Te pamiętne ferie...
Były takie cudowne, wyjątkowe i niezapomniane. Po prostu
niesamowite... Ten czas spędzony razem... Po którym przestało to
być tylko niewinnym porywem. Takie dałeś mi je zapamiętać, ale z
upływem czasu widzę je inaczej. Bardziej jak okres mojej zguby, jak
wciągnięcie mnie w Twoją grę. Widziałam Cię i mimowolnie się
uśmiechałam,a przecież nie powinnam. Nienawidziłam siebie kiedy
to robiłam, a jeszcze bardziej Ciebie. Każdego ruchu, uśmiechu,
tego jak na mnie patrzyłeś, jak codziennie dotykałeś...
nieświadomy co we mnie wywołujesz. Zawsze miałam w głowie jedną
myśl, że może jednak jest inaczej, że może też o mnie
myślisz... Wypełniały mnie złudne nadzieje. Przytulałeś mnie i
na chwilę w to wierzyłam. Czasem rzucaliśmy się razem w śnieg.
Pamiętam jak kładłeś dłonie na moich czerwonych z zimna
policzków, żeby je rozgrzać albo jak podnosiłeś mnie czasem do góry, by zaraz wrzucić w śnieżna zaspę. Robiłeś to tak
zwyczajnie, ale od twoich ciepłych rąk miałam wrażenie, że rosły
mi skrzydła. Wyobrażałam sobie, że porywam nas gdzieś daleko.
Tam gdzie to wszystko byłoby łatwiejsze, gdzie bylibyśmy dla siebie
nawzajem... Innym razem miałam ochotę zostawić Cię bez słowa i
zniknąć. Żeby nie musieć na Ciebie patrzeć. Nie musieć co
chwilę przypominać sobie bolesnej dla mnie prawdy. Za każdym razem
byłam wściekła, że dawałam Ci się tak łatwo w to wciągnąć.
Nagle pojawiałeś się i sprawiałeś, że reszta świata znikała,
moje złe myśli odpływały dalej niż mogłabym przypuszczać, a
pragnienia wydawały się być na wyciągnięcie ręki. Czy to nie
okrucieństwo dawać to tylko na chwilę? Czemu to robiłeś?
Wyciągałeś na szczyty, by zepchnąć znów w otchłań? Czemu mnie
do cholery nie zostawiłeś? Nie poszedłeś do niej tak po prostu?
Bawiłeś się mną specjalnie! Nie wiem co z tego miałeś, ale wiem
co miałam ja. Ciągłe dawanie i odbieranie mi nadziei... Za każdym
razem bardziej bolesne, bo za każdym razem to wydawało mi się
bardziej prawdziwe. No i jeszcze miałeś w sobie to coś co
sprawiało, że wszystko to wydawało mi się cudowne. Odbierałeś
mi trzeźwe myślenie bez mrugnięcia okiem! Wtedy Cię tłumaczyłam,
że nie wiesz co we mnie się dzieje, ale może wcale nie powinnam?
Ból to ból, tego nie powinno się tłumaczyć. Rana zostawia
bliznę. Co z tego, że dawałeś mi radość skoro zaraz potem znów
cierpiałam z twojego powodu? Gdybym była Ci obojętna odszedł byś,
wiem to na pewno. Więc kim byłam...? Oczywiście, że starałam się
o Tobie nie myśleć, ale im bardziej próbowałam o Tobie nie
myśleć, tym bardziej mi się to nie udawało i tym bardziej
nienawidziłam nas oboje. W środku miałam chaos. Mogłam oficjalnie
i z czystym sumieniem powiedzieć: oszalałam na twoim punkcie.
Próbująca
nie zwariować przez Ciebie