Był sobotni poranek. Ładny poranek. Wychodziłam właśnie z gabinetu lekarskiego, do którego musiałam wchodzić co najmniej raz w miesiącu. Było to męczące, ale konieczne.
Mama czekała na mnie przed szpitalem. Po wizycie miałyśmy iść na kawę do Starbucksa.
Szłam korytarzem w stronę wyjścia, co chwila pozdrawiając znajomych lekarzy, pielęgniarki, chorych. Przyjeżdżałam już tu jakiś czas, więc znałam wszystkich i wszyscy znali mnie. Chyba, że przyjeżdżał ktoś nowy.
-Hej Promyczku, dokąd idziesz?- odwróciłam się i zobaczyłam idącego w moim kierunku wysokiego bruneta, pielęgniarza. Miał dwadzieścia cztery lata i był jednym z pierwszych ludzi, z którymi się zakolegowałam w szpitalu.Po miesiącu znajomości zaczął mnie nazywać promyczkiem, bo jak twierdził, dzięki mnie szpital opuściła ponura atmosfera.
-Hej Nate. Co u ciebie?-zapytałam. -Jak się udała randka?
-Porażka. Koleś był tak najarany....-pokręcił głową. Najbardziej w nim podobało mi się, że nigdy nie krył się z tym, że był gejem. Niestety, przez to kim był, wielu ludzi nienawidziło go, obrażało.
- Jak to jest, że zawsze jak idziesz na randkę, trafia ci się jakiś dupek?
-Życie kochana, życie...-wzruszył ramionami.
-Mnie to mówisz?-mruknęłam. Nate mrugnął w odpowiedzi.
Pożegnałam się z nim i wyszłam na zalany promieniami słonecznymi dziedziniec. Była wczesna wiosna, z czego bardzo się cieszyłam, mimo że pogoda jeszcze nie raz dawała się we znaki. Przeszłam na parking dla gości zaczęłam się rozglądać za srebrną hondą mojej mamy. Gdy w końcu ją znalazłam moja rodzicielka wysiadła z samochodu i pomachała mi. Podeszłam do auta i usiadłam od strony pasażera. Pojechałyśmy do Starbucksa, po czym weszłyśmy do kawiarni. Już od progu uderzył w nas zapach świeżej kawy. Kochałam to miejsce; gdybym mogła, spędzałabym tu każdą wolną minutę. Jednak brak prawa jazdy bardzo utrudniał człowiekowi życie....
Wybrałyśmy sobie z mamą stolik, po czym udałam się złożyć zamówienie. Chwilę poczekałam na swoją Latte, po czym odniosłam ją do stolika i wróciłam po mrożoną kawę mamy. Zapłaciłam za napoje i odwróciłam się, by dołączyć do mamy. Jednak przez swoją nieuwagę poczułam, że ktoś na mnie wpada,a mrożona kawa wylatuje mi z rąk. Wprost na wysokiego bruneta stojącego naprzeciwko mnie. Stałam tam, przyciskając ręce do ust.
- O mój Boże! Przepraszam, bardzo przepraszam!-wykrzyknęłam zawstydzona. Wszyscy się na nas patrzyli.-Ktoś na mnie wpadł i kawa mi wyleciała z rąk. Przepraszam!
- Nic się nie stało, spierze się-pocieszył mnie chłopak patrząc na wielką plamę na swojej piersi. Chwilę potem podniósł głowę i spojrzał na mnie swoimi czekoladowymi oczami. Udało mi się zarejestrować jeszcze duże, kształtne usta i prosty nos. Był niesamowicie przystojny, przez co na chwilę zaniemówiłam. Szybko jednak się ogarnęłam, zdając sobie sprawę jak głupio muszę wyglądać.
- Ja...przepraszam-bąknęłam czerwieniąc się."Ogarnij się!"-skarciłam się w myślach. Teraz już naprawdę musiałam wyglądać jak idiotka.
- Naprawdę nic się nie stało! Widziałem jak ten gościu na ciebie wpada. Nawet nie przeprosił-prychnął. Uśmiechnął się do mnie ukazując dwa rzędy idealnie prostych, białych zębów. Zarumieniłam się jeszcze bardziej, ale odwzajemniłam uśmiech. Chłopak znów otwierał buzię, żeby coś powiedzieć, ale wtrącił się jakiś blondyn.
- Sorki, że przeszkadzam, ale trochę nam się śpieszy-wtrącił patrząc na mnie, po czym przeniósł wzrok na bruneta.
- Tak, musimy już iść-mrugnął do mnie i razem z blondynem opuścił lokal. Wróciłam do kolejki i zamówiłam drugą kawę mrożoną, po czym wróciłam do zniecierpliwionej mamy.
***
Od incydentu w Starbucksie minął już tydzień, jednak moje myśli wciąż zaprzątał nieznajomy z kawiarni. Cały czas myślałam o tych czekoladowych oczach, a kiedy już udało mi się skoncentrować na czymś konkretnym, zaraz się rozpraszałam by znów powracać myślami do tamtego wydarzenia.
Siedziałam na łóżku "rozwiązując" zadanie domowe z matematyki, kiedy usłyszałam z dołu wołanie mamy:
- Rose! Lissa przyszła!
-Niech wejdzie na górę!-odkrzyknęłam zbierając notatki z łóżka.Rzuciłam je na biurko nie starając się nawet, żeby tu ogarnąć. Moja przyjaciółka widziała mój pokój w o wiele gorszym stanie niż dzisiaj. Usłyszałam kroki na korytarzy, a chwilę później drzwi uchyliły się i ujrzałam uśmiechniętą twarz pokrytą licznymi piegami. Te, połączone z miedzianymi falami włosów oraz zielonymi oczami wyglądały uroczo, ślicznie wręcz. Lissa weszła do pokoju i rozwaliła się na łóżku, dalej szeroko uśmiechnięta.
- Też się cieszę, że cię widzę- prychnęłam zrzucając jej nogi na ziemię.
- Chyba się zakochałam -westchnęła. Przewróciłam oczami- mówiła to średnio co dwa miesiące. Niby nic takiego, ale na dłuższą metę stawało się to bardzo uciążliwe; już dawno przestałam zapamiętywać imiona kolejnych wybranków przyjaciółki.
- Mówisz tak za każdym razem.
-Tak, ale teraz to coś innego! Teraz....teraz chyba naprawdę się zakochałam- spoważniała, co od razu mnie zaniepokoiło. NIGDY nie przestawała się uśmiechać; nawet na pogrzebie babci....
-No dobra..jak on ma na imię?
- Nate - zarumieniła się. Uniosłam brwi w geście zdziwienia. Z naszej dwójki to ja byłam ta nieśmiała.Jednocześnie pomyślałam o swoim przyjacielu. Problem w tym, że on był gejem. A szkoda...- Musisz go poznać!- zerwała się na nogi i pociągnęła mnie za sobą.
-Ale że teraz?-złapałam w biegu telefon i wybiegłam za Lissą z pokoju-a raczej ona mnie z niego wyciągnęła.
-No teraz, a kiedy?
Wychodząc z domu zdążyłam tylko poinformować o tym mamę, bo Ruda dalej mnie ciągnęła. Zanim zdążyłam się zorientować, dokąd mnie ciągnie weszłyśmy do parku. Weszłyśmy do miejscowej kawiarni i zamówiłyśmy sobie lody i gorącą czekoladę ( przyp.aut. tak wiem, to nie ma sensu, ale ja tak na przykład lubię ;P ) i po zapłaceniu wyszłam prze lodziarnię, gdzie miałyśmy czekać na nowego ukochanego Lissy.
Czekałam i czekałam, a piegowata dalej nie wychodziła. Zniecierpliwiona spojrzałam na zegarek. Już miałam z powrotem wejść do kawiarni, gdy usłyszałam za sobą męski głos:
- Lepiej uważaj, bo mogłabyś jeszcze tym kogoś oblać.
Odwróciłam się i ze zdumieniem spostrzegłam, że przede mną stoi nie kto inny, tylko brunet ze Starbucksa.
Zaniemówiłam. Jakim cudem wpadłam już na niego dwa razy w przeciągu tygodnia? I to jeszcze znów w kawiarni, w ten sam dzień tygodnia. Potrząsnęłam głową.
- Uhmm..Hej -uśmiechnęłam się do niego, co bardzo chętnie odwzajemnił.Już chciałam znów go przeprosić za to, co zrobiłam, kiedy on powiedział:
- Jeśli jeszcze raz mnie przeprosisz, to zwariuję!-zaśmiał się. Spojrzałam na niego zdziwiona.
- A ty co, w myślach czytasz?
-Nie, niestety nie. Po prostu zrobiłaś dokładnie taką samą minę, jak ostatnio kiedy mnie przepraszałaś-wytrzeszczyłam oczy. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie usłyszałam.- Może usiądziemy?
Zgodziłam się chętnie. Nagle poczułam coś mokrego na ręce, a gdy spojrzałam w dół przypomniałam sobie o swoim lodzie, który zaczął się już roztapiać. Szybko złapałam za serwetki leżące na stole i szybko wytarłam rękę. Znów usłyszałam śmiech bruneta, ale szybko zgromiłam go wzrokiem. Przestał, a raczej próbował, choć nie bardzo mu to wychodziło. W końcu sama zaczęłam się śmiać, nie wiadomo z czego. Znaleźliśmy wolny stolik i usiedliśmy tam wciąż śmiejąc się właściwie bez powodu.
-Przepraszam, że tak dłu...-urwała Alisson wychodząc z kawiarni. Patrzyła to na mnie to na bruneta.-To wy się znacie?
- Ty..ty jesteś Nate?-spojrzałam na bruneta,jednocześnie modląc się w duchu, żeby tak nie było.
- Na szczęście Nate to ja-wtrącił ktoś stojący za Lissą. Chwilę potem postać wychyliła się zza dziewczyny i ujrzałam blondyna ze Starbucksa. Odetchnęłam z ulgą.
- No więc? Wytłumaczy mi ktoś w końcu skąd się znacie?-zirytowała się Ruda. Spojrzałam się na bruneta i znów wybuchnęliśmy śmiechem. Nowo przybyli dosiedli się do nas, po czym nowa miłość mojej przyjaciółki w końcu odpowiedziała jej na pytanie.
- Już się spotkaliśmy. Tydzień temu, w Starbucksie. Twoja przyjaciółka wpadła na Dave'a i oblała go kawą. I tyle. Nie wiem, z czego się tak śmieją-wzruszył ramionami, a my zgodnie znów zaczęliśmy się śmiać. Musiało minąć kilka minut, zanim się ogarnęliśmy.
-Powoli zaczynam żałować, że ich wzięliśmy-westchnęła Lisa. Spojrzałam na nią oburzona.
- Odwal się! Najpierw wpadasz do mojego pokoju, gadasz od rzeczy, wyciągasz mnie na siłę z domu, a teraz mówisz, że żałujesz?Idę do domu!-zerwałam się z krzesła. Ku mojemu zdziwieniu Dave również wstał.- A ty gdzie?
- Jak to gdzie? Mnie też nie chcą-prychnął.-Idziemy?
Szarmancko zaproponował mi swoje ramię. Kiwnęłam głową i złapałam jego rękę. Ruszyliśmy w stronę fontanny, po czym znów usiedliśmy, tym razem na ławce obok.
- Wiesz, że dalej nie wiem, jak masz na imię?
- Rose- uśmiechnęłam się. - Wiesz może jak długo Lisa spotyka się z Natem?
-Z tego co wiem, to jakiś tydzień- wytrzeszczyłam oczy. Alisson nic mi nie powiedziała, ba!,nawet słowem się wcześniej nie zająknęła.
Zmarszczyłam brwi, bo właśnie sobie coś uświadomiłam.
-Czekaj....to by znaczyło, że zaczęli się spotykać w niedziele, kiedy wpadłam na ciebie!
- Zgadza się. Jak wychodziliśmy ze Starbucksa, szliśmy właśnie na randkę-mrugnął do mnie, jednak ja odczułam lekka nutę zawodu...
- Randkę? Obydwoje byliście na randce z Lissą?
Dave roześmiał się, ukazując urocze dołeczki w policzkach. Co jak co, ale on cały był uroczy...
- Nie. Nate wkręcił mnie w jakąś randkę w ciemno z jakąś jego kuzynką. Ale to była porażka. Gdyby nie ty, prawdopodobnie nie okazała się taką zołzą.
- Jak to? Co ja mam z tym wspólnego?- zdziwiłam się.
- Gdybyś nie wylała na mnie kawy, nie jechałbym się przebrać, przez co byłbym na czas. A wtedy ta laska nie zrobiłaby mi afery za pięć minut spóźnienia-dosłownie pięć!
- To serio zołza - uniosłam brwi do góry, niby zdumiona. Tak naprawdę w środku skakałam z radości. Jeśli poszedł na randkę, znaczy, że nikogo nie ma. A skoro randka się nie udała, znaczy, że dalej nikogo nie ma.
-No. Ale nie mówmy no niej. Pomówmy o tobie.
-O mnie?
-O tobie. Co lubisz robić w wolnym czasie?
-Dość banalne pytanie-uśmiechnęłam się.
- To może postaraj się, żeby odpowiedz nie była banalna?
Zastanowiłam się nad tym. Co miałam mu powiedzieć? Że w wolnym czasie lubię poczytać książkę,pośpiewać, porozmawiać z mamą, tatą, babcią? Że lubię wychodzić z Lissą? Że lubię wspierać osoby z białaczką? Że lubię bawić się z dziećmi, które czeka taki sam los, jak mnie? Albo, że lubię biegać o zachodzie słońca, ale że to może się niedługo skończyć. Że lubię słuchać, jak śpiewają ptaki. Lubię słuchać szumu drzew, bzyczenia owadów... TO jest dopiero banalne. A resztę mojego czasu wypełniały wizyty u lekarza, chemioterapie..nie widzę sensu mówienia mu o tym.. Dlatego powiedziałam najbanalniejszą rzecz pod słońcem:
- Lubię miło spędzać czas. Nie ważne gdzie, z kim, ważne, żeby było miło.
-Patrz, to tak jak ja-uśmiechnął się szeroko.-I nie wiem jak ty, ale ja miło spędzam czas.
Zarumieniłam się i już miałam mu odpowiedzieć, kiedy zadzwonił telefon. Spojrzałam na wyświetlacz.
-Tak mamo?-odebrałam.
-Rosie, kochanie za piętnaście minut obiad. Chciałabym, żebyś wróciła do tego czasu-oznajmiła moja rodzicielka. W moim domu obiad był świętością, a żeby go uniknąć, trzeba było mieć naprawdę dobrą wymówkę.
-Dobrze, będę.
-Jak Lissa będzie chciała, to też może wpaść.
- Myślę, że jednak dziś nie przyjdzie. Ma randkę.
-Boże, chroń tych biednych chłopców!-zaśmiała się mama. Ona też znała Lissę i jej ciągłe zmiany chłopaków. Pożegnałam się z mamą, po czym zwróciłam się do bruneta.
-Muszę iść.Za kwadrans mam być w domu.
-A daleko mieszkasz?
- Jakieś pięć minut stąd-wstałam.
-To może cię odprowadzę?-zaproponował po raz kolejny ukazując śliczne dołeczki.
-Bardzo chętnie-odwzajemniłam uśmiech.
_________________________________________________________________________________
Dodaję rozdział drugi, na szybko, bo muszę lecieć. Mam nadzieję, że się spodoba i z góry przepraszam, za wszystkie błędy. Do...przeczytania? W każdym razie, do następnego :*
LBL
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz