazałam.
-Odprowadzę Cię.
-Ok. Jak chcesz. - odparłam i uśmiechnęłam się. Zachowywaliśmy się zupełnie normalnie, ale miałam wrażenie, że nie przychodzi mu to tak łatwo jak ostatnio. Wiedziałam co go męczy.
Wreszcie spojrzał mi w oczy. Chciałam przerwać niezręczną ciszę.
-Czemu mnie dziś odprowadzasz?
-Tak jakoś... chciałem... -zaczął. Widziałam jak z trudem składa słowa w zdania. 
-Mój autobus! -krzyknął nagle i z impetem ruszył w jego stronę.
-Biegnij!- krzyknęłam za nim machając ręką na pożegnanie.
-Do zobaczenia! - rzucił wbiegając do autobusu.
Zniknął w zamykających się już drzwiach zostawiając mnie z tym niedopowiedzeniem i milionem  myśli, które chciała je wypełnić na różne sposoby. 


Pewna niepewność - rozdział II

-Hej! zapomniała Pani! -krzyknęła za mną kasjerka. Odwróciłam się i zgarnęłam torbę z lady czerwieniąc się jak burak. On śmiał się w najlepsze. Musiałam kupić bratu prezent i nie miałam zielonego pojęcia co wybrać. Maciek miał mi tylko pomóc. Zachowywaliśmy się chyba najnormalniej jak to było możliwe. Jakby tamto w ogóle się nie wydarzyło.
-Ej! Przestań! -powiedziałam szturchając go łokciem. Nie mogłam powstrzymać się żeby się nie uśmiechnąć.
-No co? -zapytał powstrzymując śmiech.
-Nic! -rzuciłam i zaśmiałam się.
-Idę po bilet, też chcesz? -zapytał.
-Nie dzięki. Mam. -odparłam. -Zaczekam. -dodałam i uśmiechnęłam się. Właśnie mieliśmy wychodzić więc szybko zaczęłam owijać się szalikiem i wkładać kurtkę. Schylałam się do torebki, kiedy usłyszałam za sobą głos jakiegoś chłopaka:
-Hej.
Odwróciłam się zdziwiona. Stało za mną dwóch wysokich chłopaków. Blondyn i brunet czapkach mikołaja i z workami na śmieci na plecach.
-Cześć... -odpowiedziałam zdecydowanie mniej niepewnie.
-Bo wiesz słyszałem, że ja nie istnieje? -odparł uśmiechając się.
-Ja podobno też. -zawtórował mu kolega.
Spojrzałam za Maćkiem. Już szedł w moją stronę. „Nadchodzi odsiecz. Jak dobrze, że tu jest.” pomyślałam. Uśmiechnął się do mnie szeroko i wskazał na stojących przede mną mikołajów ruchem ręki. Bezradnie podniosłam ramiona w geście niewiedzy. Już po chwili stał obok mnie. „Trochę jak dzielny rycerz wybawiający damę z opresji.” przyszło mi do głowy. Z trudem ukryłam rozbawienie ta myślą. Skąd się w ogóle biorą takie głupoty w mojej głowie?
-No coś słyszałam. -odpowiedziałam.
-A Ty? -zapytał go.
-Co ja?
-Podobno ja nie istnieje. Słyszałeś coś o tym?
-A no! Ktoś puścił plote na fejsie, ale widzę, że bzdura jakaś. No musisz go dorwać, rózga się należy. Przecież stoisz tu to musisz istnieć, nie?-powiedział pewnie.
-No właśnie. Logiczne myślenie. -powiedział drugi mikołaj.
-A Ty nie powinieneś być na biegunie? Albo w Laponii czy gdzieś tam? W ogóle nie powinieneś się chować przed ludźmi?
-No wiem... Ale dziś mam wychodne. Po za tym jak usłyszałem te ploty to się musiałem pokazać!
-No to my im powiemy, że istniejecie.
-A wy jak grzeczni byliście?
-Ja?? No pewnie spójrz na mnie. Zawsze grzeczny, ale ona...- pokiwał głową wskazując na mnie ze zdziwieniem.
-Co ja? -zaprotestowałam.- Grzeczna jak zawsze! -rzuciłam szturchając go. Zachichotał.
-Ej weź i powiedz co ona robiła! Bo ja nie wiem czy jej mogę prezent dać.
-No wiesz... różne rzeczy.-odpowiedział.
-A co on wyrabiał w tym roku... Co to się działo! -rzuciłam do mikołaja nim Maciek zdążył wymyślić co mogłam przeskrobać.
-Ej ej ej ej... A wy nie tego... nie robicie tych no... -szukał słów mierząc nas wzrokiem.-tych no... seksów żadnych mam nadzieje? Nic? -dokończył. Oboje wybałuszyliśmy oczy ze zdziwienia.
-My?!? -odezwał się. - W żadnym wypadku. My nawet nie tego... nie jesteśmy... -zaczął spoglądając na mnie. Uśmiech nie schodził mu z twarzy. Nigdy kiedy na mnie patrzył.
-My nie chodzimy ze sobą. -dokończyłam za niego spoglądając na blondyna w mikołajowej czapce. Czułam że nieco się rumienię. „My razem? Zbyt szalone i dziwne by było prawdziwe....” pomyślałam.
-Serio? Bo to wiecie... wy razem... -spojrzeliśmy po sobie trochę rozbawieni.- no dobra... ale macie być grzeczni jakby co! Ja mam numery do rodziców. Jak trzeba będzie to zadzwonię. -zagroził. -A w ogóle to podrapałabyś mnie po worku? Bo strasznie swędzi.
-No spoko. -odparłam i zrobiłam o co prosić.
-O tak... bardzo dobrze strasznie mnie już swędziało....Wielkie dzięki. -podziękował uśmiechając się szeroko.
-No to my już będziemy się spadać. -rzucił Maciek.
-No ja też, bo renifery na mnie czekają. -powiedział blondyn patrząc na zegarek.
-Pamiętajcie o byciu grzecznym! Jakby co to ja was znajdę! - dodał.
-Pewnie, no to cześć. -rzuciłam robiąc krok w stronę drzwi.
-Nie zapomnij złapać tych co puścili te ploty o Tobie! -dopowiedział Maciek.
Kiedy tylko wyszliśmy na zewnątrz. Powiedział:
-Ja nie mogę! Jaki dziki podryw.
-Jaki podryw? -zdziwiłam się.
-No co Ty Sosna! Podrywali Cię jak nic.
-Ta jasne... podrywali.... -odparłam sarkastycznie i przewróciłam oczami.
-No pewnie!
-I co jeszcze? Może chcieli mój numer?
-Pewnie przy mnie bali się zapytać. -stwierdził i zaśmiał się.
-No wiadomo, bał się mojego chłopaka. - dodałam malując w powietrzu cudzysłów przy słowie „chłopaka”.
-Ja tu pilnuje żebyś nie rozdawała numerów byle komu. -powiedział i szturchnął mnie. -Twój numer mogą mieć tylko takie vipy jak ja. -dodał.
Ruszyliśmy chodnikiem w stronę przystanku rozmawiając. Nagle poślizgnęłam się na lodzie.
-Ej! -usłyszałam. Za nim zdążyłam się wywrócić Maciek chwycił mnie szybko pod rękę. -Uważaj. - dodał uśmiechając się szeroko.
-Strasznie ślisko... mogę się chwycić? -zapytałam z proszącą miną podnosząc się. Widziałam jak lekko się zaczerwienił.
-Spoko.- odparł. Chwyciłam go pod rękę. Zdałam sobie sprawę, że ja też zaczęłam się rumienić. Uciekłam gdzieś wzrokiem na samą myśl. Ale potem jakby o tym zapomniała. Zaczął padać śnieg i zrobiło się ciemno, a ja mocniej przycisnęłam się do niego mocniej. Ulice rozjaśniły świąteczne lampki. Szliśmy w ciszy, ale nie zdawała się niezręczna. Oboje jakbyśmy oddychali tylko inaczej. Uśmiechnięci i zwyczajni.
-Odprowadzić Cię? -zapytał kiedy przystanęliśmy na jego przystanku.
-Nie, naprawdę dzięki. Masz za 2 minuty autobus, sama pójdę. -powiedziałam. Nie chciałam go wyciągać na siłę. Mógł być przecież wcześniej w domu.
-Nie, serio chcę cię odprowadzić. -zaprotestował.
-No skoro się upierasz. -westchnęłam. - To chodźmy.
Uśmiechnął się pełen triumfu. Ruszyliśmy w stronę mojego przystanku. Szybko znaleźliśmy się na miejscu. Nie musiałam długo czekać na mój autobus. Właśnie wtedy cisza stała się inna, niezręczna. Lekko uśmiechnęłam się do niego i zrobiłam krok w stronę drzwi. Delikatnie wysunęłam się spod jego ramienia, a on powoli wypuścił mnie z rąk, ale nie do końca. Kiedy odchodziłam musnął moją dłoń. Gdy poczułam jej ciepło odwróciłam się. Nagle w mojej głowie pojawił się pewien pomysł. Chciałam to zrobić. Właśnie teraz. 
Odwróciłam się i zbliżyłam do niego tak, że dzieliły nas centymetry, a potem się wystraszyłam. Zdrętwiałam. Za blisko. Stanie się coś złego. Nie. 


Pewna niepewność - Rozdział I

Wszystko było gotowe. Zapas coli i popcornu i my rozłożeni na kanapach. Puściliśmy film. Nagle źle się poczułam. Wstałam żeby na chwile pójść do pokoju, ale powstrzymał mnie pytający wzrok Karoliny.
-Niedobrze mi.- powiedziałam prawie bezgłośnie. Przytaknęła, a ja poszłam na górę najciszej jak mogłam. Usiadłam na ziemi i oparłam się o łóżko. Nagle usłyszałam kroki. Do pokoju wszedł Maciek.
-Co tu robisz? -zapytałam.
-Tak przyszedłem. Sprawdzić co z Tobą. -odparł.
-Źle się czuję... zaraz do was przyjdę. -odpowiedziałam pocierając skroń.
-Spoko. -powiedział i uśmiechnął się.- To ja tu sobie na Ciebie poczekam. -dodał siadając obok mnie. Oparłam głowę o jego ramię. Chwilę siedzieliśmy tak w ciszy.
-Lubisz Daniela Craiga jak Jamesa Bonda? -zapytałam próbując nawiązać jakąś rozmowę.
-Hmmm... jest niezły.-stwierdził. -Ale ja bym był lepszy!
Podniosłam głowę z jego ramienia.
-Serio? - zapytałam z niedowierzaniem.
-No jasne. Jestem Bond. James Bond. -odparł udając słynnego szpiega i jego brytyjski akcent.
Zaczęłam się śmiać.
-A może bliżej mi do Neo z matrixa? - głośno się zastanawiał po czym zabrał mi okulary.
-I jak wyglądam? Szkoda, że nie są przeciw słoneczne. Bardziej by pasowały.
Położyłam głowę na jego kolanach.
-A Ty co? - zdziwił się.
-Stąd lepszy widok mam. -skwitowałam uśmiechając się szeroko. Pochylił się żeby założyć mi okulary.
-Au! -powiedziałam gdy trafił mi w ucho.-Może zrobię to sama?
-Nie! Czekaj chwilę! Uda mi się!- zaprotestował. Pochylił się niżej znów próbując.
A potem . Tak jakoś. Tak zwyczajnie, po prostu. Nasze usta się zetknęły. Trwało to sekundę, może dwie. Najdłuższe dwie sekundy w naszym życiu, ale i one miały swój koniec. Czułam rumieńce na policzkach i nasze ciężkie oddechy. Widziałam jego nieokreślone rozchylone wargi, a potem oczy. Wpatrzone we mnie. Z jakąś iskrą schowaną głęboko, ale wciąż neutralne. W jednej chwili oboje odwróciliśmy wzrok. Wstałam i zrobiłam krok do przodu tak, jakby dzięki odległości miało zniknąć to skrępowanie między nami. Spojrzałam w stronę drzwi. Nikogo nie zauważyłam więc trochę mi ulżyło.
-To... - chciałam powiedzieć obracając się w jego stronę, ale nie podnosząc wzroku znad podłogi. Słowa ugrzęzły mi w gardle.
Rozchylił wargi jakby chciał coś powiedzieć, ale tylko odwrócił głowę. W końcu nasz spojrzenia się spotkały. Kiedy to w wreszcie nastąpiło zdawało mi się, że myśli coś zupełnie innego niż chciałby mi powiedzieć. W jego oczach był chaos. Tak jak w mojej głowie. Wstał i ruszył do drzwi, ale zatrzymał się gdy był o krok od nich. Odwrócił się i uśmiechnął za nim wyszedł. Próbowałam odwzajemnić uśmiech, ale chyba nie wyszło mi najlepiej. Słyszałam jego kroki na schodach. Szedł spokojnie, więc nie przestraszyłam się. Znaczy, że nie uciekał. Opadłam na łóżko. Próbowałam się uspokoić. Zaczęłam spacerować po pokoju mimo że nogi zdawały się mnie nie słuchać. Próbowałam je na swój sposób przywrócić do porządku. Przystanęłam przed lustrem.
-Przecież nic się nie stało. Raz się pocałowaliście. Nic wielkiego. -wyszeptałam do swojego odbicia. Zamknęłam oczy i zrobiłam głęboki wdech. - Po prostu nic się nie stało. -dodałam uśmiechając się. I zaczęłam w to wierzyć. Rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu okularów. Położył je na łóżku. Założyłam je i zeszłam na dół. Po drodze słyszałam ich śmiech i rozmowy, w tle muzykę z filmu. Spędziłam miły wieczór,w którym oglądnie filmów,śmiech z przyjaciółmi i wygłupy przeplatały się ze spotkaniami naszych spokojnych, można by powiedzieć prawie pustych, spojrzeń.


***


-To my się zbieramy. Za 7 minut autobus! -ponaglił ich Damian. Z prędkością światła pochłonęli ostatnie kanapki i zaczęli się ubierać od wyjścia. Obserwowałam ich siedząc na schodach z kubkiem herbaty.
-Fajnie było. Trzeba to powtórzyć! - komentowali. Kiedy żegnałam się z nimi w drzwiach. Zauważyłam, że Maciek wciąż stoi obok. Spojrzałam na niego pytająco. Jednak dobrze wiedziałam o co chodzi.
-To był świetny wieczór. -stwierdził.
-Zupełnie zwyczajny wieczór z przyjaciółmi. -dodałam. Trochę jakbym chciała nas oboje uspokoić.
-Właśnie. -uśmiechnął się lekko. Zdawał się , w odróżnieniu ode mnie, wcale o tym nie myśleć. 
-Idź bo się spóźnisz. -przypomniała mu.
-To do zobaczenia. - pożegnał się i ruszył w stronę Karoliny i Damiana.

- No to cześć! - krzyknęłam machając im. Jeszcze raz odwrócił się i uśmiechnął. Ja zrobiłam to samo. Próbowałam go jakby naśladować. Wyglądał tak jakby nic się nie stało jakby wymazał to z pamięci. Ja tego nie umiałam. 

15.06.2014

Arystokrata - Rozdział VI

-Hej. -przywitałam się z Zuzą. Pracowała w mojej ulubionej kawiarni. Bywam tu tak często, że już zdążyłyśmy się dobrze poznać. Właśnie postanowiłam spędzić tu kolejne popołudnie.

-No hej. -odpowiedziała z uśmiechem. Dziś wyglądał on jednak inaczej niż zwykle, ale na początku nie zwróciłam na to uwagi.-To co zawsze, dobrze? -poprosiłam.

-Nie dzisiaj kochana. -odparła nie mogąc się już opanować i uśmiechając się szeroko. Obrzuciłam ją pytającym spojrzeniem. Ona ruchem głowy wskazała mi kąt gdzie zwykle przesiadywałam. Gdy tylko zobaczyłam o co jej chodzi myślałam, że zwarjuję. Pił kawę przy moi stoliku! Jak on w ogóle śmiał tam usiąść? Dobrze wie, że to moje miejsce! Chciałam od razu podejść i powiedzieć mu co myślę o "przypadkowych" spotkaniach ze mną, a co dopiero o zajmowaniu mojego miejsca w mojej kochanej kawiarni. Już chciałam wdrożyć mój brutalny plan uświadomienia go w tych sprawach w życie, jednak głos Zuzy szybko wytrącił mnie z rozkosznych rozmyślań na ile sposobów mogę go z tamtąd (najlepiej boleśnie) wyrzucić.

-Zamówił Ci duże cappuccino z podwójną pianką i czekoladą. - chciałam w tym momencie głośno zaprotestować, ale od razu mi przerwała i jedyne co zdążyłam z siebie wydać to wymowne westchnienie.

-Powiedział też, że będziesz protestować, więc kazał mi wcisnąć Ci ją bez pytania. - to mówiąc podała mi kawę. Zamówił mi kawę, no po prostu świetnie... Ciekawe co będzie dalej. Zaprosi mnie może do kina? Na nieco za dużo sobie pozwala. Raz kupił mi kawę, ale miał już tego więcej nie robić. 

-Wszelki opór będzie nie skuteczny. -dodała jeszcze krzyżując ręce na piersi. Zuza spojrzała na mnie badawczo czekając aż wezmę kubek do ręki. Ani myślała mi odpuścić. Zwykle nie piję takiej kawy, ale postanowiłam zrobić wyjątek. Wiedziałam, że jej nie przekonam jak na coś się uprze.Taka jest Zuza, jej zdania nie zmienisz. Szczególnie jeśli chodzi o moje kontakty z facetami. Uważa, że powinnam kogoś wreszcie poznać,a on najwyraźniej wywarł na niej dobre wrażenie. Rzadko kiedy zachowuje się aż tak stanowczo.

-Wygrałaś Zuza. -powiedziałam po chwili biorąc cappuccino z lady i patrząc na nią zrezygnowanym wzrokiem. Ruszyłam w jego stronę.

-Ekhem! -odchrząknęłam znacząco stając nad nim.

-O, witam. -odparł niewzruszony mimo mojego piorunującego spojrzenia. -Czyżbyś chciała się dosiąść? -zapytał. Nie czekałam na żadne pozwolenie z jego strony i zajęłam miejsce na przeciw niego.

-Można wiedzieć co tu robisz? No i dlaczego zamówiłeś mi kawę? -zapytałam od razu.

-Czekam na Ciebie. A kawa jest taki małym prezentem żebyś się zgodziła.-powiedział opierając się o stolik i pochylając w moją stronę dorzucając do tego swój tajemniczy uśmiech. Skąd wiedział, że tu teraz przyjdę? Jestem aż tak przewidywalna? I na co miałabym się niby zgodzić? Coraz więcej niespodzianek tego dnia wcale nie poprawiało mi humoru.

-A teraz będę się cieszył, że poświęcasz mi swój jakże cenny czas. -powiedział uśmiechając się szarmancko. Przeczesał ręką gęste zmierzwione włosy. Chwilę przyglądaliśmy się sobie, a ja nie mogłam już się powstrzymać i odwzajemniłam jego uśmiech. Nagle zauważyłam, że coś za mną przykuło jego uwagę. Nawet nie musiałam się odwracać żeby dowiedzieć się komu się przyglądał.

-Hej. -usłyszałam jej głos. Znów Wiktoria. Czy ona mnie prześladuje? Czemu nagle zaczynam na nią co chwilę wpadać? To naprawdę stawało się męczące!

-Cześć. -odpowiedzieliśmy oboje.

-Będziesz dzisiaj? -zapytała go posyłając mu ten swój sztucznie miły i pełen ciekawości uśmiech.

-Na pewno, śmiesz w to wątpić? -odparł udając wyluzowanego.-Mam nadzieję, że znalazłeś sobie parę. Przecież nie możesz przyjść sam. -powiedziała z udawaną troską.

-Zawsze mam z kim przyjść Wiki. Wiesz, że nie lubię bawić się sam. Muszę dać komuś tę przyjemność zabawy w moim towarzystwie. -rzucił żartobliwie będąc tak pewny siebie jak to tylko możliwe.

-Zdradzisz mi jaką dziewczynę zaprosiłeś? -zapytała. Jego wzrok z niej przesunął się na mnie. Zauważyłam w nim trochę kpiny co ,nie powiem, trochę mnie zirytowało.

-To tajemnica. -rzucił z uśmiechem i popatrzył mi w oczy.Obrzuciłam go wściekłym i pytając spojrzeniem.Że niby ja miałabym się gdzieś z nim pokazać?! Co on sobie wyobrażał? Nagle dowiaduję się, że idę z nim na jakąś imprezę nie pytając mnie o zdanie. Teraz to przesadził. Jeszcze jedna niespodzianka tego dnia. Im więcej ich było tym bardziej miałam ochotę zamknąć się domu i już z niego nie wychodzić. Każda kolejna była coraz bardziej wkurzająca. Moje rozmyślania przerwała wciąż stojąca nade mną Wiktoria:

-Szkoda, tylko żebyś nie przyszedł sam. -zapytała uśmiechając się sztucznie tak szeroko jak tylko potrafiła. Nawet lalka barbie uśmiecha się prawdziwiej od niej. Jego i moje spojrzenie spotkały się na dłuższą chwilę. Spiorunowałam go wzrokiem, ale on wciąż patrzył na mnie spokojnie i pogodnie. Wiedziałam, że się nie odezwie. Pytanie padło do mnie i jeśli teraz to potwierdzę to tak jakby w ogóle nie przeszkadzało mi to co dziś robi, ale co jeśli bym zaprzeczyła? On chyba od początku wiedział jak to się wszystko potoczy. Podniosłam wzrok na wpatrującą się we mnie Wiktorię. Wyglądała jakby tylko czekała na tę kompromitację. Nie mogłam od tak dać jej tak po prostu wygrać. Nawet jeśli koszty wkurzenia jej są jakie są, a wiedziałam co powiedzieć by doprowadzić ją do białej gorączki.

-Nie ma takiej opcji. -rzucił jakby to była oczywista oczywistość.-Mam nadzieje, że Ty nie idziesz sama, co? -dodał udając troskę. Przez jego twarz przemknął ledwo zauważalny uśmiech zwycięstwa.

-O mnie sie nie martw, mam z kim iść. -odparła słodko jak to ma w zwyczaju.

-Ciekawe kto tym razem będzie się z Tobą świetnie bawił. -odparł z lekko nuta sarkazmu.

-Zobaczysz. -odpowiedziała i uśmiechnęła się do niego tajemniczo. Mogła udawać jak tylko chciała, ale ja wiedziałam swoje, była wściekła. Oj, czyżby nieudana intryga? Przykro mi... a nie, jednak nie.

-W takim razie do zobaczenia. -powiedziałam posyłając słodki uśmieszek i machając jej delikatnie ręką na pożegnanie. Spojrzała na mnie zirytowana. Przyznam, że chciałam się jej pozbyć. Wkurzała mnie jak nic na tym świecie.

-No to cześć. -pożegnała się skwapliwie i powoli odeszła uśmiechając się miło. Czekałam aż tylko wyjdzie.

-Mam nadzieje, że masz jakieś dobre wytłumaczenie tego co się stało, bo chcę je teraz usłyszeć. -oznajmiłam zdecydowanym tonem.

-Z czego miałbym się tłumaczyć?-odparł zadowolony z siebie.-Idziesz ze mną na imprezę i już.-dodał uśmiechając się.

-Nigdzie z Tobą nie idę! - zaprotestowałam.

- Nie wydaję mi się. -posłał mi szarmancki uśmiech.- A może chcesz zgadnąć gdzie idziemy? -zapytał śmiejąc się cicho. Westchnęłam zrezygnowana.

-Nie żartuj, dobrze? Mów o co chodzi!

-Znasz Roberta?

-Nie, no pierwsze słyszę. -odparłam sarkastycznie. -Pewnie, że znam kretynie. -dodałam przewracając oczami i uśmiechając się delikatnie mimowolnie. Jego nie da się nie znać. To tak jakby nie wiedzieć kto to jest Madonna. Najpopularniejszy chłopak w tym mieście,a przy okazji najbardziej nadziany. Mieszka w najlepszej dzielnicy (kiedyś kilka domów od Ryana Goslinga!!! rozumiecie to? Sam Ryan! Matko ile dziewczyny by dały za coś takiego... ). Przy okazji jego ojciec obraca się wśród niezgorszego towarzystwa, więc chłopak ma nieźle. Jego ojciec pracował z  wieloma ważnymi ludźmi na tym świecie. Generalnie Robert to była elita w moim świecie , w naszym świecie. Chłopak siedzący przede mną żył w tym samym świecie, to trochę tak jakby był taki trochę wspólny... Zacisnęłam powieki i skarciłam się w myślach. Jaki nasz? Nie mamy ze sobą nic wspólnego. Nie licząc tego, że oboje mamy problemy z Wiktorią. "Nie tylko..." przemknęła przez moją głowę nie pozorna myśl.

-W ten piątek robi małą imprezę z pewnej okazji. Rozumiesz chyba, że oboje musimy tam być. -wyjaśnił.

-Niestety... -westchnęłam. Na śmierć zapomniałam o tej imprezie. Wyleciała mi zupełnie z głowy. Jak ja mogłam o tym zapomnieć... Przecież przedwczoraj Zuza mi o niej przypominała! O czy  ja myślałam przez ten cały czas? Na pewno nie o nim i jego idiotycznym zachowaniu. Postanowiłam jednak nic po sobie nie poznać.

-A co jeśli pójdę sama? -rzuciłam.  Zauważyłam w jak w jego oczach coś 

przemknęło, ale nie mogłam nazwać tego strachem, że przegra tym razem. To było bardziej jak niepokój.

-A dlaczego miałabyś to zrobić? -powiedział i spojrzał mi w oczy pochylając się bliżej mnie. Jego błękitne spojrzenie zetknęło się z moim, ciemno czekoladowym. Jakby niebo spotkało się z ziemią. Zniknęła arogancja, dystans... Prosty wybór. Mogę tak po prostu odmówić lub dobrowolnie się zgodzić. Przez ten krótki moment patrzeliśmy na siebie inaczej. Tak zwyczajnie. Nagle oboje się uśmiechnęliśmy. 

-Nie wiem... -odparłam prawie szeptem. Zobaczyłam jak jego oczy się śmieją.

-Może z Tobą pójdę.-dodałam zastanawiając się głośno. Swój wzrok wlepiłam w ludzi z oknem w cichym zamyśleniu. Nasza gra stawała się czasem nawet interesująca. Poczułam jak jego dłoń muska moją. Jedynie przelotny dotyk, nic więcej, ale ja poczułam zimny dreszcz przeszywający moje ciało. Uśmiechnął się triumfalnie. 

-Nie myśl, że się zgodziłam. -rzuciłam mu z pogardliwym spojrzeniem.

-Ale nie powiedziałaś też nie. -odparł. Miał jakoś chory plan czy jak? Nie zamierzałam nad tym myśleć, jak również iść z nim na tę imprezę. -Nigdy nie chodzę na imprezy sam i to się nie zmieni tak szybko.

-Szybciej niż myślisz. -powiedziałam lekko rozbawiona. Dopiłam ostatni łyk kawy.

-Ja zawszę chodzę sama. -rzuciłam szeptem i ruszyłam do drzwi.

-Już nie długo. -szepnął uśmiechając się pewnie. 






16.01.2014

Sick Love 3

   -Sorki stary, głupio wyszło-zagadnął Nate'a Dave, kiedy ten wrócił z toalety.
-Spoko. Pewnie też bym tak zareagował, gdybym nie był gejem i umawiał się z Rose-wyszczerzył się pielęgniarz, przez co zarobił kuksańca w bok. Jednocześnie zarumieniłam się, przez co uśmiechnął się jeszcze szerzej.
-Nate, my się nie...
-Daj spokój Promyczku. Wiem co mówię-przerwał mi.
-Cóż, jakby nie było, jest o co być zazdrosnym-chłopcy zmierzyli mnie wzrokiem, szczerząc się jak debile.
-Ogarnijcie się-mruknęłam dalej czerwona, odwróciłam się od nich i odeszłam do wcześniej zajętego stolika. Założyłam nogę na nogę i skrzyżowałam ramiona na piersi.
  Chłopcy tylko zarechotali i dosiedli się do mnie.
-Och, zamknijcie się- burknęłam, chociaż ich śmiech był coraz bardziej zaraźliwy.-A poza tym to od kiedy jesteście takimi przyjaciółmi?
-Od teraz-powiedzieli w tym samym momencie, co wywołało jeszcze większy wybuch śmiechu.
 O matko,pomyślałam.Już wiem jak się czuli Alisson i Nate rano..
-Idę coś zamówić, chcecie coś?-wstałam od stołu i wyciągnęłam portfel z torebki.Pokręcili głowami
-Pójdę z tobą-zaoferował Dave, ale pokręciłam głową.
-Pogadajcie sobie. Albo pośmiejcie się razem. Co tam chcecie. Zaraz wracam, skoro nic nie chcecie.
 Podeszłam do jednej z knajpek i zamówiłam sobie colę. Czekając aż sprzedawczyni wyda mi resztę, spojrzałam na brunetów.Raz po raz wybuchali śmiechem. Uśmiechnęłam się do siebie widząc, że dobrze się dogadują. Odebrałam należne pieniądze i wróciłam do stolika.
 Jak tylko usiadłam, zapadło milczenie. Dopiero po chwili zobaczyłam,  jak chłopcy co chwila wymieniają spojrzenia.
-Co jest? Jestem brudna?-zapytałam zdezorientowana.
-Nie, czemu?-zaprzeczył Nate z wrednym uśmieszkiem.
-Obgadywaliście mnie-zmrużyłam gniewnie oczy domyślając się prawdy.
-Żartujesz sobie z nas?! Nie odważylibyśmy się!
  Nie uwierzyłabym w to, nawet gdybym nie widziała dalszej  wymiany spojrzeń.
 Przewróciłam oczami  i napiłam się coca-coli.
-Robisz w tym roku imprezę urodzinową?-zapytał znienacka mój przyjaciel.
-Nie wiem jeszcze-wzruszyłam ramionami-Ciągle się zastanawiam.
-No ale wiesz, że za dużo tego czasu nie masz?Twoje urodziny są  za dwa miesiące-powiedział Nate nie zdając sobie sprawy, jak dwuznacznie to brzmi w moim przypadku.
-Zapytaj mnie za miesiąc, może ci odpowiem.
-A żebyś wiedziała, że to zrobię!-uśmiechnęłam się w odpowiedzi, a jednocześnie spojrzałam na zegarek; była siedemnasta.
-Dobra chłopcy, chyba muszę się zbierać. Muszę iść do..dentysty-skłamałam, na co Nate uniósł brwi ze zdziwienia: wiedział, że mam wizytę u lekarza.
-Odwiozę cię do tego.. dentysty-powiedział pielęgniarz.
-Dzięki, wystarczy jak zawieziesz mnie pod dom-wstałam od stołu, a moi towarzysze zrobili to samo.
-Miło było cię znów spotkać-Dave ukazał rząd śnieżnobiałych zębów.Podszedł do mnie i powoli pocałował mnie w policzek. Jak tylko jego usta dotknęły mojego policzka, poczułam dreszcze na całym ciele.
-Do zobaczenia Rose-wyszeptał, po czym podszedł do drugiego bruneta i uścisnął mu dłoń. Potem odszedł w jakimś kierunku, aczkolwiek zważywszy na moje palpitacje serca nie zarejestrowałam gdzie.Stałam po prostu oniemiała , nie mogąc się ruszyć.
Pielęgniarz tylko westchnął i objąwszy mnie ramieniem, zaprowadził do swojego samochodu.
 Gdy już ruszyliśmy, odezwał się:
-Promyczku...myślę, że powinnaś mu powiedzieć-spuściłam głowę w dół.
-Ja..wiem. I powiem mu..tylko nie wiem kiedy...
-Promyczku...
-Nate, proszę. Zaufaj mi. Powiem mu, tylko na razie nie chcę. Nie jestem gotowa.
-A kiedy będziesz? Czy w ogóle mu powiesz? A może dowie się dopiero po fakcie?!-zapytał ostro.
 Wciągnęłam ze świstem powietrze, czując nieprzyjemne uczucie w brzuchu. Brunet spojrzał na mnie i uświadomił sobie co powiedział.- Rose...przepraszam, nie to miałem na myśli...
-Spoko, nic się nie stało-próbowałam się uśmiechnąć, ale średnio mi to wyszło.
-Promyczku, kochanie...wiesz, że musisz mu powiedzieć-tym razem jego głos był łagodny. Podniosłam w końcu głowę.
-Wiem. I to zrobię, naprawdę/
-Kiedy?
-W moje urodziny, obiecuję-Nate kiwnął głową, chociaż nie wyglądał na szczególnie przekonanego. Resztę drogi przebyliśmy w milczeniu.
 Kiedy wychodziłam z  samochodu rzucił jeszcze:
-Trzymam cię za słowo, Promyczku. I pamiętaj, że cię kocham. Daj znać po wizycie.
-Ja ciebie też- tym razem uśmiech mi wyszedł.
    Zamknęłam drzwi i pobiegłam do domu.
-Już jestem!-krzyknęłam.
- Nie drzyj ryja!-warknął mój brat przechodząc obok.
-Spadaj. Są rodzice?
 Paul nawet na mnie nie spojrzał. Wydałam z siebie odgłos frustracji.
 Na szczęście przed dożywociem za morderstwo uratowała mnie Cassie.
-Pojechali do sklepu godzinę temu. Mama kazała ci powiedzieć, że masz być gotowa jak wrócą, bo od razu jedziecie do szpitala.
 Podziękowałam jej grzecznie i poszłam do pokoju. Usiadłam na łóżku i sięgnęłam po niedokończone zadanie z matmy. Jakimś cudem doznałam olśnienia i po pięciu minutach miałam rozwiązane zadanie.
 Uśmiechnęłam się do siebie z dumą. Wiedziałam, że gdybym poprosiła Cassie, na pewno pomogłaby mi, ale chciałam poczuć się mądra. Poza tym traktowałam ją jako ostatnią deskę ratunku-co innego Paul. On sięgał po jej pomoc przy najprostszych zadaniach; jednym słowem wykorzystywał ją. A ona nie miała nic przeciwko temu, lubiła, ba!, kochała się uczyć.
  Odłożyłam zeszyt z mojego "ukochanego" przedmiotu i wzięłam  książkę, ale nie potrafiłam się na niej skupić.
 Bałam się tej wizyty u lekarza, z każdą minutą coraz bardziej. Dziś mieliśmy otrzymać wyniki ostatnich badań, i jeśli wyszłyby pozytywnie zostałabym zakwalifikowana do dalszego leczenia. W przeciwnym wypadku... Modliłam się, żeby wyszły dobrze, ale jednocześnie słyszałam słowa Nate'a, co prawda wypowiedziane niechcący, ale zawsze...
" A może dowie się dopiero po fakcie?!"
Po fakcie....
Nie myśl o tym!-skarciłam się w myślach. Potrząsnęłam głową i zerwałam się z łóżka. Zeszłam na dół, ale nie mogłam znaleźć sobie miejsca ani w kuchni, ani w salonie. W końcu Paul się wkurzył:
-Czy ty masz owsiki w dupie?!-wrzasnął.- Weź ogarnij hormony!
-Odwal się-odwarknęłam, bardziej z przyzwyczajenia niż zdenerwowania.
 Nagle drzwi otworzyły się i do domu weszli rodzice obładowani zakupami. Paul szybko pomógł im zanieść torby do kuchni.
-To co?-mama spojrzała na mnie,a w jej oczach dostrzegłam zaniepokojenie, troskę, strach o mnie.-Jedziemy?

***

     Już od dziesięciu minut siedziałyśmy u onkologa w szpitalu, który gadał jakimiś niezrozumiałymi terminami.
 Rozejrzałam się po gabinecie- drzwi znajdowały się w prawym rogu. Naprzeciwko stały trzy regały pełne jakiś książek, segregatorów i innych dupereli.
 Bliżej lewej ściany, na środku stało duże, szklano-metalowe biurko, wokół którego stały trzy krzesła-dwa dla pacjentów i jedno krzesło dla niego po drugiej.
  Gdy siedzący spojrzał w prawo mógł przez okno zobaczyć dziedziniec szpitala. Pod oknem stała czarna kanapa.
 Na wszystkich ścianach porozwieszane były jakieś dyplomy i certyfikaty.
 Mój wzrok spoczął na blacie biurka. Leżały na nim porozwalane papiery, był komputer,a obok monitora ramka ze zdjęciem.
-Panie doktorze, nic nie rozumiem-przerwałam mu, na co on spojrzał na mnie ze smutną miną.-Proszę przejść do rzeczy!
-Rose..pani Cutting..Rose się nie kwalifikuje do leczenia...Jej choroba nagle zrobiła ogromne postępy, nowotwór bardzo szybko opanował inne narządy..
Skierowałam na niego nic nierozumiejący wzrok.
-Co?-wykrztusiłam po chwili milczenia
-Ja...Rose, nic nie możemy zrobić. Przykro mi...
Spojrzałam na niego, jak na chorego psychicznie.
-Przykro panu? Przykro?! Ja umieram, a pan mi mówi, że panu przykro?!-podniosłam głos, byłam wściekła.
-Rose...-próbował coś powiedzieć, ale mu przerwałam.
-Zamknij się! Nie chcę tego słuchać!-zerwałam się z krzesła, złapałam torebkę i wyszłam z gabinetu mocno trzaskając drzwiami. Skierowałam się do wyjścia. Kiedy byłam w recepcji, moja furia zaczęła się przemieniać w inne uczucie. Rozpacz.
 Kiedy zobaczyłam Nate'a stojącego w recepcji i rozmawiającego z koleżanką z pracy nie wytrzymałam. Wybuchnęłam głośnym szlochem, zwracając na siebie uwagę wszystkich. Mój przyjaciel spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
-Promyczku? Co się...-zanim skończył zdanie odwróciłam się na pięcie i pobiegłam w na schody przeciwpożarowe, do zupełnie innej części szpitala.
 Gdy do nich dotarłam usiadłam na jednym z nich i płakałam. Chciałabym powiedzieć, co czułam w tamtym momencie, ale czułam tylko...pustkę.
Zero bólu.
Zero smutku.
Nic. Pustkę.
 Nagle poczułam silne, męskie ramiona obejmujące mnie delikatnie. Podniosłam głowę, jednak nie widziałam nic przez łzy.
-Promyczku, kochanie, co się stało?-wyszeptał łagodnie Nate. Pokręciłam głową, nie mogąc mu odpowiedzieć.-Hej, mała...
  Nagle, chyba przypominając sobie o mojej wizycie u lekarza wciągnął gwałtownie powietrze. Poczułam jak sztywnieją mu mięśnie.
-O Boże....-wyszeptał.-Nie. Nie, tylko nie to.Błagam, nie...
  Poczułam kolejną falę łez.
 Nie mogłam w to uwierzyć. Nie chciałam. Niby wiedziałam, że taka opcja jest możliwa, ale...kto normalny przy zdrowych zmysłach jest przygotowany na wiadomość o własnej śmierci? No kto?! Ja na pewno nie byłam.
 Zadawałam sobie pytanie: czemu ja? Czemu mnie to spotkało, skoro na świecie jest tyle złych ludzi... Dlaczego umierają osoby niczemu winne?Dzieci, nastolatki...czemu?
  Wspomnienia pojawiały się w mojej głowie w oka mgnieniu i tak samo szybko znikały. Ale jedno pozostawało.

" Był styczeń, tydzień po Nowym Roku. Szkoła już się zaczęła . Rose właśnie kończyła swój lunch w pośpiechu, żeby zdążyć przebrać się przed wf'em. Dzisiaj mieli na zajęciach biegać-coś co szesnastolatka kochała. 
 Wepchnęła ostatni kęs kanapki do buzi, zerwała się z krzesła. Pożegnała się z przyjaciółmi, bo jako jedyna miała na tej lekcji wf i szybko pobiegła w stronę szatni.
 Pięć minut później była już gotowa, by ćwiczyć. Jak się okazało, miały dziś zajęcia na bieżni za szkołą. Było zimno, ale Rose to nie przeszkadzało.
-Okej dziewczyny, rozgrzejcie się i zaczynamy biegać-krzyknęła w ich stronę nauczycielka wf'u i trenerka szkolnej drużyny lekkoatletycznej.Brunetka starannie rozgrzała wszystkie mięśnie, nie chcąc doznać żadnej kontuzji i ustawiła się w szeregu razem z innymi dziewczynami.
Gdy już wszystkie stały w rzędzie, nauczycielka oznajmiła:
-Na początku zróbcie dwa duże kółka wokół bieżni. Jak będziecie gotowe, poćwiczymy sprint.
 Rose poczekała na dany sygnał i ruszyła. Prawie od razu wysunęła się na prowadzenie, choć kilka dziewczyn próbowało ją przegonić. Dziewczyna jednak odłączyła się ze świata-jak zawsze kiedy biegała. Zawsze wtedy oczyszczała umysł ze zbędnych emocji, wspomnień. Kochała ten stan.
  Jednak podczas drugiego kółka poczuła, jak kręci jej się w głowie, więc zwolniła. Szybko jednak jej przeszło, więc wzięła się w garść i przyśpieszyła. Na metę dotarła oczywiście pierwsza. Nie było w szkole dziewczyny, która by była od niej szybsza. Rose była z tego powodu bardzo z siebie dumna-przynajmniej w jednej rzeczy była najlepsza
 -Świetnie Rose, trzymaj tak dalej, a na kolejnych zawodach nikt cię nie prześcignie!-ucieszyła się trenerka.-A teraz sprint na 100 metrów
 Kobieta podzieliła dziewczyny na grupy i kazała pierwszej się ustawić na starcie. Rose była w czwartej grupie, najlepszej, składającej się z dziewczyn należących do kadry. 
 Gdy nadeszła ich kolej, brunetka była naładowana adrenaliną, mimo że to były tylko ćwiczenia.
 Ustawiła się na starcie i czekała na sygnał trenerki. Gdy tylko usłyszała dźwięk gwizdka, wystartowała. Mimo, że cały bieg trwał bardzo krótko, Rose zdawało się to trwać całą wieczność. Słyszała każdy swój oddech, każde uderzenie serca. Skoncentrowała się na wygranej i nie patrzyła na rywalki. 
 Na mecie była pierwsza. Znowu, po raz kolejny, jak zawsze. Tylko, że nie czuła się jak zawsze. Tym razem cały świat wirował jej przed oczami, rozmazywał się. Poczuła jak robi jej się słabo. Potem nie czuła nic.

~~~~
 Dwie godziny później siedziały z mamą w gabinecie lekarza, czekając na wyniki badań. To, co usłyszały, przerosło ich najśmielsze oczekiwania. Nie tego się spodziewały, myślały , że to przez zbytni wysiłek fizyczny, a nie przez...nowotwór. 
 Doktor powiedział, że trzeba zrobić dokładniejsze badania, ale jedno wiedziała na pewno. Była zmuszona skończyć ze sportem, dla własnego dobra. I rozumiała to. Wolała do wyleczenia odpuścić, a po pokonaniu choroby wrócić. Lekarz mówił, że ma szansę na leczenie. Że jest szansa. Że może pokonać chorobę. Że będzie żyć....."


     Nie wiem, ile czasu tak siedzieliśmy. Wystarczająco długo, by zdać sobie sprawę, że mama pewnie mnie już czeka.Zabawne...pierwszą świadomą myślą po usłyszeniu o nieuniknionej śmierci było to, że mama na mnie czeka...Nie wiem czemu.Chyba po prostu zwątpiłam w słowa lekarza. Nie wiem. Po prostu nie przyjęłam tego do wiadomości.
  Jednak mój organizm sam reagował-mięśnie miałam napięte, a łzy same spływały z moich oczu. W końcu jednak ruszyłam się, by wytrzeć mokre policzki. Przypomniałam sobie, że Nate był tu ze mną, trzymał mnie w objęciach. Spojrzałam na niego-podejrzewam, że do niego to już dotarło, bo wyglądał...cóż, okropnie. Cały zasmarkany, zalany łzami.
 -Muszę iść. Mama będzie się martwić-wychrypiałam. Nate się ocknął, kiwnął głową i wstaliśmy. Od razu złapał mnie za rękę, co wywołało napływ łez do moich oczu. Nie pozwoliłam im jednak spłynąć. Weszliśmy do środka szpitala , czego już po chwili żałowałam. Od razu wpadłam na mamę. Ona również wyglądała okropnie-rozmazał się jej cały makijaż, co nieskutecznie próbowała naprawić. Spojrzała na mnie ze łzami w oczach i rzuciła mi się w objęcia.Przytuliłam się do niej mocno i znów poczułam, jak moje oczy wilgotnieją. Znów się powstrzymałam. Nienawidziłam tego, płakania przy ludziach. Nawet przy bliskich. Nienawidziłam okazywania jakichkolwiek słabości...Nawet przy Lisie...
 W końcu mama mnie puściła, a ja powiedziałam tylko:
-Chodźmy już stąd.
 Nate postanowił dyskretnie zniknąć, bo nigdzie go nie było. Szybko z mamą poszłyśmy do samochodu. Jak na złość, w radiu leciało akurat "Tears in heaven" *. Mama szybko wyłączyła radio, ale ja czułam wielką gulę  gardle. Wystarczyła jedna piosenka, a ja czułam się...jakbym się właśnie dowiedziała, że nie dożyje 20.
   Modliłam się, żebyśmy już dojechały. Wiedziałam, że już długo nie wytrzymam...Przez łzy nic już nie widziałam, ale mimo to przytrzymywałam je...W końcu samochód się zatrzymał na dobre, a ja nie oglądając się za mamą, wyskoczyłam z niego i pobiegłam do domu. Głośno trzasnęłam drzwiami, mimo że nie miałam takiego zamiaru.
-I co tam Rose?-zapytała Cassie stając tuż przede mną, ale zręcznie ją wyminęłam i wbiegłam po schodach, do mojego pokoju. Zamknęłam cicho drzwi i...nie wytrzymałam dłużej. Wraz z zamknięciem tych drzwi, dotarła do mnie prawda. Podeszłam do łóżka, ale nie usiadłam na nim. Osunęłam się na podłogę i złapałam za głowę.
-Dlaczego?-wyszeptałam sama do siebie. Bo do kogo? Do Boga? Nawet nie byłam pewna czy istnieje. A już na pewno nie w tej chwili...-Dlaczego?-powtórzyłam.
 I siedziałam tam na tej podłodze, szlochając i zastanawiając się co ja takiego zrobiłam, że muszę umrzeć. To nie było sprawiedliwe, nie. Na świecie było tylu złych ludzi, a musiałam umrzeć akurat ja. Dlaczego?! Co ja takiego zrobiłam? Nie zabiłam przecież człowieka, nigdy nic nie ukradłam. A mimo to, miałam pożegnać z wszystkimi, których kochałam, ze wszystkim, co kochałam.
  Wiem, że to banalne. Wielu ludzi codziennie zadaje sobie te same pytania co ja. Ale co innego pozostaje nam do zrobienia?
 Nagle drzwi otworzyły się cicho. Szybko otarłam łzy i warknęłam:
-Puka się!
 Jednak kiedy, po raz pierwszy w życiu, zobaczyłam Paula zapłakanego, zapomniałam o tym, że znów nie zapukał.  Podszedł do mnie i usiadł obok. Siedzieliśmy tak chwilę w ciszy, a potem Paul wybuchnął płaczem. Złapał się za głowę i po prostu płakał. Czując, że zaraz i ja wybuchnę, gwałtownie go do siebie przygarnęłam. Tuliłam go do siebie jak małe dziecko, mimo że to ja powinnam być pocieszana. Ale nie miałam mu tego za złe. Trochę go rozumiałam...Po wszystkim oni z tym zostaną. Ze świadomością, że mnie już nie ma. Będą musieli z tym żyć, dzień w dzień. A ja...cóż, cokolwiek się ze mną stanie, nie będę musiała sobie tym zawracać głowy...
  Paul się w końcu uspokoił, odchrząknął i odsunął się ode mnie. Wstał i podszedł do drzwi.
-Przez ciebie czuję się niemęski-rzucił i zniknął. I mimo mojego nastroju, parsknęłam śmiechem. Taak,będzie mi brakowało tych jego "żartów". O ile można tak powiedzieć. Nim zdążyłam zacząć o tym rozmyślać, do mojego pokoju weszła kolejna osoba-Cassie.
 Ona nic nie powiedziała. Nie ruszyła się. Po prostu tam stała i patrzyła się na mnie, a ja na nią. Za to jej oczy...w nich widać było wszystko. Gdy się w nie patrzyło, widać było wszystkie uczucia:ból, niedowierzanie...aż nazbyt dobrze rozumiała, co się stało albo co się dopiero stanie. Rozłożyłam ręce, a ona szybko do mnie podbiegła. Wpadła w moje objęcia z taką siłą, że aż się położyłam. Cassie ułożyła się na moim ramieniu i tak leżałyśmy.
-Ile?-zapytała tym swoim dziecinnym głosikiem, uświadamiając mi, że nawet nie wiem ile mi zostało. Może  to i lepiej...Może gdybym wiedziała, byłoby gorzej?
-Nie wiem-wyszeptałam.
-Nie chcę, żebyś...nie zostawiaj mnie tu z Paulem-pisnęła. Nie odpowiedziałam na to-nie mogłam. Miałam ściśnięte gardło  'Ja też nie chcę Cass. I gdybym miała wybór, zostałabym, naprawdę.'-odpowiedziałam w myślach. Ona chyba jakimś cudem zrozumiała, bo kiwnęła głową potakująco. Albo tylko mi się wydawało...
-Kocham cię-wyznała moja młodsza siostra.
-Ja ciebie też,mała.
-Ej!-oburzyła się i podniosła gwałtownie.-Nie jestem mała!
-Jesteś, pogódź się z tym. Paul mówi "mała" na mnie, a ja na ciebie. Przywyknij-uśmiechnęłam się. Cassidy jeszcze chwilę udawała obrażoną, ale zaraz się rozchmurzyła. Przytuliła się jeszcze raz i wyszła z pokoju, zostawiając mnie samą. Rodzeństwo trochę poprawiło mi humor, co sprawiło, że postanowiłam zejść na dół, do salonu. Jednocześnie usłyszałam wołanie mamy na kolację.
  To po niej odziedziczyłam siłę. Mama się nigdy nie poddawała i zawsze starała się patrzeć na pozytywne aspekty życia. Zawsze też uważała, że najlepszym sposobem na wszystko jest wspólny posiłek.Dlatego tak je sobie ceniła. Weszłam do jadalni i zobaczyłam na stole pizzę. Zdziwiłam się, bo mama nigdy nie zamawiała pizzy, zawsze ją sama robiła. Jak to zrobiła w tak krótkim czasie? Spojrzałam na zegarek i otworzyłam szerzej oczy- była dwudziesta.
 -Siadaj Rosie-powiedziała mama. Posłuchałam jej, a wkrótce dołączyli się wszyscy domownicy. Wzięłam pierwszy kawałek, ale nie smakował tak dobrze jak zawsze. Chyba nikomu nie smakowało.  Tacie to już w ogóle. Nawet nie tknął swojego kawałka. Patrzył się na mnie cały czas. Nagle wstał i bez żadnego ostrzeżenia wyszedł. Usłyszeliśmy jeszcze tylko, jak zamyka drzwi do sypialni. I wszyscy stracili apetyt...A mi znów wrócił podły humor. Byłam drugą osobą, która odeszła od stołu. Tak samo poszłam do swojego pokoju i tego dnia już z niego nie wyszłam.





___________________________________________________________
Tadam! Postanowiłam jednak wrócić do opowiadania, choć nie jest to szczyt literackiego geniuszu...W każdym razie mam nadzieję, że się spodoba.:D

*http://www.youtube.com/watch?v=JxPj3GAYYZ0