Tobie nie można udowodnić żadnej
miłości. Mogę codziennie przynosić Ci kwiaty robić śniadanie do
łóżka, kupować Ci prezenty, codziennie dotykać z uwielbieniem i
czułością jakbym robił to pierwszy raz... Nawet jakby codziennie
mówił Ci co czuje i jak bardzo szaleję na twoim punkcie. Mogę też
czekać na Ciebie wieczność, ale jestem pewien, że nie
przyjdziesz. Jedynie moja nadzieja dawałaby
mi cień wiary, że byłoby inaczej. Ale nie byłaby to prawda, czyż
nie? Kiedy czytasz ja właśnie to sprawdzam. A może ja kiedyś tu
wrócę? Może.
Patrzyłem jak czyta mój liścik zza okrytej szronem szyby. Zimne podmuchy wiatru tragały moje włosy raz za razem. Mróz był nie do zniesienia. Zacisnąłem zęby, a po moim policzku spłynęła mi łza. Wpatrywała się w kartkę coraz dłużej. Już pewnie to przeczytała. Gdy obudziłem się tego styczniowego poranka nie myślałem, że dziś opuszczę to miejsce, w którym kiedyś tak bardzo pragnąłem być. Miłość wybacza wszystko, ale sam się przekonałem, że nawet jeśli robi to zawsze to jeszcze jest rozum, którego nie wolno nam stracić. Zakochany w potworze. Zakochany na zabój. Robiłem co mogłem, ale to było za mało. Wymagała idealności, której nie byłem w stanie osiągnąć. Starałem się ze wszystkich sił, ale nie mogłem. Czułem się beznadziejny, bezużyteczny. Ona wczoraj ostatecznie mnie w tym utwierdziła. Byłem prawie pewny, że to koniec. Prawie. Nadzieja umiera ostatnia. Sam czuję się prawie martwy. Obdarty z samego siebie. Już nie wiem czy bardziej kocham ją, czy tęsknotę za nią. Pamiętam więcej chwil bez niej niż z nią. Raz po raz zostawia mnie na te kilka chwil wymuszonej samotności. Nie umiem okazywać uczuć. Nigdy tego nie potrafiłem. Starałem się. Codziennie cholernie się starałem. Każdego dnia chciałbym jej powtarzać, że zawsze przy niej będę. Tyle, że za każdym razem słowa więzły mi w gardle. Robiłem wszystko by to pokazać bez słów. Teraz już wiem, nie udało się. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Ruszyłem powoli w swoją stronę ocierając łzę z policzka. Zostawiając za plecami wszystko co chciałbym teraz mieć. Szedłem powoli jakby niósł coś niewyobrażalnie ciężkiego choć z ramienia zwisała mi tylko niewielka sportowa torba z kilkoma szmatami. W rzeczywistości jednak niosłem ze sobą dużo cięższy bagaż. Wiedziałem, że za mną nie pobiegnie. Po każdym można by się tego spodziewać, ale nie po niej. Każdy krok był nie pewny. Oddalał mnie od niej. Coraz bardziej rozrywał mi wnętrzności. Nie mogłem uwierzyć, że to robię. Co chwilę chciałem zawrócić i biec do niej, łomotać w drzwi choćby cały dzień i całą noc by znów mnie wpuściła. Nie wiem czemu tego nie zrobiłem.
***
Wszedłem do mojego starego mieszkania. Dawno temu próbowałem je sprzedać, ale bez skutku. Wolałbym, żeby nigdy mi się nie przydało. Zamknąłem drzwi i wziąłem głęboki oddech. W powietrzu unosiło się mnóstwo kurzu. Z brudnych okien zasłoniętych poszarzałymi firankami w salonie padało słabe światło. Wszystko przykryte było białymi płachtami. Czułem się tu nieswojo. Jak za czasów mojej własnej samotności. Spróbowałem zapalić światło, ale włącznik odmówił posłuszeństwa. Super. Wszedłem dalej do mieszkania. Każdemu postawionemu przeze mnie krokowi towarzyszyło skrzypienie podłogi. Jedyna rzecz, która mąciła tu martwą ciszę. Zostałem bez światła. Ogrzewanie też nie działało, więc było tu nie wiele cieplej niż na zewnątrz. Była dopiero piąta po południu, ale było już ciemno. Szybko znalazłem parę świec w szafce w kuchni i skołowałem prowizoryczne podstawki. Musiało wystarczyć. Rozłożyłem starą kanapę w salonie i położyłem się. Nie mogłem uwierzyć, że dziś zasypiam w nie swoim łóżku, że nie mogę jej dotknąć, że nie mogę życzyć jej dobrej nocy. W ogóle nie wierzyłem w ten dzień. Miałem mokre policzki i próbując nie myśleć starałem się zasnąć. Potrzebowałem teraz czyjejś obecności, ale naprawdę chciałem tylko jej. W głowie brzęczały mi jej słowa. Przecież, wiem, że mnie nie kochasz. Nie zależy Ci. Nie umiałem zasnąć. Nie raz spałem tam na kanapie, zawsze z tą samą myślą, że jutro znów będzie dobrze. Jakby brak samej świadomości, że jest w pobliżu nie pozwalał mi spać. Jutro wcale nie będzie dobrze. Czy umiem żyć inaczej? Ciągle zdawało mi się, że słyszę pukanie do drzwi. Kilka razy wstawałem w nocy i szedłem je otworzyć. Witał mnie w nich tylko wiatr i mróz. Poczułem jak robię się czerwony od chłodu. Przypominałem sobie jak kiedyś powiedziałem jej, że to będzie nasza niekończąca się opowieść. Teraz wiem, że kłamałem. Kochałem królową lodu.W tym cholernym zimnie nie można było żyć wiecznie. Raz po raz zapominając jak to jest ją dotykać, być bliżej... Powstrzymałem kolejną falę smutku i zamknąłem drzwi. Wróciłem na kanapę. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak bardzo nie czułem się sobą. Nim się spostrzegłem nadszedł świt. Chłodne promienie słońca zaczęły wślizgiwać się przez firanki. Podszedłem do okna i rozsunąłem je. Kolejny... chociaż nie... raczej pierwszy dzień właśnie się dla mnie zaczął. Mój ojciec powtarzał mi w dzieciństwie, że każdą wyrwę można jakoś załatać. Nie wiem czy teraz też miałby rację. To nawet nie była wyrwa, zostawiłem za sobą wczoraj o wiele więcej mnie.
***
Cały dzień nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Już teraz nie mogłem wytrzymać. Czułem się jak chory psychicznie, ale dla takich jak ja nie było lekarzy, a lek był tylko jeden. Warjowałem bardziej z każdą minutą. Alkohol wydał mi się objawieniem. Nie wiem która była godzina gdy wyszedłem z baru ledwo stojąc na nogach. Nie wiem nawet jak trafiłem na właściwą ulicę. Co chwilę przewracałem się lub opierałem o co się tylko dało. Nagle na ławce tuż pod moim domem zobaczyłem czyjąś postać. W ciemnym długim płaszczu i w kapturze siedziała samotnie w milczeniu. Po alkoholu okazywałem się niezwykle otwarty facetem.
-Dobry wieczór, można się przysiąść? -rzuciłem kłaniając się i ledwo przy tym utrzymując równowagę. Mój pijany uśmiech zdradzał wszystko.
-Dobry wieczór, czemu nie. -usłyszałem w odpowiedzi. Zdziwiony acz zachęcony opadłem na ławkę. Starając się jak najskuteczniej ukryć ślady znacznego spożycia. Odchrząknąłem i uśmiechnąłem się do nieznajomej postaci.
-Mógłbym wiedzieć co tu robisz w środku nocy? -zapytałem by rozpocząć jakąś rozmowę
-Czekam. -padła zdecydowana odpowiedź.
-Na co można czekać w środku nocy?
-Na różne rzeczy, na zbawienie, na miłość... ja czekam na odwagę. -odparł mój rozmówca.
-A na co potrzebujesz tej odwagi? -zapytałem spoglądając w jego stronę.
-Na miłość. -padła krótka odpowiedź. Westchnąłem i przetarłem skroń.
-To dobrze, że czekasz. Do tego potrzeba cholernej odwagi... -powiedziałem. -Nie wyobrażasz sobie ile jej potrzeba...
-A pan wie ile? -usłyszałem pytanie. Nie wiem czemu mnie to rozbawiło.
-Wiem.
-A więc?
Wziąłem głęboki oddech nocnym zimnym powietrzem, które na chwilę rozpaliło mi płuca.
-Tyle by każdego dnia móc powiedzieć co się czuje, by każdego dnia dotykać kogoś najczulej jak się potrafi, by nie bać się ostrych słów, by mimo szkła, które w nas ląduje wciąż być delikatnym.... by codziennie nie wątpić w to wszystko. I tak do końca świata. Potrzebujesz dużo odwagi... -odpowiedziałem. - Dużo więcej niż ja jej mam. -dodałem cicho. Postać zdawała się dokładnie słuchać każdego mojego słowa, ale kto zwykł słuchać pijanego gościa w środku nocy?
-Coś pan o tym wie. -padło stwierdzenie.
-Ta... -odparłem. Gdyby nie nadmiar alkoholu we krwi prawdopodobnie samo wspomnienie doprowadziłoby mnie do płaczu.
-Jaka ona była? -usłyszałem pytanie. Nie wiem czemu nie wahałem się odpowiedzieć.
-Cudowna, niezwykła, piękna, wyjątkowa... po prostu idealna. -odparłem bez zastanowienia. Wydawało mi się, że postać uśmiechnęła się.
-To czemu nie ma jej przy panu? -odezwał się tajemniczy głos.
-Właśnie tego kurwa nie wiem... -odpowiedziałem. Powstrzymywałem łzy. Teraz miałem ochotę krzyczeć. To pytanie wytrąciło mnie z równowagi. Było cholernie trafne.
-Bo co? Bo mnie zraniła? Bo kolejny raz czułem się jak śmieć przez jej słowa? Ja i tak ją kocham. Wystarczy, że raz to powiedziałem. Te słowa nie mają jakiegoś pieprzonego terminu ważności. To się nie kończy, bo usłyszałem coś czego nie powinienem. -wydusiłem z siebie jednym tchem. Odwróciłem głowę.
-Pójdę już. Dobranoc -usłyszałem. Potem słyszałem tylko powoli stawiane kroki na skrzypiącym śniegu które oddalały się ode mnie. Z trudem otworzyłem drzwi mieszkania. Kiedy wreszcie udało mi się je zamknąć oparłem się o nie plecami. Niesiony siłą ciężkości opadłem na ziemię. Przyciągnąłem kolana pod brodę. Dopiero teraz pozwoliłem sobie na płacz.
-Pójdę już. Dobranoc -usłyszałem. Potem słyszałem tylko powoli stawiane kroki na skrzypiącym śniegu które oddalały się ode mnie. Z trudem otworzyłem drzwi mieszkania. Kiedy wreszcie udało mi się je zamknąć oparłem się o nie plecami. Niesiony siłą ciężkości opadłem na ziemię. Przyciągnąłem kolana pod brodę. Dopiero teraz pozwoliłem sobie na płacz.
***
Obudziłem się rano oślepiony promieniami słońca nie bardzo pamiętając co robiłem ostatniej nocy. Miałem potwornego kaca. Najpierw nie rozpoznałem mojego mieszkania, ale po chwili przypomniało mi się co to za miejsce, tak jak to, dlaczego tu jestem. Pamiętałem jakieś urywki. Próbowałem złożyć je w całość. Wszedłem do baru, dużo wypiłem, powrót do domu, potem ta dziwna rozmowa... Utkwiła mi w głowie. Pamiętałem ją prawie całą, ale wciąż nie wiem z kim rozmawiałem... Wiem tylko, że ta osoba wydała mi się dziwnie bliska, dziwnie znajoma. Chyba zwyczajnie wiedziała co znaczy miłość. To mogło wystarczyć. Poszedłem do łazienki i przemyłem twarz zimną wodą. Spojrzałem w brudne lustro i swoje niewyraźne odbicie. Miałem wrażenie, że to już nie ja. Gdzie podział się ten, który przyrzekł, że zawsze z nią będzie? Gdzie zginęły tamte przysięgi o miłości? Gdzie ta pewność i determinacja by być najlepszym mężczyzną na ziemi dla niej? Gdzie ten pełen wiary idealista? W głowie obijały mi się słowa wczorajszej rozmowy. To czemu nie ma jej przy mnie? Spojrzałem na zegarek. Była 13:47. Każda godzina jest dobra. W ciągu kilku sekund wybiegłem z mieszkania.
***
Moja rękę zatrzymała się w powietrzu centymetr przed drzwiami. Zawahałem się. Czy na pewno... Wtedy drzwi się otworzyły. Na chwilę oboje zamarliśmy. Nie wiem ile staliśmy w tym szoku i milczeniu. W końcu zrobiłem krok w jej stronę i pocałowałem ją. Już prawie zapomniałem jak ona słodko smakuje. Prawie. Jej ręce wylądowały na moich ramionach. Zauważyłem łzy na jej policzkach. Powoli ja objąłem. Położyła głowę na moim ramieniu.
-Kocham Cię, cholernie Cię kocham. Nawet jeśli tego nie czujesz. Zawsze. -wyrzuciłem z siebie póki jeszcze czułem w sobie ten cień odwagi.
-Wiem. -odparła uśmiechając się lekko.
-Dopiero teraz to wiesz?
-Powiedziałeś mi to znów wczoraj. -odparła jak gdyby nigdy nic.
-Powiedziałem? Co? -wydusiłem zdziwiony.
-To ze mną wczoraj rozmawiałeś na ławce totalnie pijany. -na to wspomnienie znów się uśmiechnęła.
-To.. byłaś Ty? - jęknąłem zdziwiony. Teraz dopiero zacząłem to kojarzyć, płaszcz z kapturem, wątła sylwetka, ten ton głosu... Nie wiem czemu dopiero teraz... Najwyraźniej kompletny ze mnie idiota...
-Przecież wiem gdzie uciekłeś. Siedziałam tam ostatniej nocy. -powiedziała lekko się uśmiechając. - Szukałam tam swojej odwagi. Znalazłam ją, wiesz? -dodała kładąc mi dłoń na policzku. Na kilka sekund zapadła cisza. Próbowałem to wszystko ogarnąć.
-Chciałam ci dziś powiedzieć, że mi zależy. Powinnam Ci czasem powiedzieć jak bardzo lubię gdy przynosisz mi kwiaty, lub gdy całujesz mnie w czoło na dobranoc. Gdybym tylko umiała okazać ci jakieś ciepło... -do oczu znów napłynęły jej łzy. -Przepraszam, kocham cię.
Przytuliłem ją mocno. To nie było już ważne, że wtedy to powiedziała. Liczył się ten moment. Nie pamiętam kiedy ostatnio usłyszałem do niej te słowa. Nigdy nie okazywała mi żadnych uczuć... Sam nie wiedziałem dlaczego... Czemu tego nie widziałem? Też się starała, ale ja tego nie dostrzegłem zbyt skupiony na dążeniu do jej ideału, który był tylko fantazją. Największym aktem odwagi nie było odejść, ale wrócić tu z powrotem z nadzieją, że wrócę do swojego lepszego raju. Zobaczyłem to teraz inaczej. Zobaczyłem jeszcze głębiej wnętrze mej lodowej królowej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz