Stałam tam, sama
zresztą jak zawsze. Trzymałam się
poręczy, wierząc że co to zmieni. Patrzyłam jak łzy spływają mi po policzkach
i spadają do oceanu.
Tak.. stałam na moście starając się to zakończyć.
Słyszałam różne głosy, szepczące żebym to zrobiła. Mylałam że już do końca
oszalałam, pewnie tak było ale mnie już to zupełnie nie obchodziło. Patrzyłam w
przepaść która wydawała się ciągnąć w wieczność. Chciałam już się puścić,
zakończyć moje cierpienie lecz nagle kto zaczął krzyczeć bym tego nie robiła.
Podniosłam wzrok a tam stał
.....On.
Jak zwykle idealnie ułożona grzywka, ta sama nie zmienna
twarz po której teraz płynęły łzy. Minęły sekundy, które dla mnie były jak
lata, a on stał już blisko mnie. Chciał mnie powstrzymać lecz na marne.
Powiedziałam mu tylko kilka pustych już dla mnie słów: Zawsze cie kochałam
i
puściłam się.. leciałam w głębie oceanu. Woda pochłonęła mnie z przyjemnością i
nie chciała puścić. Ale nawet nie walczyłam, nie chciałam już żyć. Opadając na
dno traciłam resztki życia. I ten wiecznie oczekiwany na mnie moment wreszcie
nastąpił
. Umarłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz