26.01.2013

Arystokrata -rozdział II


Nareszcie miałam czas dla siebie. Dobrze wiedziałam gdzie się udać. Szłam długą alejką wzdłuż, której rosły klony. Przyglądałam się jak ich kolorowe liście opadały na ziemię tworząc długi dywan o nieziemskich kolorach pod moim stopami. Jego barwy od intensywnego szkarłatu przez mandarynkowe pomarańcze aż po delikatne żółcie sprawiały wrażenie jakby były tu tylko dla mnie. Z daleka widziałam już wejście do mojej ulubionej kawiarni. Cichej i spokojnej. Mogłam tam spokojnie czytać, myśleć, pisać… Gdy tylko przekroczyłam jej próg uderzył mnie zapach świeżo zmielonej kawy. Uwielbiałam go. Było tam tak przytulie i ciepło. „Moje zacisze” pomyślałam spoglądając na miejsce gdzie zwykle przesiadywałam. Niewielki stolik z dwoma kanapami naprzeciw siebie zaraz obok okna. Zamówiłam to co zwykle i usiadłam \tam gdzie zawsze. Lubiłam tę rutynę. Nie wiem czemu, ale tu naprawdę czułam się jak w domu. Otworzyłam książkę i zaczęłam czytać napawając się spokojem, ale wiadomo, że z moim szczęściem nie będzie to trwać zbyt długo.

-Witaj.-usłyszałam znajomy głos, choć jakże irytujący.

-Znowu Ty? – zapytałam okazując moja „radość” na widok mojego kiblowego znajomego.

-Widzę, że się cieszysz. –odparł i uśmiechnął się. – pozwól o Pani, że się dosiądę. –dodał i uśmiechnął się rozkładając się na kanapie naprzeciw mnie.

-Śledziłeś  mnie czy jak? – zapytałam zastanawiając się jak mnie tu znalazł.

-Nie, skąd ten pomysł? – odparł sarkastycznie.

-Idiota.. – rzuciłam wracając do mojej lektury. Uśmiechnął się wyraźnie rozbawiony.

-O co Ci chodzi? –zapytał trochę zirytowana

-O nic. – odparł wypijając łyk kawy. Zauważyłam że zamówił tę samą co ja. Widać lubimy tę samą kawę, to ciekawe. Nie wiem czemu uśmiechnęłam się do siebie kiedy to zobaczyłam. Po czym zorientowałam się, że wypił łyk mojej!

-Wkurzasz mnie! – powiedziałam na chwilę przerywając czytanie i patrząc na niego.

-Wiem. -odparł i uśmiechnął się przeczesując włosy.

-Skąd się tu wziąłeś? –zapytałam przyglądając się mu.  

-Przyszedłem na kawę. Dość często tu bywam. Zwykle tylko kupuję kawę i wychodzę, ale tym razem musiałam przyjść poirytować Ci gdy tylko zauważyłem, że tu jesteś.

-Dziwne, że się wcześniej nie spotkaliśmy. Jestem tu prawie codziennie. – odparłam znów otwierając książkę.

-Tak, szkoda.- przyznał przyglądając się pejzażowi za oknem. Teraz próbowałam  nie zwracać na niego jakiejkolwiek uwagi.

-Ej! Nie lubię być ignorowany. – odparł i orientując się, że taki mam właśnie zamiar. –Co czytasz? –zapytał wyrywając mi książkę.

-Oddawaj to! –krzyknęłam i mimo małej złości ze to, że to zrobił uśmiechnęłam się. 

-„Pył unosi się na pustej drodze, ale tędy nikt nie szedł. Jeden wiatr co omiata sobą wszystko
Robi nadzieję. Upadli aniołowie toczą mętnym wzrokiem wokół siebie. Za dużo bólu, za dużo smutku, za dużo śmierci, A to pokolenie aniołów bez miłości.” –wyrecytował na głos. –Fajne. – dodał i posłał mi swój uśmiech, ale nie wiedzieć czemu ten był inny niż wszystkie.

-Więcej nie przeczytasz! –rzuciłam wyrywając mu książkę z ręki.

-To musi być dobra książka. –powiedział.

-Nie dal takich jak Ty. –odparłam niby od nie chcenia.

-Zdziwiła byś się co czytam.-odrzekł biorąc kolejny łyk kawy.

-Wątpię…

-Lubię wszystkie rodzaje książek. Lubię książki Zafona. Chyba najbardziej „Grę Anioła”.

„Uwielbiam tę książkę…” pomyślałam i mimo wolnie się uśmiechnęłam. Jak ktoś taki jak on może doceniać dobrą literaturę?

-Lubię też dobre filmy no i oczywiście uwielbiam kiedy się wściekasz. – dodał i spojrzał mi w oczy. Pierwszy raz nasze spojrzenia naprawdę się spotkały. Miał takie intensywnie niebieskie oczy niczym głębia oceanu. Chciałam w nim utonąć, teraz. Nigdy takich nie widziałam czegoś takiego. Idealnie komponowały się z jego lekko rozczochranymi włosami.

-Choć nie gorzej wyglądasz uśmiechnięta. –odparł wybudzając mnie z tego transu. W jego głosie nie wiem czemu nie słyszałam już aroganckiego dupka tylko kogoś zupełnie innego. Na chwilę zapomniałam jak bardzo mnie irytuje, a pomyślałam ile radości mi daje, z czego nie zdawałam sobie sprawy wcześniej. 

-Gdzie chodzi do szkoły?- zapytałam w końcu po chwili milczenia.

-Nie chcesz wiedzieć. –rzucił chcąc chyba jak najszybciej zakończyć temat, ale tylko sprawił, że byłam jeszcze bardziej ciekawa.

-Owszem chcę, powiedz. –nalegałam.

-A gdzie ty chodzisz? – zapytał przewracając oczami.

-Do św. Bartłomieja. –powiedziałam i napiłam się kawy. Szkoła św. Bartłomiej była drugą najlepszą szkołą w mieście. Drugą, bo w przeciwieństwie do Kościuszki była szkołą państwową. Jednak poziom był niesamowicie wysoki.

-No teraz twoja kolej. –zachęciłam.

-Chodzę do Kościuszki. –odparł. Kiedy to usłyszałam o mało nie wyplułam na niego kawy. Zatkało mnie. Dostanie się do św. Bartłomieja było nie lada wyczynem, ale dostanie się do Kościuszko graniczyło z cudem. Trzeba było być geniuszem, bogatym geniuszem.

-Mówiłem, że nie chcesz wiedzieć. –odrzekł widząc moją reakcję. Przez chwile siedzieliśmy w ciszy.

-Wiesz, że ja nadal nie wiem jak masz na imię? –zagadnął.

-Ja twojego imienia też nie znam.-powiedziałam wzruszając ramionami.

-To dowiem się tego czy nie?

-Jeśli chcesz wiedzieć zgadnij.

- Hmmm… Może Hermiona?

-Skąd ten pomysł? Wyglądam jakbym uczęszczała do Hogwartu?- zaśmiałam się.

-Wyglądasz równie inteligentnie i jesteś chyba równie irytująca. –odparł uśmiechając się trochę tajemniczo.

-Więc jestem Hermioną Granger?

-Wolisz być Leia ze „Star Wars”? –spytał ironicznie.

-Już wole Hermionę…

-Wiesz myślę, że idealne imię dla Ciebie to Alicja, w krainie czarów.

-To brzmi ciekawie…

-Ale dla mnie to chyba zostaniesz Cruellą De Mon.-rzucił nagle znów stając się taki jak wcześniej. Jak widać zrzucił swoja maskę tylko na chwilę.

-Ej! –powiedziałam i spróbowałam trzepnąć go książką, ale niestety zdążył uciec. Oboje uśmiechnęliśmy się rozbawieni.

-Ty jesteś osłem ze Shreka. –odezwałam się w ramach odwetu.

-A nie bliżej mi raczej do Indiana Jonesa? –zapytał parodiując go. -Albo chociaż na Jamesa Bonda? –dodał poprawiając włosy. –Jestem Bond, James Bond. -powiedział udając postać starając się naśladować jego brytyjski akcent, co zabawnie mu wszyło. Zaczęłam się śmiać, po chwili on śmiał się razem ze mną.

-Ewentualnie mógłbyś być Malfoyem. –powstrzymałam kolejny napad śmiechu.

-A nie Harrym? –zaraz zaczął go udawać biorąc do ręki wykałaczkę i machając nią niczym różdżką wymawiał różne zaklęcia.

-Alohomora! Crucio! Expecto patronum! Wingardium leviosa!

Śmiałam się coraz bardziej. W końcu oboje pękaliśmy ze śmiechu. Usłyszałam dźwięk telefonu. Kiedy zobaczyłam kto dzwoni w sekundę przestałam się śmiać.

-Poczekaj chwilę. –rzuciłam odchodząc na chwilę.-Przepraszam.

Odebrałam.

-Zgadnij o co chodzi.- usłyszałam głos matki.

-Powiedz. –ucięłam krótko.

-Powiem. Jeszcze jedno zerwanie z lekcji i ostrzegam będzie z tobą źle. –zagroziła.

„Serio może być gorzej?” pomyślałam.

-Za 10 minut w domu. –zakończyła rozmowę. Spojrzałam jeszcze raz na ekran telefonu nim ruszyłam spowrotem do stolika.

-Musze już… -zaczęłam mówić kiedy zbliżałam się do stolika. Nagle zorientowałam się, że zniknął. Na stoliku obok mojej kawy leżała babeczka z górą lukru i małą karteczką, na której napisał „Do zobaczenia Alicjo z krainy upadłych aniołów” i numer komórki. "Znika tak samo szybko jak się pojawia.." pomyślałam. 


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz