2.12.2014
List VIII
List VII
2.11.2014
List V
28.10.2014
List VI
25.09.2014
List II
List I
21.09.2014
List IV
Listy III
16.08.2014
Zawsze
Przekręciłam klucz w zamku. Gdy tylko uchyliłam drzwi usłyszałam cichą słodką melodię wypełniającą nasze mieszkanie. Potem dotarła do mnie woń jaśminowej herbaty. Było tylko ciszej niż zwykle, ale nie zwróciłam na to uwagi. Powietrze często wypełniał śmiech Alicji. Po chwili upajania się przyjemnymi doznaniami weszłam do środka.
- Alicja? -zawołałam. Brak odpowiedzi. Zawiesiłam torbę i kurtkę na wieszaku.
- Jesteś tu? -znów powiedziałam. Wciąż nic. Może gdzieś wyszła? Weszłam w głąb mieszkania. Kiedy tylko zza rogu wyłonił się salon zobaczyłam ją na kanapie. Przed nią stała filiżanka herbaty. Zdziwiłam się. Zwykle stały dwie. Dla nas obu. Wyglądała uroczo śpiąc. Podeszłam przykryć ją kocem. Była taka spokojna. Uśmiechała się przez sen. Odsunęłam kosmyk włosów z jej twarzy. Przeszedł mnie dreszcz. Była lodowata. Wystraszyłam się. Dotknęłam jej dłoni. Zimna. Policzka. Zimny. Nogi się pode mną ugięły. Przysiadłam na kanapie obok niej. Trzęsącymi rękoma dotknęłam tętnicy na jej szyi. Brak tętna. Wydałam z siebie bezgłośny krzyk. Rękoma przygarnęłam ją do siebie. Jakbym miała nadzieję, że mój dotyk ją ożywi, że jej serce znów zacznie bić. Z oczu popłynęły mi łzy. Zaczęłam powtarzać jej imię. Najpierw szeptem, potem coraz głośniej. W końcu krzyczałam we łzach najgłośniej jak potrafiłam. Nie wiedziałam jak i czemu to się stało. Nie chciałam w to wierzyć. Przyciskałam ja mocno do siebie gładząc po twarzy. Krzyk przerodził się w łkanie. Za krzykami przybiegł sąsiad, to on zadzwonił po karetkę. Nie byłam w stanie wykrzesać z siebie słowa. Siedziałam załamana nie chcąc jej puścić. Próbował uspokoić, ale nic nie miało teraz takiej siły. Wciąż nie wierzyłam w rzeczywistość. Taka właśnie była, trzymałam moja przyjaciółkę martwą w ramionach. Zrozumiałam czemu została tylko jedna filiżanka...
***
Staliśmy przed drzwiami kostnicy. Wszyscy tak samo bladzi, tak samo zdruzgotani. Jedynie ja płakałam zaglądając w małe okienko w drewnianych drzwiach. Starłam się nie szlochać, ale nie potrafiłam. Poczułam dłoń matki Alicji na moim ramieniu.
-To w końcu musiało się stać... -szepnęła próbując mnie uspokoić.
-Musiało?! -krzyknęłam w emocjach. -Ona miała 23 lata! Nie powinna była umrzeć! -wycedziłam przez zęby powstrzymując kolejną falę łez. Myślałam, że usłyszę teraz coś nie przyjemnego, przywołanie do porządku, ale ona powiedziała tylko spokojny matczynym tonem:
-Przecież była chora.... To... Musiało nastąpić. Mówili, że nie wiele jej zostało... -usłyszałam lekkie drżenie jej głosu, a na te słowa jakbym się obudziła z głębokiego snu.
-Chora? Jak to chora? - zapytałam odwracając się do matki przyjaciółki. Na jej twarzy pojawiło się wielkie zdziwienie.
-Ty... nie wiedziałaś? Myślałam, że wiesz. Nie mówiła Ci? -wyparowała od razu.
-O czym miała mi powiedzieć? -upierałam się przy swoim pytaniu.
-Alicja... -zaczął jej ojciec łamiącym się głosem. -Alicja miała raka. Z groźnymi przerzutami. Bez szans na leczenie... -ostatnie dodał przygryzając wargę i powstrzymując łzy. Ona... nie powiedziała mi o swojej chorobie? Wszyscy wiedzieli, ale nie ja? Dlaczego? Czemu nic mi nie mówiła?? Byłam jej najlepszą przyjaciółką... Może jednak się przeliczyłam...?
-Czemu państwo mi nie powiedzieli? -zapytałam nagle.
-Byliśmy przekonani, że o tym wiesz. -odparł jej ojciec. Nie wiedziałam. Moja przyjaciółka umierała na raka, a ja nic nie wiedziałam.
***
Wróciłam do mieszkania. Zapach herbaty ulotnił się, a muzyka już dawno zamieniła się w martwą ciszę. Nie chciałam wracać do salonu. Weszłam do kuchni. Chciałam zaparzyć sobie herbaty. Wierzyłam, że napije się i poczuję się odrobinę lepiej, że jakoś to ułożę. Zmażę kłamstwo, zrozumiem śmierć, pozwolę jej odejść... Nagle zauważyłam list leżący na kuchennym stole. Na kopercie widniał napis „Dla Ewy”. Lekkie i piękne pismo Alicji wywołało we mnie falę emocji. Nie powstrzymałam łez. Otworzyłam go.
Droga Ewo,
Żyjemy obok siebie... a w zasadzie razem. Nie było w tym nic niezwykłego. Przyjaźń równych zasadach. Zawsze tak to wyglądało. Może właśnie prze tę miłość. Sama nie widziałam tego na początku. Poznałam Cię. Wysoka, długie ciemne włosy, brązowe oczy w tak nie do opisania cudnym odcieniu... po prostu piękna. Chociaż nie zawsze taką Cię postrzegałam. Dopiero w pewnym momencie zaczęłam zauważać detale twojego wyglądu. Jedwabną skórę, niezwykłe oczy, delikatne włosy, rysy, kształt ust... Zawsze powtarzałaś, że na urodę Ci zabrakło. Za każdym razem kiedy choć próbowałam Ci powiedzieć co myślę mówiłaś, że jestem głupia, naiwna, mam nienormalny kanon piękna, że tylko mnie się podobasz. Może i tak było, nawet jeśli nie zwracałam na to uwagi. Byłaś zbyt zachwycająca. Zaczęło się od kilku prostych słów, a skończyło na głębokich rozmowach. Byłaś coraz bardziej fascynująca, niezwykła, niewyobrażalna. Wciągnęłaś mnie bez reszty. Przyjaciółka do końca świata. Pierwsza w moim życiu. Jak również ostatnia. Nie zauważyłam jak to się zmieniało. Relacja była coraz bliższa, a ja coraz bardziej zacierałam różnicę między tymi dwoma rodzajami miłości. Poznałam twój dotyk, brak obojętności, wiarę we mnie.... Dotyk, to chyba on wszystko zmienił. Nikt nigdy tak mnie nie dotykał. Delikatnie i czule. Każdy centymetr mojej skóry chciał znać ciepło twoich dłoń, a ten który poznał nigdy nie zapominał. Pamiętam jak pierwszy raz powiedziałam, że Cię kocham. Było to wtedy niewinne i proste. Powiedziane komuś kto dał mi nowe życie. Drugi raz też doskonale pamiętam. Tę panikę w moim głosie kiedy to słowo nabrało w moich ustach nowego brzmienia, a Ty naprawdę nowego obrazu. Bałam się wtedy, że usłyszy to słowo zupełnie inaczej. Zauważysz tę subtelną zmianę. Nie zauważyłaś. Dla Ciebie wciąż było takie samo. Dla mnie już zupełne inne. Nic nie szkodzi, że tego nie usłyszałaś. Tak było lepiej. Wydawało Ci się, że nic się nie zmieniło, a ja w zgodzie z sobą mogłam wyrażać tę zmianę raz na jakiś czas. Ukrywanie uczuć tylko je pogłębia, zamyka w klatce, z której na siłę chcą uciec. Moje natomiast były dzięki temu zupełnie wolne. Zdawałam sobie sprawę, że gdybym nie dotarła tak blisko Ciebie nigdy nie mogłabym tego powiedzieć, tak samo jak i z tego, że gdybym teraz wyjawiła Ci tę tajemnicę już nigdy nie mogłabym tego powiedzieć. Lepiej było stać na uboczu, uszczęśliwiać z innego miejsca. „Było”. Nie jestem w tym dobra, dałam się temu zbytnio rozwinąć. Przerosło mnie. Zaczęłam postrzegać to wszystko jako kłamstwo. Nie wytrzymałam tego chaosu uczuć i myśli. Wiem już, że nie umiem kochać mężczyzn w ten sam sposób. Nie na całe życie, nie tak mocno, nie tak czule, nie tak wiernie, nie tak jak kocham Ciebie. Z którymkolwiek z nich byłabym nieszczęśliwa, bo pragnę tylko Ciebie. Można by powiedzieć, że to miłość majestatyczna, wielka, dostojna, arystokratyczna. Dałam Ci Twoje życie rezygnując z własnego. Jak kochanek który, nie powie o swej miłości by nie zniszczyć życia ukochanej. On czuje się nie godny swojej własnej miłości. Ja jestem jak on. Nieodpowiednia, niezasługująca, niewarta tego co sama kocham. Wiem, że nigdy byś mnie nie wybrała i , że może wszystko byłoby inaczej. Gdybym tylko tak bardzo Cię nie kochała. Wiem, że nigdy nie powinnam tego czuć, a tym bardziej o tym mówić,ale za długo milczałam. Powiem to teraz, już będziesz wiedziała, kocham cię. Pewnie się dowiesz, że to był rak. Nie myśl, że nie chciałam o siebie walczyć. Nie mogłam. Kiedy go wykryli było za późno. Odeszłam godnie, pogodzona z losem i ze sobą. Nie bądź zła, że Ci nie powiedziałam. Nie chciałam byś na siłę mi pomagała, okazywała litość, patrzyła na mnie przez pryzmat choroby. Chciałam byś do końca była dla mnie taka sama. Przeżyć z Tobą te ostatnie chwile jakby to nie istniało. Dziękuję, że mi na to pozwoliłaś. Proszę Cię, nie zapomnij mnie. Będę tam żyła tak długo jak długo Ty mnie nie nie zapomnisz. Mam nadzieję, że wieczność.
Dobranoc kochana.
P.S. Na zawsze z Tobą.
***
Wszyscy się rozeszli. Zostałam na cmentarzu sama. Przestałam zwracać już uwagę na non stop płynące po moich policzkach łzy. Pogodziłam się z płaczem. Nie mogłam jednak pogodzić się z jej śmiercią. Wiedziałam już, że nie odeszła nagle. Rak wyniszczał ja od miesięcy, a może nawet od lat. Przynajmniej wiedziałam, co ja zabiło. Na jej grobie kładę tylko białe róże. Uwielbia je. Są majestatyczne, dostojne, cudowne i niewinne. Obiecałam sobie, że będzie żyła ze mną. Dopóki nie umrę. Wtedy ja do niej przyjdę. Szkoda, że wcześniej nie poznała mojego wyboru.
21.07.2014
Inaczej
-Pójdę już. Dobranoc -usłyszałem. Potem słyszałem tylko powoli stawiane kroki na skrzypiącym śniegu które oddalały się ode mnie. Z trudem otworzyłem drzwi mieszkania. Kiedy wreszcie udało mi się je zamknąć oparłem się o nie plecami. Niesiony siłą ciężkości opadłem na ziemię. Przyciągnąłem kolana pod brodę. Dopiero teraz pozwoliłem sobie na płacz.
9.07.2014
Pewna niepewność - rozdział IV
Wiedziałam, że ona jeszcze to ze mnie wyciągnie, ale jeszcze nie teraz. Karolina za dobrze mnie znała. Przy niej czułam się jakby miała to wypisane na czole. Miałam wrażenie, że widzi to na moich ustach. Zdałam sobie sprawę, że tam myśl ciąży mi od tamtego czasu gdzieś wewnątrz. Ona sprawiała, że chciałam to wykrzyczeć. "Całowałam go". A może on mnie?
6.07.2014
Arystokrata - Rozdział VII
-I jak się bawisz? -zapytał cicho pociągając łyk alkoholu.
-Świetnie, nie widać? -rzuciłam rozsiadając się nonszalancko.
-Właśnie widzę. -odparł poprawiając włosy.
-Więc po co przyszedłeś? -rzuciłam udając znudzoną całą rozmową. Skoro widział to po co tu przylazł?
-Bo Ty tu jesteś. -rzucił puszczając do mnie oko i posyłając zalotny uśmiech. Tak zdecydowanie za dużo wypił. Wstałam zbierając z podłogi szpilki.
-Ej, nie uciekaj! Dopiero przyszedłem. -rzucił ruszając za mną. Chciałam odejść, ale był za szybki. Chwycił mnie za nadgarstek i zatrzymał. Uśmiechnął się triumfalnie. Nim zdążyłam zareagować przygwoździł mnie do ściany. Miał za mocny uścisk bym mogła się ruszyć, szarpanie się nie miało żadnego sensu. Był zbyt silny.
Poczułam jego oddech na mojej szyi, a zaraz potem odór czystej. Moje tętno przyspieszyło. Przebiegł mnie zimny dreszcz. Nie wiedziałam czy to na pewno tylko odrobina strachu. Upuściłam szpilki na podłogę. Przysunął się do mnie bliżej. Rozluźniłam lekko dłonie zaciśnięte w pięści. Spojrzał mi w oczy przez krótką sekundę. Pochylił się i musną ustami mój nagi obojczyk z którego zsunęła się sukienka. Wydałam się lalką w jego rękach. Moje zmysły wciąż wyczulone reagowały na najdrobniejsze bodźce. Podniósł głowę wyżej tak, że nasze usta dzieliły milimetry.
-Wiedziałem, że będziesz moja. -szepnął z szelmowskim uśmiechem. Wtedy jakbym sobie przypomniała co ja tu robię. Popchnęłam go z całych sił. Nie spodziewał się tego. Upadł na ziemię i jęknął cicho. Chwyciłam szpilki. Ruszyłam w głąb ogrodu. Jeszcze raz się obróciłam. Rozmasowywał szczękę. Nasze spojrzenia się zetknęły. Pusta wymiana niewypowiedziany słów. Zniknęłam za krzewami. Naiwność, zwykła ludzka wada. Tylko czemu tutaj? Zwykle pojawia się gdy chcemy by coś było prawda, a ja tylko chcę żeby jego nie było .
20.06.2014
Pewna niepewność- rozdział III
Pewna niepewność - rozdział II
Pewna niepewność - Rozdział I
15.06.2014
Arystokrata - Rozdział VI
-Hej. -przywitałam się z Zuzą. Pracowała w mojej ulubionej kawiarni. Bywam tu tak często, że już zdążyłyśmy się dobrze poznać. Właśnie postanowiłam spędzić tu kolejne popołudnie.
-No hej. -odpowiedziała z uśmiechem. Dziś wyglądał on jednak inaczej niż zwykle, ale na początku nie zwróciłam na to uwagi.-To co zawsze, dobrze? -poprosiłam.
-Nie dzisiaj kochana. -odparła nie mogąc się już opanować i uśmiechając się szeroko. Obrzuciłam ją pytającym spojrzeniem. Ona ruchem głowy wskazała mi kąt gdzie zwykle przesiadywałam. Gdy tylko zobaczyłam o co jej chodzi myślałam, że zwarjuję. Pił kawę przy moi stoliku! Jak on w ogóle śmiał tam usiąść? Dobrze wie, że to moje miejsce! Chciałam od razu podejść i powiedzieć mu co myślę o "przypadkowych" spotkaniach ze mną, a co dopiero o zajmowaniu mojego miejsca w mojej kochanej kawiarni. Już chciałam wdrożyć mój brutalny plan uświadomienia go w tych sprawach w życie, jednak głos Zuzy szybko wytrącił mnie z rozkosznych rozmyślań na ile sposobów mogę go z tamtąd (najlepiej boleśnie) wyrzucić.
-Zamówił Ci duże cappuccino z podwójną pianką i czekoladą. - chciałam w tym momencie głośno zaprotestować, ale od razu mi przerwała i jedyne co zdążyłam z siebie wydać to wymowne westchnienie.
-Powiedział też, że będziesz protestować, więc kazał mi wcisnąć Ci ją bez pytania. - to mówiąc podała mi kawę. Zamówił mi kawę, no po prostu świetnie... Ciekawe co będzie dalej. Zaprosi mnie może do kina? Na nieco za dużo sobie pozwala. Raz kupił mi kawę, ale miał już tego więcej nie robić.
-Wszelki opór będzie nie skuteczny. -dodała jeszcze krzyżując ręce na piersi. Zuza spojrzała na mnie badawczo czekając aż wezmę kubek do ręki. Ani myślała mi odpuścić. Zwykle nie piję takiej kawy, ale postanowiłam zrobić wyjątek. Wiedziałam, że jej nie przekonam jak na coś się uprze.Taka jest Zuza, jej zdania nie zmienisz. Szczególnie jeśli chodzi o moje kontakty z facetami. Uważa, że powinnam kogoś wreszcie poznać,a on najwyraźniej wywarł na niej dobre wrażenie. Rzadko kiedy zachowuje się aż tak stanowczo.
-Wygrałaś Zuza. -powiedziałam po chwili biorąc cappuccino z lady i patrząc na nią zrezygnowanym wzrokiem. Ruszyłam w jego stronę.
-Ekhem! -odchrząknęłam znacząco stając nad nim.
-O, witam. -odparł niewzruszony mimo mojego piorunującego spojrzenia. -Czyżbyś chciała się dosiąść? -zapytał. Nie czekałam na żadne pozwolenie z jego strony i zajęłam miejsce na przeciw niego.
-Można wiedzieć co tu robisz? No i dlaczego zamówiłeś mi kawę? -zapytałam od razu.
-Czekam na Ciebie. A kawa jest taki małym prezentem żebyś się zgodziła.-powiedział opierając się o stolik i pochylając w moją stronę dorzucając do tego swój tajemniczy uśmiech. Skąd wiedział, że tu teraz przyjdę? Jestem aż tak przewidywalna? I na co miałabym się niby zgodzić? Coraz więcej niespodzianek tego dnia wcale nie poprawiało mi humoru.
-A teraz będę się cieszył, że poświęcasz mi swój jakże cenny czas. -powiedział uśmiechając się szarmancko. Przeczesał ręką gęste zmierzwione włosy. Chwilę przyglądaliśmy się sobie, a ja nie mogłam już się powstrzymać i odwzajemniłam jego uśmiech. Nagle zauważyłam, że coś za mną przykuło jego uwagę. Nawet nie musiałam się odwracać żeby dowiedzieć się komu się przyglądał.
-Hej. -usłyszałam jej głos. Znów Wiktoria. Czy ona mnie prześladuje? Czemu nagle zaczynam na nią co chwilę wpadać? To naprawdę stawało się męczące!
-Cześć. -odpowiedzieliśmy oboje.
-Będziesz dzisiaj? -zapytała go posyłając mu ten swój sztucznie miły i pełen ciekawości uśmiech.
-Na pewno, śmiesz w to wątpić? -odparł udając wyluzowanego.-Mam nadzieję, że znalazłeś sobie parę. Przecież nie możesz przyjść sam. -powiedziała z udawaną troską.
-Zawsze mam z kim przyjść Wiki. Wiesz, że nie lubię bawić się sam. Muszę dać komuś tę przyjemność zabawy w moim towarzystwie. -rzucił żartobliwie będąc tak pewny siebie jak to tylko możliwe.
-Zdradzisz mi jaką dziewczynę zaprosiłeś? -zapytała. Jego wzrok z niej przesunął się na mnie. Zauważyłam w nim trochę kpiny co ,nie powiem, trochę mnie zirytowało.
-To tajemnica. -rzucił z uśmiechem i popatrzył mi w oczy.Obrzuciłam go wściekłym i pytając spojrzeniem.Że niby ja miałabym się gdzieś z nim pokazać?! Co on sobie wyobrażał? Nagle dowiaduję się, że idę z nim na jakąś imprezę nie pytając mnie o zdanie. Teraz to przesadził. Jeszcze jedna niespodzianka tego dnia. Im więcej ich było tym bardziej miałam ochotę zamknąć się domu i już z niego nie wychodzić. Każda kolejna była coraz bardziej wkurzająca. Moje rozmyślania przerwała wciąż stojąca nade mną Wiktoria:
-Szkoda, tylko żebyś nie przyszedł sam. -zapytała uśmiechając się sztucznie tak szeroko jak tylko potrafiła. Nawet lalka barbie uśmiecha się prawdziwiej od niej. Jego i moje spojrzenie spotkały się na dłuższą chwilę. Spiorunowałam go wzrokiem, ale on wciąż patrzył na mnie spokojnie i pogodnie. Wiedziałam, że się nie odezwie. Pytanie padło do mnie i jeśli teraz to potwierdzę to tak jakby w ogóle nie przeszkadzało mi to co dziś robi, ale co jeśli bym zaprzeczyła? On chyba od początku wiedział jak to się wszystko potoczy. Podniosłam wzrok na wpatrującą się we mnie Wiktorię. Wyglądała jakby tylko czekała na tę kompromitację. Nie mogłam od tak dać jej tak po prostu wygrać. Nawet jeśli koszty wkurzenia jej są jakie są, a wiedziałam co powiedzieć by doprowadzić ją do białej gorączki.
-Nie ma takiej opcji. -rzucił jakby to była oczywista oczywistość.-Mam nadzieje, że Ty nie idziesz sama, co? -dodał udając troskę. Przez jego twarz przemknął ledwo zauważalny uśmiech zwycięstwa.
-O mnie sie nie martw, mam z kim iść. -odparła słodko jak to ma w zwyczaju.
-Ciekawe kto tym razem będzie się z Tobą świetnie bawił. -odparł z lekko nuta sarkazmu.
-Zobaczysz. -odpowiedziała i uśmiechnęła się do niego tajemniczo. Mogła udawać jak tylko chciała, ale ja wiedziałam swoje, była wściekła. Oj, czyżby nieudana intryga? Przykro mi... a nie, jednak nie.
-W takim razie do zobaczenia. -powiedziałam posyłając słodki uśmieszek i machając jej delikatnie ręką na pożegnanie. Spojrzała na mnie zirytowana. Przyznam, że chciałam się jej pozbyć. Wkurzała mnie jak nic na tym świecie.
-No to cześć. -pożegnała się skwapliwie i powoli odeszła uśmiechając się miło. Czekałam aż tylko wyjdzie.
-Mam nadzieje, że masz jakieś dobre wytłumaczenie tego co się stało, bo chcę je teraz usłyszeć. -oznajmiłam zdecydowanym tonem.
-Z czego miałbym się tłumaczyć?-odparł zadowolony z siebie.-Idziesz ze mną na imprezę i już.-dodał uśmiechając się.
-Nigdzie z Tobą nie idę! - zaprotestowałam.
- Nie wydaję mi się. -posłał mi szarmancki uśmiech.- A może chcesz zgadnąć gdzie idziemy? -zapytał śmiejąc się cicho. Westchnęłam zrezygnowana.
-Nie żartuj, dobrze? Mów o co chodzi!
-Znasz Roberta?
-Nie, no pierwsze słyszę. -odparłam sarkastycznie. -Pewnie, że znam kretynie. -dodałam przewracając oczami i uśmiechając się delikatnie mimowolnie. Jego nie da się nie znać. To tak jakby nie wiedzieć kto to jest Madonna. Najpopularniejszy chłopak w tym mieście,a przy okazji najbardziej nadziany. Mieszka w najlepszej dzielnicy (kiedyś kilka domów od Ryana Goslinga!!! rozumiecie to? Sam Ryan! Matko ile dziewczyny by dały za coś takiego... ). Przy okazji jego ojciec obraca się wśród niezgorszego towarzystwa, więc chłopak ma nieźle. Jego ojciec pracował z wieloma ważnymi ludźmi na tym świecie. Generalnie Robert to była elita w moim świecie , w naszym świecie. Chłopak siedzący przede mną żył w tym samym świecie, to trochę tak jakby był taki trochę wspólny... Zacisnęłam powieki i skarciłam się w myślach. Jaki nasz? Nie mamy ze sobą nic wspólnego. Nie licząc tego, że oboje mamy problemy z Wiktorią. "Nie tylko..." przemknęła przez moją głowę nie pozorna myśl.
-W ten piątek robi małą imprezę z pewnej okazji. Rozumiesz chyba, że oboje musimy tam być. -wyjaśnił.
-Niestety... -westchnęłam. Na śmierć zapomniałam o tej imprezie. Wyleciała mi zupełnie z głowy. Jak ja mogłam o tym zapomnieć... Przecież przedwczoraj Zuza mi o niej przypominała! O czy ja myślałam przez ten cały czas? Na pewno nie o nim i jego idiotycznym zachowaniu. Postanowiłam jednak nic po sobie nie poznać.
-A co jeśli pójdę sama? -rzuciłam. Zauważyłam w jak w jego oczach coś
przemknęło, ale nie mogłam nazwać tego strachem, że przegra tym razem. To było bardziej jak niepokój.
-Nie wiem... -odparłam prawie szeptem. Zobaczyłam jak jego oczy się śmieją.
-Może z Tobą pójdę.-dodałam zastanawiając się głośno. Swój wzrok wlepiłam w ludzi z oknem w cichym zamyśleniu. Nasza gra stawała się czasem nawet interesująca. Poczułam jak jego dłoń muska moją. Jedynie przelotny dotyk, nic więcej, ale ja poczułam zimny dreszcz przeszywający moje ciało. Uśmiechnął się triumfalnie.
-Nie myśl, że się zgodziłam. -rzuciłam mu z pogardliwym spojrzeniem.
-Ale nie powiedziałaś też nie. -odparł. Miał jakoś chory plan czy jak? Nie zamierzałam nad tym myśleć, jak również iść z nim na tę imprezę. -Nigdy nie chodzę na imprezy sam i to się nie zmieni tak szybko.
-Szybciej niż myślisz. -powiedziałam lekko rozbawiona. Dopiłam ostatni łyk kawy.
-Ja zawszę chodzę sama. -rzuciłam szeptem i ruszyłam do drzwi.
-Już nie długo. -szepnął uśmiechając się pewnie.
16.01.2014
Sick Love 3
-Spoko. Pewnie też bym tak zareagował, gdybym nie był gejem i umawiał się z Rose-wyszczerzył się pielęgniarz, przez co zarobił kuksańca w bok. Jednocześnie zarumieniłam się, przez co uśmiechnął się jeszcze szerzej.
-Nate, my się nie...
-Daj spokój Promyczku. Wiem co mówię-przerwał mi.
-Cóż, jakby nie było, jest o co być zazdrosnym-chłopcy zmierzyli mnie wzrokiem, szczerząc się jak debile.
-Ogarnijcie się-mruknęłam dalej czerwona, odwróciłam się od nich i odeszłam do wcześniej zajętego stolika. Założyłam nogę na nogę i skrzyżowałam ramiona na piersi.
Chłopcy tylko zarechotali i dosiedli się do mnie.
-Och, zamknijcie się- burknęłam, chociaż ich śmiech był coraz bardziej zaraźliwy.-A poza tym to od kiedy jesteście takimi przyjaciółmi?
-Od teraz-powiedzieli w tym samym momencie, co wywołało jeszcze większy wybuch śmiechu.
O matko,pomyślałam.Już wiem jak się czuli Alisson i Nate rano..
-Idę coś zamówić, chcecie coś?-wstałam od stołu i wyciągnęłam portfel z torebki.Pokręcili głowami
-Pójdę z tobą-zaoferował Dave, ale pokręciłam głową.
-Pogadajcie sobie. Albo pośmiejcie się razem. Co tam chcecie. Zaraz wracam, skoro nic nie chcecie.
Podeszłam do jednej z knajpek i zamówiłam sobie colę. Czekając aż sprzedawczyni wyda mi resztę, spojrzałam na brunetów.Raz po raz wybuchali śmiechem. Uśmiechnęłam się do siebie widząc, że dobrze się dogadują. Odebrałam należne pieniądze i wróciłam do stolika.
Jak tylko usiadłam, zapadło milczenie. Dopiero po chwili zobaczyłam, jak chłopcy co chwila wymieniają spojrzenia.
-Co jest? Jestem brudna?-zapytałam zdezorientowana.
-Nie, czemu?-zaprzeczył Nate z wrednym uśmieszkiem.
-Obgadywaliście mnie-zmrużyłam gniewnie oczy domyślając się prawdy.
-Żartujesz sobie z nas?! Nie odważylibyśmy się!
Nie uwierzyłabym w to, nawet gdybym nie widziała dalszej wymiany spojrzeń.
Przewróciłam oczami i napiłam się coca-coli.
-Robisz w tym roku imprezę urodzinową?-zapytał znienacka mój przyjaciel.
-Nie wiem jeszcze-wzruszyłam ramionami-Ciągle się zastanawiam.
-No ale wiesz, że za dużo tego czasu nie masz?Twoje urodziny są za dwa miesiące-powiedział Nate nie zdając sobie sprawy, jak dwuznacznie to brzmi w moim przypadku.
-Zapytaj mnie za miesiąc, może ci odpowiem.
-A żebyś wiedziała, że to zrobię!-uśmiechnęłam się w odpowiedzi, a jednocześnie spojrzałam na zegarek; była siedemnasta.
-Dobra chłopcy, chyba muszę się zbierać. Muszę iść do..dentysty-skłamałam, na co Nate uniósł brwi ze zdziwienia: wiedział, że mam wizytę u lekarza.
-Odwiozę cię do tego.. dentysty-powiedział pielęgniarz.
-Dzięki, wystarczy jak zawieziesz mnie pod dom-wstałam od stołu, a moi towarzysze zrobili to samo.
-Miło było cię znów spotkać-Dave ukazał rząd śnieżnobiałych zębów.Podszedł do mnie i powoli pocałował mnie w policzek. Jak tylko jego usta dotknęły mojego policzka, poczułam dreszcze na całym ciele.
-Do zobaczenia Rose-wyszeptał, po czym podszedł do drugiego bruneta i uścisnął mu dłoń. Potem odszedł w jakimś kierunku, aczkolwiek zważywszy na moje palpitacje serca nie zarejestrowałam gdzie.Stałam po prostu oniemiała , nie mogąc się ruszyć.
Pielęgniarz tylko westchnął i objąwszy mnie ramieniem, zaprowadził do swojego samochodu.
Gdy już ruszyliśmy, odezwał się:
-Promyczku...myślę, że powinnaś mu powiedzieć-spuściłam głowę w dół.
-Ja..wiem. I powiem mu..tylko nie wiem kiedy...
-Promyczku...
-Nate, proszę. Zaufaj mi. Powiem mu, tylko na razie nie chcę. Nie jestem gotowa.
-A kiedy będziesz? Czy w ogóle mu powiesz? A może dowie się dopiero po fakcie?!-zapytał ostro.
Wciągnęłam ze świstem powietrze, czując nieprzyjemne uczucie w brzuchu. Brunet spojrzał na mnie i uświadomił sobie co powiedział.- Rose...przepraszam, nie to miałem na myśli...
-Spoko, nic się nie stało-próbowałam się uśmiechnąć, ale średnio mi to wyszło.
-Promyczku, kochanie...wiesz, że musisz mu powiedzieć-tym razem jego głos był łagodny. Podniosłam w końcu głowę.
-Wiem. I to zrobię, naprawdę/
-Kiedy?
-W moje urodziny, obiecuję-Nate kiwnął głową, chociaż nie wyglądał na szczególnie przekonanego. Resztę drogi przebyliśmy w milczeniu.
Kiedy wychodziłam z samochodu rzucił jeszcze:
-Trzymam cię za słowo, Promyczku. I pamiętaj, że cię kocham. Daj znać po wizycie.
-Ja ciebie też- tym razem uśmiech mi wyszedł.
Zamknęłam drzwi i pobiegłam do domu.
-Już jestem!-krzyknęłam.
- Nie drzyj ryja!-warknął mój brat przechodząc obok.
-Spadaj. Są rodzice?
Paul nawet na mnie nie spojrzał. Wydałam z siebie odgłos frustracji.
Na szczęście przed dożywociem za morderstwo uratowała mnie Cassie.
-Pojechali do sklepu godzinę temu. Mama kazała ci powiedzieć, że masz być gotowa jak wrócą, bo od razu jedziecie do szpitala.
Podziękowałam jej grzecznie i poszłam do pokoju. Usiadłam na łóżku i sięgnęłam po niedokończone zadanie z matmy. Jakimś cudem doznałam olśnienia i po pięciu minutach miałam rozwiązane zadanie.
Uśmiechnęłam się do siebie z dumą. Wiedziałam, że gdybym poprosiła Cassie, na pewno pomogłaby mi, ale chciałam poczuć się mądra. Poza tym traktowałam ją jako ostatnią deskę ratunku-co innego Paul. On sięgał po jej pomoc przy najprostszych zadaniach; jednym słowem wykorzystywał ją. A ona nie miała nic przeciwko temu, lubiła, ba!, kochała się uczyć.
Odłożyłam zeszyt z mojego "ukochanego" przedmiotu i wzięłam książkę, ale nie potrafiłam się na niej skupić.
Bałam się tej wizyty u lekarza, z każdą minutą coraz bardziej. Dziś mieliśmy otrzymać wyniki ostatnich badań, i jeśli wyszłyby pozytywnie zostałabym zakwalifikowana do dalszego leczenia. W przeciwnym wypadku... Modliłam się, żeby wyszły dobrze, ale jednocześnie słyszałam słowa Nate'a, co prawda wypowiedziane niechcący, ale zawsze...
" A może dowie się dopiero po fakcie?!"
Po fakcie....
Nie myśl o tym!-skarciłam się w myślach. Potrząsnęłam głową i zerwałam się z łóżka. Zeszłam na dół, ale nie mogłam znaleźć sobie miejsca ani w kuchni, ani w salonie. W końcu Paul się wkurzył:
-Czy ty masz owsiki w dupie?!-wrzasnął.- Weź ogarnij hormony!
-Odwal się-odwarknęłam, bardziej z przyzwyczajenia niż zdenerwowania.
Nagle drzwi otworzyły się i do domu weszli rodzice obładowani zakupami. Paul szybko pomógł im zanieść torby do kuchni.
-To co?-mama spojrzała na mnie,a w jej oczach dostrzegłam zaniepokojenie, troskę, strach o mnie.-Jedziemy?
***
Już od dziesięciu minut siedziałyśmy u onkologa w szpitalu, który gadał jakimiś niezrozumiałymi terminami.
Rozejrzałam się po gabinecie- drzwi znajdowały się w prawym rogu. Naprzeciwko stały trzy regały pełne jakiś książek, segregatorów i innych dupereli.
Bliżej lewej ściany, na środku stało duże, szklano-metalowe biurko, wokół którego stały trzy krzesła-dwa dla pacjentów i jedno krzesło dla niego po drugiej.
Gdy siedzący spojrzał w prawo mógł przez okno zobaczyć dziedziniec szpitala. Pod oknem stała czarna kanapa.
Na wszystkich ścianach porozwieszane były jakieś dyplomy i certyfikaty.
Mój wzrok spoczął na blacie biurka. Leżały na nim porozwalane papiery, był komputer,a obok monitora ramka ze zdjęciem.
-Panie doktorze, nic nie rozumiem-przerwałam mu, na co on spojrzał na mnie ze smutną miną.-Proszę przejść do rzeczy!
-Rose..pani Cutting..Rose się nie kwalifikuje do leczenia...Jej choroba nagle zrobiła ogromne postępy, nowotwór bardzo szybko opanował inne narządy..
Skierowałam na niego nic nierozumiejący wzrok.
-Co?-wykrztusiłam po chwili milczenia
-Ja...Rose, nic nie możemy zrobić. Przykro mi...
Spojrzałam na niego, jak na chorego psychicznie.
-Przykro panu? Przykro?! Ja umieram, a pan mi mówi, że panu przykro?!-podniosłam głos, byłam wściekła.
-Rose...-próbował coś powiedzieć, ale mu przerwałam.
-Zamknij się! Nie chcę tego słuchać!-zerwałam się z krzesła, złapałam torebkę i wyszłam z gabinetu mocno trzaskając drzwiami. Skierowałam się do wyjścia. Kiedy byłam w recepcji, moja furia zaczęła się przemieniać w inne uczucie. Rozpacz.
Kiedy zobaczyłam Nate'a stojącego w recepcji i rozmawiającego z koleżanką z pracy nie wytrzymałam. Wybuchnęłam głośnym szlochem, zwracając na siebie uwagę wszystkich. Mój przyjaciel spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
-Promyczku? Co się...-zanim skończył zdanie odwróciłam się na pięcie i pobiegłam w na schody przeciwpożarowe, do zupełnie innej części szpitala.
Gdy do nich dotarłam usiadłam na jednym z nich i płakałam. Chciałabym powiedzieć, co czułam w tamtym momencie, ale czułam tylko...pustkę.
Zero bólu.
Zero smutku.
Nic. Pustkę.
Nagle poczułam silne, męskie ramiona obejmujące mnie delikatnie. Podniosłam głowę, jednak nie widziałam nic przez łzy.
-Promyczku, kochanie, co się stało?-wyszeptał łagodnie Nate. Pokręciłam głową, nie mogąc mu odpowiedzieć.-Hej, mała...
Nagle, chyba przypominając sobie o mojej wizycie u lekarza wciągnął gwałtownie powietrze. Poczułam jak sztywnieją mu mięśnie.
-O Boże....-wyszeptał.-Nie. Nie, tylko nie to.Błagam, nie...
Poczułam kolejną falę łez.
Nie mogłam w to uwierzyć. Nie chciałam. Niby wiedziałam, że taka opcja jest możliwa, ale...kto normalny przy zdrowych zmysłach jest przygotowany na wiadomość o własnej śmierci? No kto?! Ja na pewno nie byłam.
Zadawałam sobie pytanie: czemu ja? Czemu mnie to spotkało, skoro na świecie jest tyle złych ludzi... Dlaczego umierają osoby niczemu winne?Dzieci, nastolatki...czemu?
Wspomnienia pojawiały się w mojej głowie w oka mgnieniu i tak samo szybko znikały. Ale jedno pozostawało.
" Był styczeń, tydzień po Nowym Roku. Szkoła już się zaczęła . Rose właśnie kończyła swój lunch w pośpiechu, żeby zdążyć przebrać się przed wf'em. Dzisiaj mieli na zajęciach biegać-coś co szesnastolatka kochała.
Wepchnęła ostatni kęs kanapki do buzi, zerwała się z krzesła. Pożegnała się z przyjaciółmi, bo jako jedyna miała na tej lekcji wf i szybko pobiegła w stronę szatni.
Pięć minut później była już gotowa, by ćwiczyć. Jak się okazało, miały dziś zajęcia na bieżni za szkołą. Było zimno, ale Rose to nie przeszkadzało.
-Okej dziewczyny, rozgrzejcie się i zaczynamy biegać-krzyknęła w ich stronę nauczycielka wf'u i trenerka szkolnej drużyny lekkoatletycznej.Brunetka starannie rozgrzała wszystkie mięśnie, nie chcąc doznać żadnej kontuzji i ustawiła się w szeregu razem z innymi dziewczynami.
Gdy już wszystkie stały w rzędzie, nauczycielka oznajmiła:
-Na początku zróbcie dwa duże kółka wokół bieżni. Jak będziecie gotowe, poćwiczymy sprint.
Rose poczekała na dany sygnał i ruszyła. Prawie od razu wysunęła się na prowadzenie, choć kilka dziewczyn próbowało ją przegonić. Dziewczyna jednak odłączyła się ze świata-jak zawsze kiedy biegała. Zawsze wtedy oczyszczała umysł ze zbędnych emocji, wspomnień. Kochała ten stan.
Jednak podczas drugiego kółka poczuła, jak kręci jej się w głowie, więc zwolniła. Szybko jednak jej przeszło, więc wzięła się w garść i przyśpieszyła. Na metę dotarła oczywiście pierwsza. Nie było w szkole dziewczyny, która by była od niej szybsza. Rose była z tego powodu bardzo z siebie dumna-przynajmniej w jednej rzeczy była najlepsza
-Świetnie Rose, trzymaj tak dalej, a na kolejnych zawodach nikt cię nie prześcignie!-ucieszyła się trenerka.-A teraz sprint na 100 metrów
Kobieta podzieliła dziewczyny na grupy i kazała pierwszej się ustawić na starcie. Rose była w czwartej grupie, najlepszej, składającej się z dziewczyn należących do kadry.
Gdy nadeszła ich kolej, brunetka była naładowana adrenaliną, mimo że to były tylko ćwiczenia.
Ustawiła się na starcie i czekała na sygnał trenerki. Gdy tylko usłyszała dźwięk gwizdka, wystartowała. Mimo, że cały bieg trwał bardzo krótko, Rose zdawało się to trwać całą wieczność. Słyszała każdy swój oddech, każde uderzenie serca. Skoncentrowała się na wygranej i nie patrzyła na rywalki.
Na mecie była pierwsza. Znowu, po raz kolejny, jak zawsze. Tylko, że nie czuła się jak zawsze. Tym razem cały świat wirował jej przed oczami, rozmazywał się. Poczuła jak robi jej się słabo. Potem nie czuła nic.
~~~~
Dwie godziny później siedziały z mamą w gabinecie lekarza, czekając na wyniki badań. To, co usłyszały, przerosło ich najśmielsze oczekiwania. Nie tego się spodziewały, myślały , że to przez zbytni wysiłek fizyczny, a nie przez...nowotwór.
Doktor powiedział, że trzeba zrobić dokładniejsze badania, ale jedno wiedziała na pewno. Była zmuszona skończyć ze sportem, dla własnego dobra. I rozumiała to. Wolała do wyleczenia odpuścić, a po pokonaniu choroby wrócić. Lekarz mówił, że ma szansę na leczenie. Że jest szansa. Że może pokonać chorobę. Że będzie żyć....."
Nie wiem, ile czasu tak siedzieliśmy. Wystarczająco długo, by zdać sobie sprawę, że mama pewnie mnie już czeka.Zabawne...pierwszą świadomą myślą po usłyszeniu o nieuniknionej śmierci było to, że mama na mnie czeka...Nie wiem czemu.Chyba po prostu zwątpiłam w słowa lekarza. Nie wiem. Po prostu nie przyjęłam tego do wiadomości.
Jednak mój organizm sam reagował-mięśnie miałam napięte, a łzy same spływały z moich oczu. W końcu jednak ruszyłam się, by wytrzeć mokre policzki. Przypomniałam sobie, że Nate był tu ze mną, trzymał mnie w objęciach. Spojrzałam na niego-podejrzewam, że do niego to już dotarło, bo wyglądał...cóż, okropnie. Cały zasmarkany, zalany łzami.
-Muszę iść. Mama będzie się martwić-wychrypiałam. Nate się ocknął, kiwnął głową i wstaliśmy. Od razu złapał mnie za rękę, co wywołało napływ łez do moich oczu. Nie pozwoliłam im jednak spłynąć. Weszliśmy do środka szpitala , czego już po chwili żałowałam. Od razu wpadłam na mamę. Ona również wyglądała okropnie-rozmazał się jej cały makijaż, co nieskutecznie próbowała naprawić. Spojrzała na mnie ze łzami w oczach i rzuciła mi się w objęcia.Przytuliłam się do niej mocno i znów poczułam, jak moje oczy wilgotnieją. Znów się powstrzymałam. Nienawidziłam tego, płakania przy ludziach. Nawet przy bliskich. Nienawidziłam okazywania jakichkolwiek słabości...Nawet przy Lisie...
W końcu mama mnie puściła, a ja powiedziałam tylko:
-Chodźmy już stąd.
Nate postanowił dyskretnie zniknąć, bo nigdzie go nie było. Szybko z mamą poszłyśmy do samochodu. Jak na złość, w radiu leciało akurat "Tears in heaven" *. Mama szybko wyłączyła radio, ale ja czułam wielką gulę gardle. Wystarczyła jedna piosenka, a ja czułam się...jakbym się właśnie dowiedziała, że nie dożyje 20.
Modliłam się, żebyśmy już dojechały. Wiedziałam, że już długo nie wytrzymam...Przez łzy nic już nie widziałam, ale mimo to przytrzymywałam je...W końcu samochód się zatrzymał na dobre, a ja nie oglądając się za mamą, wyskoczyłam z niego i pobiegłam do domu. Głośno trzasnęłam drzwiami, mimo że nie miałam takiego zamiaru.
-I co tam Rose?-zapytała Cassie stając tuż przede mną, ale zręcznie ją wyminęłam i wbiegłam po schodach, do mojego pokoju. Zamknęłam cicho drzwi i...nie wytrzymałam dłużej. Wraz z zamknięciem tych drzwi, dotarła do mnie prawda. Podeszłam do łóżka, ale nie usiadłam na nim. Osunęłam się na podłogę i złapałam za głowę.
-Dlaczego?-wyszeptałam sama do siebie. Bo do kogo? Do Boga? Nawet nie byłam pewna czy istnieje. A już na pewno nie w tej chwili...-Dlaczego?-powtórzyłam.
I siedziałam tam na tej podłodze, szlochając i zastanawiając się co ja takiego zrobiłam, że muszę umrzeć. To nie było sprawiedliwe, nie. Na świecie było tylu złych ludzi, a musiałam umrzeć akurat ja. Dlaczego?! Co ja takiego zrobiłam? Nie zabiłam przecież człowieka, nigdy nic nie ukradłam. A mimo to, miałam pożegnać z wszystkimi, których kochałam, ze wszystkim, co kochałam.
Wiem, że to banalne. Wielu ludzi codziennie zadaje sobie te same pytania co ja. Ale co innego pozostaje nam do zrobienia?
Nagle drzwi otworzyły się cicho. Szybko otarłam łzy i warknęłam:
-Puka się!
Jednak kiedy, po raz pierwszy w życiu, zobaczyłam Paula zapłakanego, zapomniałam o tym, że znów nie zapukał. Podszedł do mnie i usiadł obok. Siedzieliśmy tak chwilę w ciszy, a potem Paul wybuchnął płaczem. Złapał się za głowę i po prostu płakał. Czując, że zaraz i ja wybuchnę, gwałtownie go do siebie przygarnęłam. Tuliłam go do siebie jak małe dziecko, mimo że to ja powinnam być pocieszana. Ale nie miałam mu tego za złe. Trochę go rozumiałam...Po wszystkim oni z tym zostaną. Ze świadomością, że mnie już nie ma. Będą musieli z tym żyć, dzień w dzień. A ja...cóż, cokolwiek się ze mną stanie, nie będę musiała sobie tym zawracać głowy...
Paul się w końcu uspokoił, odchrząknął i odsunął się ode mnie. Wstał i podszedł do drzwi.
-Przez ciebie czuję się niemęski-rzucił i zniknął. I mimo mojego nastroju, parsknęłam śmiechem. Taak,będzie mi brakowało tych jego "żartów". O ile można tak powiedzieć. Nim zdążyłam zacząć o tym rozmyślać, do mojego pokoju weszła kolejna osoba-Cassie.
Ona nic nie powiedziała. Nie ruszyła się. Po prostu tam stała i patrzyła się na mnie, a ja na nią. Za to jej oczy...w nich widać było wszystko. Gdy się w nie patrzyło, widać było wszystkie uczucia:ból, niedowierzanie...aż nazbyt dobrze rozumiała, co się stało albo co się dopiero stanie. Rozłożyłam ręce, a ona szybko do mnie podbiegła. Wpadła w moje objęcia z taką siłą, że aż się położyłam. Cassie ułożyła się na moim ramieniu i tak leżałyśmy.
-Ile?-zapytała tym swoim dziecinnym głosikiem, uświadamiając mi, że nawet nie wiem ile mi zostało. Może to i lepiej...Może gdybym wiedziała, byłoby gorzej?
-Nie wiem-wyszeptałam.
-Nie chcę, żebyś...nie zostawiaj mnie tu z Paulem-pisnęła. Nie odpowiedziałam na to-nie mogłam. Miałam ściśnięte gardło 'Ja też nie chcę Cass. I gdybym miała wybór, zostałabym, naprawdę.'-odpowiedziałam w myślach. Ona chyba jakimś cudem zrozumiała, bo kiwnęła głową potakująco. Albo tylko mi się wydawało...
-Kocham cię-wyznała moja młodsza siostra.
-Ja ciebie też,mała.
-Ej!-oburzyła się i podniosła gwałtownie.-Nie jestem mała!
-Jesteś, pogódź się z tym. Paul mówi "mała" na mnie, a ja na ciebie. Przywyknij-uśmiechnęłam się. Cassidy jeszcze chwilę udawała obrażoną, ale zaraz się rozchmurzyła. Przytuliła się jeszcze raz i wyszła z pokoju, zostawiając mnie samą. Rodzeństwo trochę poprawiło mi humor, co sprawiło, że postanowiłam zejść na dół, do salonu. Jednocześnie usłyszałam wołanie mamy na kolację.
To po niej odziedziczyłam siłę. Mama się nigdy nie poddawała i zawsze starała się patrzeć na pozytywne aspekty życia. Zawsze też uważała, że najlepszym sposobem na wszystko jest wspólny posiłek.Dlatego tak je sobie ceniła. Weszłam do jadalni i zobaczyłam na stole pizzę. Zdziwiłam się, bo mama nigdy nie zamawiała pizzy, zawsze ją sama robiła. Jak to zrobiła w tak krótkim czasie? Spojrzałam na zegarek i otworzyłam szerzej oczy- była dwudziesta.
-Siadaj Rosie-powiedziała mama. Posłuchałam jej, a wkrótce dołączyli się wszyscy domownicy. Wzięłam pierwszy kawałek, ale nie smakował tak dobrze jak zawsze. Chyba nikomu nie smakowało. Tacie to już w ogóle. Nawet nie tknął swojego kawałka. Patrzył się na mnie cały czas. Nagle wstał i bez żadnego ostrzeżenia wyszedł. Usłyszeliśmy jeszcze tylko, jak zamyka drzwi do sypialni. I wszyscy stracili apetyt...A mi znów wrócił podły humor. Byłam drugą osobą, która odeszła od stołu. Tak samo poszłam do swojego pokoju i tego dnia już z niego nie wyszłam.
___________________________________________________________
Tadam! Postanowiłam jednak wrócić do opowiadania, choć nie jest to szczyt literackiego geniuszu...W każdym razie mam nadzieję, że się spodoba.:D
*http://www.youtube.com/watch?v=JxPj3GAYYZ0