Szybkim krokiem przemierzałam ulice miasta. Wzrok wlepiony miałam w bruk przewijający się pod moimi stopami. Nie zwracałam na nic uwagi. Po prostu szłam. Minęłam właśnie bramę parku kiedy poczułam jak ktoś popycha mnie wprost na wielką kałużę błota. Nawet nie spojrzałam na idiotę, który to zrobił. Skupiłam się na tym, że za kilka sekund mój nowy płaszcz od Prady i cudowna torebka od Lagerfelda wylądują wraz ze mną w błotnej kąpieli. Już byłam gotowa spróbować podeprzeć się rękami gdy ktoś chwycił mnie mocno za ramiona i szybko objął w pasie chroniąc przed upadkiem. Odetchnęłam z ulgą, że moja torebka nie ma na sobie śladu błota kiedy zrozumiałam, że stoimy w dość dwuznacznej pozycji. Postanowiłam dać mu jeszcze chwilę żeby mógł zorientować się, że powinien mnie puścić. Jednak tego się nie doczekałam. Już miałam odwrócić się i odepchnąć go od siebie, a następnie przywrócić do porządku mocnym uderzenie mojego lewego sierpowego. Nawet chwyciłam jego ramiona żeby to zrobić, ale gdy tylko spojrzałam w jego oczy... oczy których nie da się zapomnieć... nie kiedy patrzy się w nie tak jak ja wtedy... Były nie zwyczajnie niebieskie, były niczym najpiękniejsze wody oceanu, od świetlistych błękitów po żywe lazury. Mieściły w sobie każdy najcudowniejszy odcień. Utonęłam w oceanie jego oczu... Zapomniała co chciałam zrobić... co tam robiłam... gdzie szłam... To się teraz nie liczyło. Chciałam żeby te oczy należały do mnie, tylko do mnie. Patrzyły tylko na mnie w ten sposób w jaki patrzyły teraz, dokładnie tak jak teraz. Można by rzec chwila idealna. Niestety równie krucha i delikatna jak porcelanowa figurka, którą ktoś nawet delikatnym ruchem może zepchnąć na ziemię by obróciła się w milion drobnych kawałeczków. Tak też skończyła się ta chwila. Skończyła się na dźwięk, mogłoby się zdawać, tylko delikatnego i zmysłowego głosu. Rozpoznałabym ten głos wszędzie. Wiktoria.
-Cześć. -rzuciła do niego. Oboje wybudziliśmy się z tego transu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
-Czego chcesz? -zapytał szybko stając między nami.
-Niczego, nie denerwuj się kochanie...-odpowiedziała zmieniając ton i zmysłowo dotykając ręką jego szyi. Chwycił jej dłoń i odsunął od siebie.
-Zostaw nas. -powiedział cicho i spokojnie, ale wiedziałam że jest wściekły. Zbliżyła się do niego jeszcze bliżej. On stał niczym nie wzruszony.
-Mam nadzieje, że mówiłeś do niej.-odparła powoli wodząc dłonią po jego klatce piersiowej.
-Już znalazłeś sobie nową? Szybko nawet jak na Ciebie kotku... -wyszeptała mu do ucha. -To jakiś zakład z kumplami? A może sprawdzenie własnych możliwości? Niziutką wybrałeś sobie poprzeczkę... -dodała. Wymawiając ostatnie słowa nasze spojrzenia się spotkały.
Stałam tylko słuchałam. Aż do tej pory. Jej słowa rozbrzmiewały w mojej głowie niczym niechciane echo. Za każdym powtórzenie tego co powiedziała czułam jakby wbijała we mnie kawałeczek szkła. Zakład? Niska poprzeczka?
Stanęłam między nimi odsuwając ją od niego. Na jej twarzy zobaczyłam szyderczy uśmiech.Właśnie tego oczekiwała, że stanę w jego obronie. Czułam na swoim karku jego cichy oddech ulgi.
-Zamknij się co?-rzuciłam do niej.
-Przepraszam?-powiedziała ze sztucznym zdziwieniem na twarzy. -Słuchaj szmato, myślisz, że on jest dla Ciebie? A może myślisz, że mu na Tobie zależy? Mam jednak dla Ciebie złą wiadomość: jesteś bardzo naiwna...
-Za kogo Ty się kurwa uważasz?!-krzyknęłam wściekła. Uśmiechnęła się do mnie pewna siebie i szepnęła : -A jak myślisz? On nie jest twój. Nigdy nie był i będzie. To nie twoja liga kochanie... Jesteś dla niego niczym, zrozum to dziecko.
Wiedziałam, że on tego nie usłyszał. Stał zbyt daleko. Czułam, że mimo wszystko jej słowa bolą mnie chociaż sama nie wiedziała dlaczego.
-Spieprzaj Wiki!-warknęłam.-Mam go gdzieś. Nie jestem tak naiwna i głupia jak myślisz żeby dać się w to wkręcić. Mam dla Ciebie propozycję kochana, wypierdalaj tam gdzie twoje miejsce dziwko.
Nie wyglądała już na tak pewna siebie jak wcześniej.
-Wiktoria...-przerwał jakby się jej bał. -...lepiej już idź.
"Tak." pomyślałam zadowolona.
Odwróciła się i zostawiła nas samych. Długo milczeliśmy stojąc oboje nieruchomo.
-Dziękuje. -usłyszałam cichy głos chłopaka za moimi plecami. Nie musiałam zastanawiać się co chcę zrobić. Ruszyłam przed siebie. Chwycił mnie za rękę. Chciałam się wyrwać, ale jego uścisk był mocny.
-Czekaj.-powiedział.
-Przykro mi, ale nie będę ani głupim zakładem, ani twoją poprzeczką. Idź szukać pustej idiotki, której pasuje ta rola. -rzuciłam nawet na niego nie patrząc. Puścił mnie. Zrobił to niechętnie, czułam to. Odchodząc raz spojrzałam w jego stronę. Twarz nie wyrażała żadnych emocji. Nawet teraz zgrywał ostatniego nie wzruszonego niczym dupka. A, przepraszam, on nie musiał grać. On nim był. Stał i patrzył jak odchodzę. Po co miałby mnie zatrzymywać, przecież byłam dla niego niczym. Z resztą po co ja miałabym się nim przejmować? Spodziewałam się czegoś takiego. Typowy idiota,egoistyczny i nie przejmujący się innymi.Taki właśnie był. Ja byłam dla niego tylko testem możliwości, banalnym testem możliwości.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz