20.06.2014

Pewna niepewność- rozdział III

Nareszcie koniec lekcji. Ten nieznośny poniedziałek mogłam już przeleżeć w domu. Moi koledzy stali jak zwykle przy wejściu. Jakoś nigdy nie szło nam łatwo rozstawanie się.
-Odprowadzić Cię na przystanek? -zapytałam Karolinę.
-Jasne. -odparła.
-No to chodźmy, bo masz za 10 minut autobus. -przypomniałam.
Pożegnałyśmy się ze wszystkimi i ruszyłyśmy w swoją stronę. Nagle usłyszałyśmy krzyk za nami i czyjeś kroki. Zatrzymałyśmy się i odwróciłyśmy. To oczywiście był Maciek.
-Czekajcie! - znów zawołał. -Idę z wami!
-Szybko, bo nie zdążę! -ponagliła go Karolina.
-Już. - wyspał dobiegając do nas.
-To jak wasze wypracowanie? - zapytał gdy odzyskał oddech.
-Pfffff! Jeszcze nie zaczęłam. W co ty wierzysz... -rzuciła Karolina.
-Świetnie, cudownie. No prawie skończyłam. -rzuciłam sarkastycznie. Zachichotał.
-Tak myślałem.-skwitował.
-A Ty? -zapytała Karolina.
-Zacząłem wczoraj, o ile 2 linijki można tak nazwać. A kiedy powtarzamy nasz mały maraton filmowy?
-Jak tylko ktoś będzie miał wolną chatę! -odparła bez wahania Karolina. Uśmiechnęłam się.
-Czy twoi rodzice nie wyjeżdżają na ten weekend w góry? -zagadnęłam przyjaciółkę. Maciek spojrzał z ciekawością.
-Ej! To jeszcze nie pewne. Zobaczymy czy pojadą... -powiedziała powstrzymując nasz entuzjazm.
-Karolina... -przerwał jej.
-Tak?
-Czy to nie twój autobus? - zapytał nieśmiało wskazując ręką ikarusa podjeżdżającego na przystanek.
-Kurwa mać! - przeklnęła i zaczęła biec.
-Dawaj! Lecisz! - dopingowałam śmiejąc się.
-To cześć! - zawołał za nią Maciek. W ostatniej chwili wskoczyła do autobusu. Zapadła cisza.
-A Ty gdzie idziesz? - zapytał w końcu.
-Mam przystanek ulicę dalej. -pokazałam.
-Odprowadzę Cię.
-Ok. Jak chcesz. - odparłam i uśmiechnęłam się. Zachowywaliśmy się zupełnie normalnie, ale miałam wrażenie, że nie przychodzi mu to tak łatwo jak ostatnio. Wiedziałam co go męczy.
Wreszcie spojrzał mi w oczy. Chciałam przerwać niezręczną ciszę.
-Czemu mnie dziś odprowadzasz?
-Tak jakoś... chciałem... -zaczął. Widziałam jak z trudem składa słowa w zdania. 
-Mój autobus! -krzyknął nagle i z impetem ruszył w jego stronę.
-Biegnij!- krzyknęłam za nim machając ręką na pożegnanie.
-Do zobaczenia! - rzucił wbiegając do autobusu.
Zniknął w zamykających się już drzwiach zostawiając mnie z tym niedopowiedzeniem i milionem  myśli, które chciała je wypełnić na różne sposoby. 


Pewna niepewność - rozdział II

-Hej! zapomniała Pani! -krzyknęła za mną kasjerka. Odwróciłam się i zgarnęłam torbę z lady czerwieniąc się jak burak. On śmiał się w najlepsze. Musiałam kupić bratu prezent i nie miałam zielonego pojęcia co wybrać. Maciek miał mi tylko pomóc. Zachowywaliśmy się chyba najnormalniej jak to było możliwe. Jakby tamto w ogóle się nie wydarzyło.
-Ej! Przestań! -powiedziałam szturchając go łokciem. Nie mogłam powstrzymać się żeby się nie uśmiechnąć.
-No co? -zapytał powstrzymując śmiech.
-Nic! -rzuciłam i zaśmiałam się.
-Idę po bilet, też chcesz? -zapytał.
-Nie dzięki. Mam. -odparłam. -Zaczekam. -dodałam i uśmiechnęłam się. Właśnie mieliśmy wychodzić więc szybko zaczęłam owijać się szalikiem i wkładać kurtkę. Schylałam się do torebki, kiedy usłyszałam za sobą głos jakiegoś chłopaka:
-Hej.
Odwróciłam się zdziwiona. Stało za mną dwóch wysokich chłopaków. Blondyn i brunet czapkach mikołaja i z workami na śmieci na plecach.
-Cześć... -odpowiedziałam zdecydowanie mniej niepewnie.
-Bo wiesz słyszałem, że ja nie istnieje? -odparł uśmiechając się.
-Ja podobno też. -zawtórował mu kolega.
Spojrzałam za Maćkiem. Już szedł w moją stronę. „Nadchodzi odsiecz. Jak dobrze, że tu jest.” pomyślałam. Uśmiechnął się do mnie szeroko i wskazał na stojących przede mną mikołajów ruchem ręki. Bezradnie podniosłam ramiona w geście niewiedzy. Już po chwili stał obok mnie. „Trochę jak dzielny rycerz wybawiający damę z opresji.” przyszło mi do głowy. Z trudem ukryłam rozbawienie ta myślą. Skąd się w ogóle biorą takie głupoty w mojej głowie?
-No coś słyszałam. -odpowiedziałam.
-A Ty? -zapytał go.
-Co ja?
-Podobno ja nie istnieje. Słyszałeś coś o tym?
-A no! Ktoś puścił plote na fejsie, ale widzę, że bzdura jakaś. No musisz go dorwać, rózga się należy. Przecież stoisz tu to musisz istnieć, nie?-powiedział pewnie.
-No właśnie. Logiczne myślenie. -powiedział drugi mikołaj.
-A Ty nie powinieneś być na biegunie? Albo w Laponii czy gdzieś tam? W ogóle nie powinieneś się chować przed ludźmi?
-No wiem... Ale dziś mam wychodne. Po za tym jak usłyszałem te ploty to się musiałem pokazać!
-No to my im powiemy, że istniejecie.
-A wy jak grzeczni byliście?
-Ja?? No pewnie spójrz na mnie. Zawsze grzeczny, ale ona...- pokiwał głową wskazując na mnie ze zdziwieniem.
-Co ja? -zaprotestowałam.- Grzeczna jak zawsze! -rzuciłam szturchając go. Zachichotał.
-Ej weź i powiedz co ona robiła! Bo ja nie wiem czy jej mogę prezent dać.
-No wiesz... różne rzeczy.-odpowiedział.
-A co on wyrabiał w tym roku... Co to się działo! -rzuciłam do mikołaja nim Maciek zdążył wymyślić co mogłam przeskrobać.
-Ej ej ej ej... A wy nie tego... nie robicie tych no... -szukał słów mierząc nas wzrokiem.-tych no... seksów żadnych mam nadzieje? Nic? -dokończył. Oboje wybałuszyliśmy oczy ze zdziwienia.
-My?!? -odezwał się. - W żadnym wypadku. My nawet nie tego... nie jesteśmy... -zaczął spoglądając na mnie. Uśmiech nie schodził mu z twarzy. Nigdy kiedy na mnie patrzył.
-My nie chodzimy ze sobą. -dokończyłam za niego spoglądając na blondyna w mikołajowej czapce. Czułam że nieco się rumienię. „My razem? Zbyt szalone i dziwne by było prawdziwe....” pomyślałam.
-Serio? Bo to wiecie... wy razem... -spojrzeliśmy po sobie trochę rozbawieni.- no dobra... ale macie być grzeczni jakby co! Ja mam numery do rodziców. Jak trzeba będzie to zadzwonię. -zagroził. -A w ogóle to podrapałabyś mnie po worku? Bo strasznie swędzi.
-No spoko. -odparłam i zrobiłam o co prosić.
-O tak... bardzo dobrze strasznie mnie już swędziało....Wielkie dzięki. -podziękował uśmiechając się szeroko.
-No to my już będziemy się spadać. -rzucił Maciek.
-No ja też, bo renifery na mnie czekają. -powiedział blondyn patrząc na zegarek.
-Pamiętajcie o byciu grzecznym! Jakby co to ja was znajdę! - dodał.
-Pewnie, no to cześć. -rzuciłam robiąc krok w stronę drzwi.
-Nie zapomnij złapać tych co puścili te ploty o Tobie! -dopowiedział Maciek.
Kiedy tylko wyszliśmy na zewnątrz. Powiedział:
-Ja nie mogę! Jaki dziki podryw.
-Jaki podryw? -zdziwiłam się.
-No co Ty Sosna! Podrywali Cię jak nic.
-Ta jasne... podrywali.... -odparłam sarkastycznie i przewróciłam oczami.
-No pewnie!
-I co jeszcze? Może chcieli mój numer?
-Pewnie przy mnie bali się zapytać. -stwierdził i zaśmiał się.
-No wiadomo, bał się mojego chłopaka. - dodałam malując w powietrzu cudzysłów przy słowie „chłopaka”.
-Ja tu pilnuje żebyś nie rozdawała numerów byle komu. -powiedział i szturchnął mnie. -Twój numer mogą mieć tylko takie vipy jak ja. -dodał.
Ruszyliśmy chodnikiem w stronę przystanku rozmawiając. Nagle poślizgnęłam się na lodzie.
-Ej! -usłyszałam. Za nim zdążyłam się wywrócić Maciek chwycił mnie szybko pod rękę. -Uważaj. - dodał uśmiechając się szeroko.
-Strasznie ślisko... mogę się chwycić? -zapytałam z proszącą miną podnosząc się. Widziałam jak lekko się zaczerwienił.
-Spoko.- odparł. Chwyciłam go pod rękę. Zdałam sobie sprawę, że ja też zaczęłam się rumienić. Uciekłam gdzieś wzrokiem na samą myśl. Ale potem jakby o tym zapomniała. Zaczął padać śnieg i zrobiło się ciemno, a ja mocniej przycisnęłam się do niego mocniej. Ulice rozjaśniły świąteczne lampki. Szliśmy w ciszy, ale nie zdawała się niezręczna. Oboje jakbyśmy oddychali tylko inaczej. Uśmiechnięci i zwyczajni.
-Odprowadzić Cię? -zapytał kiedy przystanęliśmy na jego przystanku.
-Nie, naprawdę dzięki. Masz za 2 minuty autobus, sama pójdę. -powiedziałam. Nie chciałam go wyciągać na siłę. Mógł być przecież wcześniej w domu.
-Nie, serio chcę cię odprowadzić. -zaprotestował.
-No skoro się upierasz. -westchnęłam. - To chodźmy.
Uśmiechnął się pełen triumfu. Ruszyliśmy w stronę mojego przystanku. Szybko znaleźliśmy się na miejscu. Nie musiałam długo czekać na mój autobus. Właśnie wtedy cisza stała się inna, niezręczna. Lekko uśmiechnęłam się do niego i zrobiłam krok w stronę drzwi. Delikatnie wysunęłam się spod jego ramienia, a on powoli wypuścił mnie z rąk, ale nie do końca. Kiedy odchodziłam musnął moją dłoń. Gdy poczułam jej ciepło odwróciłam się. Nagle w mojej głowie pojawił się pewien pomysł. Chciałam to zrobić. Właśnie teraz. 
Odwróciłam się i zbliżyłam do niego tak, że dzieliły nas centymetry, a potem się wystraszyłam. Zdrętwiałam. Za blisko. Stanie się coś złego. Nie. 


Pewna niepewność - Rozdział I

Wszystko było gotowe. Zapas coli i popcornu i my rozłożeni na kanapach. Puściliśmy film. Nagle źle się poczułam. Wstałam żeby na chwile pójść do pokoju, ale powstrzymał mnie pytający wzrok Karoliny.
-Niedobrze mi.- powiedziałam prawie bezgłośnie. Przytaknęła, a ja poszłam na górę najciszej jak mogłam. Usiadłam na ziemi i oparłam się o łóżko. Nagle usłyszałam kroki. Do pokoju wszedł Maciek.
-Co tu robisz? -zapytałam.
-Tak przyszedłem. Sprawdzić co z Tobą. -odparł.
-Źle się czuję... zaraz do was przyjdę. -odpowiedziałam pocierając skroń.
-Spoko. -powiedział i uśmiechnął się.- To ja tu sobie na Ciebie poczekam. -dodał siadając obok mnie. Oparłam głowę o jego ramię. Chwilę siedzieliśmy tak w ciszy.
-Lubisz Daniela Craiga jak Jamesa Bonda? -zapytałam próbując nawiązać jakąś rozmowę.
-Hmmm... jest niezły.-stwierdził. -Ale ja bym był lepszy!
Podniosłam głowę z jego ramienia.
-Serio? - zapytałam z niedowierzaniem.
-No jasne. Jestem Bond. James Bond. -odparł udając słynnego szpiega i jego brytyjski akcent.
Zaczęłam się śmiać.
-A może bliżej mi do Neo z matrixa? - głośno się zastanawiał po czym zabrał mi okulary.
-I jak wyglądam? Szkoda, że nie są przeciw słoneczne. Bardziej by pasowały.
Położyłam głowę na jego kolanach.
-A Ty co? - zdziwił się.
-Stąd lepszy widok mam. -skwitowałam uśmiechając się szeroko. Pochylił się żeby założyć mi okulary.
-Au! -powiedziałam gdy trafił mi w ucho.-Może zrobię to sama?
-Nie! Czekaj chwilę! Uda mi się!- zaprotestował. Pochylił się niżej znów próbując.
A potem . Tak jakoś. Tak zwyczajnie, po prostu. Nasze usta się zetknęły. Trwało to sekundę, może dwie. Najdłuższe dwie sekundy w naszym życiu, ale i one miały swój koniec. Czułam rumieńce na policzkach i nasze ciężkie oddechy. Widziałam jego nieokreślone rozchylone wargi, a potem oczy. Wpatrzone we mnie. Z jakąś iskrą schowaną głęboko, ale wciąż neutralne. W jednej chwili oboje odwróciliśmy wzrok. Wstałam i zrobiłam krok do przodu tak, jakby dzięki odległości miało zniknąć to skrępowanie między nami. Spojrzałam w stronę drzwi. Nikogo nie zauważyłam więc trochę mi ulżyło.
-To... - chciałam powiedzieć obracając się w jego stronę, ale nie podnosząc wzroku znad podłogi. Słowa ugrzęzły mi w gardle.
Rozchylił wargi jakby chciał coś powiedzieć, ale tylko odwrócił głowę. W końcu nasz spojrzenia się spotkały. Kiedy to w wreszcie nastąpiło zdawało mi się, że myśli coś zupełnie innego niż chciałby mi powiedzieć. W jego oczach był chaos. Tak jak w mojej głowie. Wstał i ruszył do drzwi, ale zatrzymał się gdy był o krok od nich. Odwrócił się i uśmiechnął za nim wyszedł. Próbowałam odwzajemnić uśmiech, ale chyba nie wyszło mi najlepiej. Słyszałam jego kroki na schodach. Szedł spokojnie, więc nie przestraszyłam się. Znaczy, że nie uciekał. Opadłam na łóżko. Próbowałam się uspokoić. Zaczęłam spacerować po pokoju mimo że nogi zdawały się mnie nie słuchać. Próbowałam je na swój sposób przywrócić do porządku. Przystanęłam przed lustrem.
-Przecież nic się nie stało. Raz się pocałowaliście. Nic wielkiego. -wyszeptałam do swojego odbicia. Zamknęłam oczy i zrobiłam głęboki wdech. - Po prostu nic się nie stało. -dodałam uśmiechając się. I zaczęłam w to wierzyć. Rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu okularów. Położył je na łóżku. Założyłam je i zeszłam na dół. Po drodze słyszałam ich śmiech i rozmowy, w tle muzykę z filmu. Spędziłam miły wieczór,w którym oglądnie filmów,śmiech z przyjaciółmi i wygłupy przeplatały się ze spotkaniami naszych spokojnych, można by powiedzieć prawie pustych, spojrzeń.


***


-To my się zbieramy. Za 7 minut autobus! -ponaglił ich Damian. Z prędkością światła pochłonęli ostatnie kanapki i zaczęli się ubierać od wyjścia. Obserwowałam ich siedząc na schodach z kubkiem herbaty.
-Fajnie było. Trzeba to powtórzyć! - komentowali. Kiedy żegnałam się z nimi w drzwiach. Zauważyłam, że Maciek wciąż stoi obok. Spojrzałam na niego pytająco. Jednak dobrze wiedziałam o co chodzi.
-To był świetny wieczór. -stwierdził.
-Zupełnie zwyczajny wieczór z przyjaciółmi. -dodałam. Trochę jakbym chciała nas oboje uspokoić.
-Właśnie. -uśmiechnął się lekko. Zdawał się , w odróżnieniu ode mnie, wcale o tym nie myśleć. 
-Idź bo się spóźnisz. -przypomniała mu.
-To do zobaczenia. - pożegnał się i ruszył w stronę Karoliny i Damiana.

- No to cześć! - krzyknęłam machając im. Jeszcze raz odwrócił się i uśmiechnął. Ja zrobiłam to samo. Próbowałam go jakby naśladować. Wyglądał tak jakby nic się nie stało jakby wymazał to z pamięci. Ja tego nie umiałam. 

15.06.2014

Arystokrata - Rozdział VI

-Hej. -przywitałam się z Zuzą. Pracowała w mojej ulubionej kawiarni. Bywam tu tak często, że już zdążyłyśmy się dobrze poznać. Właśnie postanowiłam spędzić tu kolejne popołudnie.

-No hej. -odpowiedziała z uśmiechem. Dziś wyglądał on jednak inaczej niż zwykle, ale na początku nie zwróciłam na to uwagi.-To co zawsze, dobrze? -poprosiłam.

-Nie dzisiaj kochana. -odparła nie mogąc się już opanować i uśmiechając się szeroko. Obrzuciłam ją pytającym spojrzeniem. Ona ruchem głowy wskazała mi kąt gdzie zwykle przesiadywałam. Gdy tylko zobaczyłam o co jej chodzi myślałam, że zwarjuję. Pił kawę przy moi stoliku! Jak on w ogóle śmiał tam usiąść? Dobrze wie, że to moje miejsce! Chciałam od razu podejść i powiedzieć mu co myślę o "przypadkowych" spotkaniach ze mną, a co dopiero o zajmowaniu mojego miejsca w mojej kochanej kawiarni. Już chciałam wdrożyć mój brutalny plan uświadomienia go w tych sprawach w życie, jednak głos Zuzy szybko wytrącił mnie z rozkosznych rozmyślań na ile sposobów mogę go z tamtąd (najlepiej boleśnie) wyrzucić.

-Zamówił Ci duże cappuccino z podwójną pianką i czekoladą. - chciałam w tym momencie głośno zaprotestować, ale od razu mi przerwała i jedyne co zdążyłam z siebie wydać to wymowne westchnienie.

-Powiedział też, że będziesz protestować, więc kazał mi wcisnąć Ci ją bez pytania. - to mówiąc podała mi kawę. Zamówił mi kawę, no po prostu świetnie... Ciekawe co będzie dalej. Zaprosi mnie może do kina? Na nieco za dużo sobie pozwala. Raz kupił mi kawę, ale miał już tego więcej nie robić. 

-Wszelki opór będzie nie skuteczny. -dodała jeszcze krzyżując ręce na piersi. Zuza spojrzała na mnie badawczo czekając aż wezmę kubek do ręki. Ani myślała mi odpuścić. Zwykle nie piję takiej kawy, ale postanowiłam zrobić wyjątek. Wiedziałam, że jej nie przekonam jak na coś się uprze.Taka jest Zuza, jej zdania nie zmienisz. Szczególnie jeśli chodzi o moje kontakty z facetami. Uważa, że powinnam kogoś wreszcie poznać,a on najwyraźniej wywarł na niej dobre wrażenie. Rzadko kiedy zachowuje się aż tak stanowczo.

-Wygrałaś Zuza. -powiedziałam po chwili biorąc cappuccino z lady i patrząc na nią zrezygnowanym wzrokiem. Ruszyłam w jego stronę.

-Ekhem! -odchrząknęłam znacząco stając nad nim.

-O, witam. -odparł niewzruszony mimo mojego piorunującego spojrzenia. -Czyżbyś chciała się dosiąść? -zapytał. Nie czekałam na żadne pozwolenie z jego strony i zajęłam miejsce na przeciw niego.

-Można wiedzieć co tu robisz? No i dlaczego zamówiłeś mi kawę? -zapytałam od razu.

-Czekam na Ciebie. A kawa jest taki małym prezentem żebyś się zgodziła.-powiedział opierając się o stolik i pochylając w moją stronę dorzucając do tego swój tajemniczy uśmiech. Skąd wiedział, że tu teraz przyjdę? Jestem aż tak przewidywalna? I na co miałabym się niby zgodzić? Coraz więcej niespodzianek tego dnia wcale nie poprawiało mi humoru.

-A teraz będę się cieszył, że poświęcasz mi swój jakże cenny czas. -powiedział uśmiechając się szarmancko. Przeczesał ręką gęste zmierzwione włosy. Chwilę przyglądaliśmy się sobie, a ja nie mogłam już się powstrzymać i odwzajemniłam jego uśmiech. Nagle zauważyłam, że coś za mną przykuło jego uwagę. Nawet nie musiałam się odwracać żeby dowiedzieć się komu się przyglądał.

-Hej. -usłyszałam jej głos. Znów Wiktoria. Czy ona mnie prześladuje? Czemu nagle zaczynam na nią co chwilę wpadać? To naprawdę stawało się męczące!

-Cześć. -odpowiedzieliśmy oboje.

-Będziesz dzisiaj? -zapytała go posyłając mu ten swój sztucznie miły i pełen ciekawości uśmiech.

-Na pewno, śmiesz w to wątpić? -odparł udając wyluzowanego.-Mam nadzieję, że znalazłeś sobie parę. Przecież nie możesz przyjść sam. -powiedziała z udawaną troską.

-Zawsze mam z kim przyjść Wiki. Wiesz, że nie lubię bawić się sam. Muszę dać komuś tę przyjemność zabawy w moim towarzystwie. -rzucił żartobliwie będąc tak pewny siebie jak to tylko możliwe.

-Zdradzisz mi jaką dziewczynę zaprosiłeś? -zapytała. Jego wzrok z niej przesunął się na mnie. Zauważyłam w nim trochę kpiny co ,nie powiem, trochę mnie zirytowało.

-To tajemnica. -rzucił z uśmiechem i popatrzył mi w oczy.Obrzuciłam go wściekłym i pytając spojrzeniem.Że niby ja miałabym się gdzieś z nim pokazać?! Co on sobie wyobrażał? Nagle dowiaduję się, że idę z nim na jakąś imprezę nie pytając mnie o zdanie. Teraz to przesadził. Jeszcze jedna niespodzianka tego dnia. Im więcej ich było tym bardziej miałam ochotę zamknąć się domu i już z niego nie wychodzić. Każda kolejna była coraz bardziej wkurzająca. Moje rozmyślania przerwała wciąż stojąca nade mną Wiktoria:

-Szkoda, tylko żebyś nie przyszedł sam. -zapytała uśmiechając się sztucznie tak szeroko jak tylko potrafiła. Nawet lalka barbie uśmiecha się prawdziwiej od niej. Jego i moje spojrzenie spotkały się na dłuższą chwilę. Spiorunowałam go wzrokiem, ale on wciąż patrzył na mnie spokojnie i pogodnie. Wiedziałam, że się nie odezwie. Pytanie padło do mnie i jeśli teraz to potwierdzę to tak jakby w ogóle nie przeszkadzało mi to co dziś robi, ale co jeśli bym zaprzeczyła? On chyba od początku wiedział jak to się wszystko potoczy. Podniosłam wzrok na wpatrującą się we mnie Wiktorię. Wyglądała jakby tylko czekała na tę kompromitację. Nie mogłam od tak dać jej tak po prostu wygrać. Nawet jeśli koszty wkurzenia jej są jakie są, a wiedziałam co powiedzieć by doprowadzić ją do białej gorączki.

-Nie ma takiej opcji. -rzucił jakby to była oczywista oczywistość.-Mam nadzieje, że Ty nie idziesz sama, co? -dodał udając troskę. Przez jego twarz przemknął ledwo zauważalny uśmiech zwycięstwa.

-O mnie sie nie martw, mam z kim iść. -odparła słodko jak to ma w zwyczaju.

-Ciekawe kto tym razem będzie się z Tobą świetnie bawił. -odparł z lekko nuta sarkazmu.

-Zobaczysz. -odpowiedziała i uśmiechnęła się do niego tajemniczo. Mogła udawać jak tylko chciała, ale ja wiedziałam swoje, była wściekła. Oj, czyżby nieudana intryga? Przykro mi... a nie, jednak nie.

-W takim razie do zobaczenia. -powiedziałam posyłając słodki uśmieszek i machając jej delikatnie ręką na pożegnanie. Spojrzała na mnie zirytowana. Przyznam, że chciałam się jej pozbyć. Wkurzała mnie jak nic na tym świecie.

-No to cześć. -pożegnała się skwapliwie i powoli odeszła uśmiechając się miło. Czekałam aż tylko wyjdzie.

-Mam nadzieje, że masz jakieś dobre wytłumaczenie tego co się stało, bo chcę je teraz usłyszeć. -oznajmiłam zdecydowanym tonem.

-Z czego miałbym się tłumaczyć?-odparł zadowolony z siebie.-Idziesz ze mną na imprezę i już.-dodał uśmiechając się.

-Nigdzie z Tobą nie idę! - zaprotestowałam.

- Nie wydaję mi się. -posłał mi szarmancki uśmiech.- A może chcesz zgadnąć gdzie idziemy? -zapytał śmiejąc się cicho. Westchnęłam zrezygnowana.

-Nie żartuj, dobrze? Mów o co chodzi!

-Znasz Roberta?

-Nie, no pierwsze słyszę. -odparłam sarkastycznie. -Pewnie, że znam kretynie. -dodałam przewracając oczami i uśmiechając się delikatnie mimowolnie. Jego nie da się nie znać. To tak jakby nie wiedzieć kto to jest Madonna. Najpopularniejszy chłopak w tym mieście,a przy okazji najbardziej nadziany. Mieszka w najlepszej dzielnicy (kiedyś kilka domów od Ryana Goslinga!!! rozumiecie to? Sam Ryan! Matko ile dziewczyny by dały za coś takiego... ). Przy okazji jego ojciec obraca się wśród niezgorszego towarzystwa, więc chłopak ma nieźle. Jego ojciec pracował z  wieloma ważnymi ludźmi na tym świecie. Generalnie Robert to była elita w moim świecie , w naszym świecie. Chłopak siedzący przede mną żył w tym samym świecie, to trochę tak jakby był taki trochę wspólny... Zacisnęłam powieki i skarciłam się w myślach. Jaki nasz? Nie mamy ze sobą nic wspólnego. Nie licząc tego, że oboje mamy problemy z Wiktorią. "Nie tylko..." przemknęła przez moją głowę nie pozorna myśl.

-W ten piątek robi małą imprezę z pewnej okazji. Rozumiesz chyba, że oboje musimy tam być. -wyjaśnił.

-Niestety... -westchnęłam. Na śmierć zapomniałam o tej imprezie. Wyleciała mi zupełnie z głowy. Jak ja mogłam o tym zapomnieć... Przecież przedwczoraj Zuza mi o niej przypominała! O czy  ja myślałam przez ten cały czas? Na pewno nie o nim i jego idiotycznym zachowaniu. Postanowiłam jednak nic po sobie nie poznać.

-A co jeśli pójdę sama? -rzuciłam.  Zauważyłam w jak w jego oczach coś 

przemknęło, ale nie mogłam nazwać tego strachem, że przegra tym razem. To było bardziej jak niepokój.

-A dlaczego miałabyś to zrobić? -powiedział i spojrzał mi w oczy pochylając się bliżej mnie. Jego błękitne spojrzenie zetknęło się z moim, ciemno czekoladowym. Jakby niebo spotkało się z ziemią. Zniknęła arogancja, dystans... Prosty wybór. Mogę tak po prostu odmówić lub dobrowolnie się zgodzić. Przez ten krótki moment patrzeliśmy na siebie inaczej. Tak zwyczajnie. Nagle oboje się uśmiechnęliśmy. 

-Nie wiem... -odparłam prawie szeptem. Zobaczyłam jak jego oczy się śmieją.

-Może z Tobą pójdę.-dodałam zastanawiając się głośno. Swój wzrok wlepiłam w ludzi z oknem w cichym zamyśleniu. Nasza gra stawała się czasem nawet interesująca. Poczułam jak jego dłoń muska moją. Jedynie przelotny dotyk, nic więcej, ale ja poczułam zimny dreszcz przeszywający moje ciało. Uśmiechnął się triumfalnie. 

-Nie myśl, że się zgodziłam. -rzuciłam mu z pogardliwym spojrzeniem.

-Ale nie powiedziałaś też nie. -odparł. Miał jakoś chory plan czy jak? Nie zamierzałam nad tym myśleć, jak również iść z nim na tę imprezę. -Nigdy nie chodzę na imprezy sam i to się nie zmieni tak szybko.

-Szybciej niż myślisz. -powiedziałam lekko rozbawiona. Dopiłam ostatni łyk kawy.

-Ja zawszę chodzę sama. -rzuciłam szeptem i ruszyłam do drzwi.

-Już nie długo. -szepnął uśmiechając się pewnie.