16.01.2014

Sick Love 3

   -Sorki stary, głupio wyszło-zagadnął Nate'a Dave, kiedy ten wrócił z toalety.
-Spoko. Pewnie też bym tak zareagował, gdybym nie był gejem i umawiał się z Rose-wyszczerzył się pielęgniarz, przez co zarobił kuksańca w bok. Jednocześnie zarumieniłam się, przez co uśmiechnął się jeszcze szerzej.
-Nate, my się nie...
-Daj spokój Promyczku. Wiem co mówię-przerwał mi.
-Cóż, jakby nie było, jest o co być zazdrosnym-chłopcy zmierzyli mnie wzrokiem, szczerząc się jak debile.
-Ogarnijcie się-mruknęłam dalej czerwona, odwróciłam się od nich i odeszłam do wcześniej zajętego stolika. Założyłam nogę na nogę i skrzyżowałam ramiona na piersi.
  Chłopcy tylko zarechotali i dosiedli się do mnie.
-Och, zamknijcie się- burknęłam, chociaż ich śmiech był coraz bardziej zaraźliwy.-A poza tym to od kiedy jesteście takimi przyjaciółmi?
-Od teraz-powiedzieli w tym samym momencie, co wywołało jeszcze większy wybuch śmiechu.
 O matko,pomyślałam.Już wiem jak się czuli Alisson i Nate rano..
-Idę coś zamówić, chcecie coś?-wstałam od stołu i wyciągnęłam portfel z torebki.Pokręcili głowami
-Pójdę z tobą-zaoferował Dave, ale pokręciłam głową.
-Pogadajcie sobie. Albo pośmiejcie się razem. Co tam chcecie. Zaraz wracam, skoro nic nie chcecie.
 Podeszłam do jednej z knajpek i zamówiłam sobie colę. Czekając aż sprzedawczyni wyda mi resztę, spojrzałam na brunetów.Raz po raz wybuchali śmiechem. Uśmiechnęłam się do siebie widząc, że dobrze się dogadują. Odebrałam należne pieniądze i wróciłam do stolika.
 Jak tylko usiadłam, zapadło milczenie. Dopiero po chwili zobaczyłam,  jak chłopcy co chwila wymieniają spojrzenia.
-Co jest? Jestem brudna?-zapytałam zdezorientowana.
-Nie, czemu?-zaprzeczył Nate z wrednym uśmieszkiem.
-Obgadywaliście mnie-zmrużyłam gniewnie oczy domyślając się prawdy.
-Żartujesz sobie z nas?! Nie odważylibyśmy się!
  Nie uwierzyłabym w to, nawet gdybym nie widziała dalszej  wymiany spojrzeń.
 Przewróciłam oczami  i napiłam się coca-coli.
-Robisz w tym roku imprezę urodzinową?-zapytał znienacka mój przyjaciel.
-Nie wiem jeszcze-wzruszyłam ramionami-Ciągle się zastanawiam.
-No ale wiesz, że za dużo tego czasu nie masz?Twoje urodziny są  za dwa miesiące-powiedział Nate nie zdając sobie sprawy, jak dwuznacznie to brzmi w moim przypadku.
-Zapytaj mnie za miesiąc, może ci odpowiem.
-A żebyś wiedziała, że to zrobię!-uśmiechnęłam się w odpowiedzi, a jednocześnie spojrzałam na zegarek; była siedemnasta.
-Dobra chłopcy, chyba muszę się zbierać. Muszę iść do..dentysty-skłamałam, na co Nate uniósł brwi ze zdziwienia: wiedział, że mam wizytę u lekarza.
-Odwiozę cię do tego.. dentysty-powiedział pielęgniarz.
-Dzięki, wystarczy jak zawieziesz mnie pod dom-wstałam od stołu, a moi towarzysze zrobili to samo.
-Miło było cię znów spotkać-Dave ukazał rząd śnieżnobiałych zębów.Podszedł do mnie i powoli pocałował mnie w policzek. Jak tylko jego usta dotknęły mojego policzka, poczułam dreszcze na całym ciele.
-Do zobaczenia Rose-wyszeptał, po czym podszedł do drugiego bruneta i uścisnął mu dłoń. Potem odszedł w jakimś kierunku, aczkolwiek zważywszy na moje palpitacje serca nie zarejestrowałam gdzie.Stałam po prostu oniemiała , nie mogąc się ruszyć.
Pielęgniarz tylko westchnął i objąwszy mnie ramieniem, zaprowadził do swojego samochodu.
 Gdy już ruszyliśmy, odezwał się:
-Promyczku...myślę, że powinnaś mu powiedzieć-spuściłam głowę w dół.
-Ja..wiem. I powiem mu..tylko nie wiem kiedy...
-Promyczku...
-Nate, proszę. Zaufaj mi. Powiem mu, tylko na razie nie chcę. Nie jestem gotowa.
-A kiedy będziesz? Czy w ogóle mu powiesz? A może dowie się dopiero po fakcie?!-zapytał ostro.
 Wciągnęłam ze świstem powietrze, czując nieprzyjemne uczucie w brzuchu. Brunet spojrzał na mnie i uświadomił sobie co powiedział.- Rose...przepraszam, nie to miałem na myśli...
-Spoko, nic się nie stało-próbowałam się uśmiechnąć, ale średnio mi to wyszło.
-Promyczku, kochanie...wiesz, że musisz mu powiedzieć-tym razem jego głos był łagodny. Podniosłam w końcu głowę.
-Wiem. I to zrobię, naprawdę/
-Kiedy?
-W moje urodziny, obiecuję-Nate kiwnął głową, chociaż nie wyglądał na szczególnie przekonanego. Resztę drogi przebyliśmy w milczeniu.
 Kiedy wychodziłam z  samochodu rzucił jeszcze:
-Trzymam cię za słowo, Promyczku. I pamiętaj, że cię kocham. Daj znać po wizycie.
-Ja ciebie też- tym razem uśmiech mi wyszedł.
    Zamknęłam drzwi i pobiegłam do domu.
-Już jestem!-krzyknęłam.
- Nie drzyj ryja!-warknął mój brat przechodząc obok.
-Spadaj. Są rodzice?
 Paul nawet na mnie nie spojrzał. Wydałam z siebie odgłos frustracji.
 Na szczęście przed dożywociem za morderstwo uratowała mnie Cassie.
-Pojechali do sklepu godzinę temu. Mama kazała ci powiedzieć, że masz być gotowa jak wrócą, bo od razu jedziecie do szpitala.
 Podziękowałam jej grzecznie i poszłam do pokoju. Usiadłam na łóżku i sięgnęłam po niedokończone zadanie z matmy. Jakimś cudem doznałam olśnienia i po pięciu minutach miałam rozwiązane zadanie.
 Uśmiechnęłam się do siebie z dumą. Wiedziałam, że gdybym poprosiła Cassie, na pewno pomogłaby mi, ale chciałam poczuć się mądra. Poza tym traktowałam ją jako ostatnią deskę ratunku-co innego Paul. On sięgał po jej pomoc przy najprostszych zadaniach; jednym słowem wykorzystywał ją. A ona nie miała nic przeciwko temu, lubiła, ba!, kochała się uczyć.
  Odłożyłam zeszyt z mojego "ukochanego" przedmiotu i wzięłam  książkę, ale nie potrafiłam się na niej skupić.
 Bałam się tej wizyty u lekarza, z każdą minutą coraz bardziej. Dziś mieliśmy otrzymać wyniki ostatnich badań, i jeśli wyszłyby pozytywnie zostałabym zakwalifikowana do dalszego leczenia. W przeciwnym wypadku... Modliłam się, żeby wyszły dobrze, ale jednocześnie słyszałam słowa Nate'a, co prawda wypowiedziane niechcący, ale zawsze...
" A może dowie się dopiero po fakcie?!"
Po fakcie....
Nie myśl o tym!-skarciłam się w myślach. Potrząsnęłam głową i zerwałam się z łóżka. Zeszłam na dół, ale nie mogłam znaleźć sobie miejsca ani w kuchni, ani w salonie. W końcu Paul się wkurzył:
-Czy ty masz owsiki w dupie?!-wrzasnął.- Weź ogarnij hormony!
-Odwal się-odwarknęłam, bardziej z przyzwyczajenia niż zdenerwowania.
 Nagle drzwi otworzyły się i do domu weszli rodzice obładowani zakupami. Paul szybko pomógł im zanieść torby do kuchni.
-To co?-mama spojrzała na mnie,a w jej oczach dostrzegłam zaniepokojenie, troskę, strach o mnie.-Jedziemy?

***

     Już od dziesięciu minut siedziałyśmy u onkologa w szpitalu, który gadał jakimiś niezrozumiałymi terminami.
 Rozejrzałam się po gabinecie- drzwi znajdowały się w prawym rogu. Naprzeciwko stały trzy regały pełne jakiś książek, segregatorów i innych dupereli.
 Bliżej lewej ściany, na środku stało duże, szklano-metalowe biurko, wokół którego stały trzy krzesła-dwa dla pacjentów i jedno krzesło dla niego po drugiej.
  Gdy siedzący spojrzał w prawo mógł przez okno zobaczyć dziedziniec szpitala. Pod oknem stała czarna kanapa.
 Na wszystkich ścianach porozwieszane były jakieś dyplomy i certyfikaty.
 Mój wzrok spoczął na blacie biurka. Leżały na nim porozwalane papiery, był komputer,a obok monitora ramka ze zdjęciem.
-Panie doktorze, nic nie rozumiem-przerwałam mu, na co on spojrzał na mnie ze smutną miną.-Proszę przejść do rzeczy!
-Rose..pani Cutting..Rose się nie kwalifikuje do leczenia...Jej choroba nagle zrobiła ogromne postępy, nowotwór bardzo szybko opanował inne narządy..
Skierowałam na niego nic nierozumiejący wzrok.
-Co?-wykrztusiłam po chwili milczenia
-Ja...Rose, nic nie możemy zrobić. Przykro mi...
Spojrzałam na niego, jak na chorego psychicznie.
-Przykro panu? Przykro?! Ja umieram, a pan mi mówi, że panu przykro?!-podniosłam głos, byłam wściekła.
-Rose...-próbował coś powiedzieć, ale mu przerwałam.
-Zamknij się! Nie chcę tego słuchać!-zerwałam się z krzesła, złapałam torebkę i wyszłam z gabinetu mocno trzaskając drzwiami. Skierowałam się do wyjścia. Kiedy byłam w recepcji, moja furia zaczęła się przemieniać w inne uczucie. Rozpacz.
 Kiedy zobaczyłam Nate'a stojącego w recepcji i rozmawiającego z koleżanką z pracy nie wytrzymałam. Wybuchnęłam głośnym szlochem, zwracając na siebie uwagę wszystkich. Mój przyjaciel spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
-Promyczku? Co się...-zanim skończył zdanie odwróciłam się na pięcie i pobiegłam w na schody przeciwpożarowe, do zupełnie innej części szpitala.
 Gdy do nich dotarłam usiadłam na jednym z nich i płakałam. Chciałabym powiedzieć, co czułam w tamtym momencie, ale czułam tylko...pustkę.
Zero bólu.
Zero smutku.
Nic. Pustkę.
 Nagle poczułam silne, męskie ramiona obejmujące mnie delikatnie. Podniosłam głowę, jednak nie widziałam nic przez łzy.
-Promyczku, kochanie, co się stało?-wyszeptał łagodnie Nate. Pokręciłam głową, nie mogąc mu odpowiedzieć.-Hej, mała...
  Nagle, chyba przypominając sobie o mojej wizycie u lekarza wciągnął gwałtownie powietrze. Poczułam jak sztywnieją mu mięśnie.
-O Boże....-wyszeptał.-Nie. Nie, tylko nie to.Błagam, nie...
  Poczułam kolejną falę łez.
 Nie mogłam w to uwierzyć. Nie chciałam. Niby wiedziałam, że taka opcja jest możliwa, ale...kto normalny przy zdrowych zmysłach jest przygotowany na wiadomość o własnej śmierci? No kto?! Ja na pewno nie byłam.
 Zadawałam sobie pytanie: czemu ja? Czemu mnie to spotkało, skoro na świecie jest tyle złych ludzi... Dlaczego umierają osoby niczemu winne?Dzieci, nastolatki...czemu?
  Wspomnienia pojawiały się w mojej głowie w oka mgnieniu i tak samo szybko znikały. Ale jedno pozostawało.

" Był styczeń, tydzień po Nowym Roku. Szkoła już się zaczęła . Rose właśnie kończyła swój lunch w pośpiechu, żeby zdążyć przebrać się przed wf'em. Dzisiaj mieli na zajęciach biegać-coś co szesnastolatka kochała. 
 Wepchnęła ostatni kęs kanapki do buzi, zerwała się z krzesła. Pożegnała się z przyjaciółmi, bo jako jedyna miała na tej lekcji wf i szybko pobiegła w stronę szatni.
 Pięć minut później była już gotowa, by ćwiczyć. Jak się okazało, miały dziś zajęcia na bieżni za szkołą. Było zimno, ale Rose to nie przeszkadzało.
-Okej dziewczyny, rozgrzejcie się i zaczynamy biegać-krzyknęła w ich stronę nauczycielka wf'u i trenerka szkolnej drużyny lekkoatletycznej.Brunetka starannie rozgrzała wszystkie mięśnie, nie chcąc doznać żadnej kontuzji i ustawiła się w szeregu razem z innymi dziewczynami.
Gdy już wszystkie stały w rzędzie, nauczycielka oznajmiła:
-Na początku zróbcie dwa duże kółka wokół bieżni. Jak będziecie gotowe, poćwiczymy sprint.
 Rose poczekała na dany sygnał i ruszyła. Prawie od razu wysunęła się na prowadzenie, choć kilka dziewczyn próbowało ją przegonić. Dziewczyna jednak odłączyła się ze świata-jak zawsze kiedy biegała. Zawsze wtedy oczyszczała umysł ze zbędnych emocji, wspomnień. Kochała ten stan.
  Jednak podczas drugiego kółka poczuła, jak kręci jej się w głowie, więc zwolniła. Szybko jednak jej przeszło, więc wzięła się w garść i przyśpieszyła. Na metę dotarła oczywiście pierwsza. Nie było w szkole dziewczyny, która by była od niej szybsza. Rose była z tego powodu bardzo z siebie dumna-przynajmniej w jednej rzeczy była najlepsza
 -Świetnie Rose, trzymaj tak dalej, a na kolejnych zawodach nikt cię nie prześcignie!-ucieszyła się trenerka.-A teraz sprint na 100 metrów
 Kobieta podzieliła dziewczyny na grupy i kazała pierwszej się ustawić na starcie. Rose była w czwartej grupie, najlepszej, składającej się z dziewczyn należących do kadry. 
 Gdy nadeszła ich kolej, brunetka była naładowana adrenaliną, mimo że to były tylko ćwiczenia.
 Ustawiła się na starcie i czekała na sygnał trenerki. Gdy tylko usłyszała dźwięk gwizdka, wystartowała. Mimo, że cały bieg trwał bardzo krótko, Rose zdawało się to trwać całą wieczność. Słyszała każdy swój oddech, każde uderzenie serca. Skoncentrowała się na wygranej i nie patrzyła na rywalki. 
 Na mecie była pierwsza. Znowu, po raz kolejny, jak zawsze. Tylko, że nie czuła się jak zawsze. Tym razem cały świat wirował jej przed oczami, rozmazywał się. Poczuła jak robi jej się słabo. Potem nie czuła nic.

~~~~
 Dwie godziny później siedziały z mamą w gabinecie lekarza, czekając na wyniki badań. To, co usłyszały, przerosło ich najśmielsze oczekiwania. Nie tego się spodziewały, myślały , że to przez zbytni wysiłek fizyczny, a nie przez...nowotwór. 
 Doktor powiedział, że trzeba zrobić dokładniejsze badania, ale jedno wiedziała na pewno. Była zmuszona skończyć ze sportem, dla własnego dobra. I rozumiała to. Wolała do wyleczenia odpuścić, a po pokonaniu choroby wrócić. Lekarz mówił, że ma szansę na leczenie. Że jest szansa. Że może pokonać chorobę. Że będzie żyć....."


     Nie wiem, ile czasu tak siedzieliśmy. Wystarczająco długo, by zdać sobie sprawę, że mama pewnie mnie już czeka.Zabawne...pierwszą świadomą myślą po usłyszeniu o nieuniknionej śmierci było to, że mama na mnie czeka...Nie wiem czemu.Chyba po prostu zwątpiłam w słowa lekarza. Nie wiem. Po prostu nie przyjęłam tego do wiadomości.
  Jednak mój organizm sam reagował-mięśnie miałam napięte, a łzy same spływały z moich oczu. W końcu jednak ruszyłam się, by wytrzeć mokre policzki. Przypomniałam sobie, że Nate był tu ze mną, trzymał mnie w objęciach. Spojrzałam na niego-podejrzewam, że do niego to już dotarło, bo wyglądał...cóż, okropnie. Cały zasmarkany, zalany łzami.
 -Muszę iść. Mama będzie się martwić-wychrypiałam. Nate się ocknął, kiwnął głową i wstaliśmy. Od razu złapał mnie za rękę, co wywołało napływ łez do moich oczu. Nie pozwoliłam im jednak spłynąć. Weszliśmy do środka szpitala , czego już po chwili żałowałam. Od razu wpadłam na mamę. Ona również wyglądała okropnie-rozmazał się jej cały makijaż, co nieskutecznie próbowała naprawić. Spojrzała na mnie ze łzami w oczach i rzuciła mi się w objęcia.Przytuliłam się do niej mocno i znów poczułam, jak moje oczy wilgotnieją. Znów się powstrzymałam. Nienawidziłam tego, płakania przy ludziach. Nawet przy bliskich. Nienawidziłam okazywania jakichkolwiek słabości...Nawet przy Lisie...
 W końcu mama mnie puściła, a ja powiedziałam tylko:
-Chodźmy już stąd.
 Nate postanowił dyskretnie zniknąć, bo nigdzie go nie było. Szybko z mamą poszłyśmy do samochodu. Jak na złość, w radiu leciało akurat "Tears in heaven" *. Mama szybko wyłączyła radio, ale ja czułam wielką gulę  gardle. Wystarczyła jedna piosenka, a ja czułam się...jakbym się właśnie dowiedziała, że nie dożyje 20.
   Modliłam się, żebyśmy już dojechały. Wiedziałam, że już długo nie wytrzymam...Przez łzy nic już nie widziałam, ale mimo to przytrzymywałam je...W końcu samochód się zatrzymał na dobre, a ja nie oglądając się za mamą, wyskoczyłam z niego i pobiegłam do domu. Głośno trzasnęłam drzwiami, mimo że nie miałam takiego zamiaru.
-I co tam Rose?-zapytała Cassie stając tuż przede mną, ale zręcznie ją wyminęłam i wbiegłam po schodach, do mojego pokoju. Zamknęłam cicho drzwi i...nie wytrzymałam dłużej. Wraz z zamknięciem tych drzwi, dotarła do mnie prawda. Podeszłam do łóżka, ale nie usiadłam na nim. Osunęłam się na podłogę i złapałam za głowę.
-Dlaczego?-wyszeptałam sama do siebie. Bo do kogo? Do Boga? Nawet nie byłam pewna czy istnieje. A już na pewno nie w tej chwili...-Dlaczego?-powtórzyłam.
 I siedziałam tam na tej podłodze, szlochając i zastanawiając się co ja takiego zrobiłam, że muszę umrzeć. To nie było sprawiedliwe, nie. Na świecie było tylu złych ludzi, a musiałam umrzeć akurat ja. Dlaczego?! Co ja takiego zrobiłam? Nie zabiłam przecież człowieka, nigdy nic nie ukradłam. A mimo to, miałam pożegnać z wszystkimi, których kochałam, ze wszystkim, co kochałam.
  Wiem, że to banalne. Wielu ludzi codziennie zadaje sobie te same pytania co ja. Ale co innego pozostaje nam do zrobienia?
 Nagle drzwi otworzyły się cicho. Szybko otarłam łzy i warknęłam:
-Puka się!
 Jednak kiedy, po raz pierwszy w życiu, zobaczyłam Paula zapłakanego, zapomniałam o tym, że znów nie zapukał.  Podszedł do mnie i usiadł obok. Siedzieliśmy tak chwilę w ciszy, a potem Paul wybuchnął płaczem. Złapał się za głowę i po prostu płakał. Czując, że zaraz i ja wybuchnę, gwałtownie go do siebie przygarnęłam. Tuliłam go do siebie jak małe dziecko, mimo że to ja powinnam być pocieszana. Ale nie miałam mu tego za złe. Trochę go rozumiałam...Po wszystkim oni z tym zostaną. Ze świadomością, że mnie już nie ma. Będą musieli z tym żyć, dzień w dzień. A ja...cóż, cokolwiek się ze mną stanie, nie będę musiała sobie tym zawracać głowy...
  Paul się w końcu uspokoił, odchrząknął i odsunął się ode mnie. Wstał i podszedł do drzwi.
-Przez ciebie czuję się niemęski-rzucił i zniknął. I mimo mojego nastroju, parsknęłam śmiechem. Taak,będzie mi brakowało tych jego "żartów". O ile można tak powiedzieć. Nim zdążyłam zacząć o tym rozmyślać, do mojego pokoju weszła kolejna osoba-Cassie.
 Ona nic nie powiedziała. Nie ruszyła się. Po prostu tam stała i patrzyła się na mnie, a ja na nią. Za to jej oczy...w nich widać było wszystko. Gdy się w nie patrzyło, widać było wszystkie uczucia:ból, niedowierzanie...aż nazbyt dobrze rozumiała, co się stało albo co się dopiero stanie. Rozłożyłam ręce, a ona szybko do mnie podbiegła. Wpadła w moje objęcia z taką siłą, że aż się położyłam. Cassie ułożyła się na moim ramieniu i tak leżałyśmy.
-Ile?-zapytała tym swoim dziecinnym głosikiem, uświadamiając mi, że nawet nie wiem ile mi zostało. Może  to i lepiej...Może gdybym wiedziała, byłoby gorzej?
-Nie wiem-wyszeptałam.
-Nie chcę, żebyś...nie zostawiaj mnie tu z Paulem-pisnęła. Nie odpowiedziałam na to-nie mogłam. Miałam ściśnięte gardło  'Ja też nie chcę Cass. I gdybym miała wybór, zostałabym, naprawdę.'-odpowiedziałam w myślach. Ona chyba jakimś cudem zrozumiała, bo kiwnęła głową potakująco. Albo tylko mi się wydawało...
-Kocham cię-wyznała moja młodsza siostra.
-Ja ciebie też,mała.
-Ej!-oburzyła się i podniosła gwałtownie.-Nie jestem mała!
-Jesteś, pogódź się z tym. Paul mówi "mała" na mnie, a ja na ciebie. Przywyknij-uśmiechnęłam się. Cassidy jeszcze chwilę udawała obrażoną, ale zaraz się rozchmurzyła. Przytuliła się jeszcze raz i wyszła z pokoju, zostawiając mnie samą. Rodzeństwo trochę poprawiło mi humor, co sprawiło, że postanowiłam zejść na dół, do salonu. Jednocześnie usłyszałam wołanie mamy na kolację.
  To po niej odziedziczyłam siłę. Mama się nigdy nie poddawała i zawsze starała się patrzeć na pozytywne aspekty życia. Zawsze też uważała, że najlepszym sposobem na wszystko jest wspólny posiłek.Dlatego tak je sobie ceniła. Weszłam do jadalni i zobaczyłam na stole pizzę. Zdziwiłam się, bo mama nigdy nie zamawiała pizzy, zawsze ją sama robiła. Jak to zrobiła w tak krótkim czasie? Spojrzałam na zegarek i otworzyłam szerzej oczy- była dwudziesta.
 -Siadaj Rosie-powiedziała mama. Posłuchałam jej, a wkrótce dołączyli się wszyscy domownicy. Wzięłam pierwszy kawałek, ale nie smakował tak dobrze jak zawsze. Chyba nikomu nie smakowało.  Tacie to już w ogóle. Nawet nie tknął swojego kawałka. Patrzył się na mnie cały czas. Nagle wstał i bez żadnego ostrzeżenia wyszedł. Usłyszeliśmy jeszcze tylko, jak zamyka drzwi do sypialni. I wszyscy stracili apetyt...A mi znów wrócił podły humor. Byłam drugą osobą, która odeszła od stołu. Tak samo poszłam do swojego pokoju i tego dnia już z niego nie wyszłam.





___________________________________________________________
Tadam! Postanowiłam jednak wrócić do opowiadania, choć nie jest to szczyt literackiego geniuszu...W każdym razie mam nadzieję, że się spodoba.:D

*http://www.youtube.com/watch?v=JxPj3GAYYZ0








1 komentarz:

  1. Czekam na kolejne części :p Ta była najlepsza z <3

    OdpowiedzUsuń