Nareszcie miałam czas dla siebie. Dobrze wiedziałam gdzie
się udać. Szłam długą alejką wzdłuż, której rosły klony. Przyglądałam się jak
ich kolorowe liście opadały na ziemię tworząc długi dywan o nieziemskich
kolorach pod moim stopami. Jego barwy od intensywnego szkarłatu przez
mandarynkowe pomarańcze aż po delikatne żółcie sprawiały wrażenie jakby były tu
tylko dla mnie. Z daleka widziałam już wejście do mojej ulubionej kawiarni.
Cichej i spokojnej. Mogłam tam spokojnie czytać, myśleć, pisać… Gdy tylko przekroczyłam
jej próg uderzył mnie zapach świeżo zmielonej kawy. Uwielbiałam go. Było tam
tak przytulie i ciepło. „Moje zacisze” pomyślałam spoglądając na miejsce gdzie
zwykle przesiadywałam. Niewielki stolik z dwoma kanapami naprzeciw siebie zaraz
obok okna. Zamówiłam to co zwykle i usiadłam \tam gdzie zawsze. Lubiłam tę
rutynę. Nie wiem czemu, ale tu naprawdę czułam się jak w domu. Otworzyłam
książkę i zaczęłam czytać napawając się spokojem, ale wiadomo, że z moim
szczęściem nie będzie to trwać zbyt długo.
-Witaj.-usłyszałam znajomy głos, choć jakże irytujący.
-Znowu Ty? – zapytałam okazując moja „radość” na widok
mojego kiblowego znajomego.
-Widzę, że się cieszysz. –odparł i uśmiechnął się. – pozwól
o Pani, że się dosiądę. –dodał i uśmiechnął się rozkładając się na kanapie
naprzeciw mnie.
-Śledziłeś mnie czy
jak? – zapytałam zastanawiając się jak mnie tu znalazł.
-Nie, skąd ten pomysł? – odparł sarkastycznie.
-Idiota.. – rzuciłam wracając do mojej lektury. Uśmiechnął
się wyraźnie rozbawiony.
-O co Ci chodzi? –zapytał trochę zirytowana
-O nic. – odparł wypijając łyk kawy. Zauważyłam że zamówił
tę samą co ja. Widać lubimy tę samą kawę, to ciekawe. Nie wiem czemu
uśmiechnęłam się do siebie kiedy to zobaczyłam. Po czym zorientowałam się, że
wypił łyk mojej!
-Wkurzasz mnie! – powiedziałam na chwilę przerywając
czytanie i patrząc na niego.
-Wiem. -odparł i uśmiechnął się przeczesując włosy.
-Skąd się tu wziąłeś? –zapytałam przyglądając się mu.
-Przyszedłem na kawę. Dość często tu bywam. Zwykle tylko
kupuję kawę i wychodzę, ale tym razem musiałam przyjść poirytować Ci gdy tylko zauważyłem, że tu jesteś.
-Dziwne, że się wcześniej nie spotkaliśmy. Jestem tu prawie
codziennie. – odparłam znów otwierając książkę.
-Tak, szkoda.- przyznał przyglądając się pejzażowi za oknem.
Teraz próbowałam nie zwracać na niego
jakiejkolwiek uwagi.
-Ej! Nie lubię być ignorowany. – odparł i orientując się,
że taki mam właśnie zamiar. –Co czytasz? –zapytał wyrywając mi książkę.
-Oddawaj to! –krzyknęłam i mimo małej złości ze to, że to zrobił
uśmiechnęłam się.
-„Pył unosi się na pustej drodze, ale tędy nikt nie szedł. Jeden
wiatr co omiata sobą wszystko
Robi nadzieję. Upadli aniołowie toczą mętnym wzrokiem wokół siebie. Za dużo bólu, za dużo smutku, za dużo śmierci, A to pokolenie aniołów bez miłości.” –wyrecytował na głos. –Fajne. – dodał i posłał mi swój uśmiech, ale nie wiedzieć czemu ten był inny niż wszystkie.
Robi nadzieję. Upadli aniołowie toczą mętnym wzrokiem wokół siebie. Za dużo bólu, za dużo smutku, za dużo śmierci, A to pokolenie aniołów bez miłości.” –wyrecytował na głos. –Fajne. – dodał i posłał mi swój uśmiech, ale nie wiedzieć czemu ten był inny niż wszystkie.
-Więcej nie przeczytasz! –rzuciłam wyrywając mu książkę z
ręki.
-To musi być dobra książka. –powiedział.
-Nie dal takich jak Ty. –odparłam niby od nie chcenia.
-Zdziwiła byś się co czytam.-odrzekł biorąc kolejny łyk kawy.
-Wątpię…
-Lubię wszystkie rodzaje książek. Lubię książki Zafona.
Chyba najbardziej „Grę Anioła”.
„Uwielbiam tę książkę…” pomyślałam i mimo wolnie się
uśmiechnęłam. Jak ktoś taki jak on może doceniać dobrą literaturę?
-Lubię też dobre filmy no i oczywiście uwielbiam kiedy się
wściekasz. – dodał i spojrzał mi w oczy. Pierwszy raz nasze spojrzenia naprawdę
się spotkały. Miał takie intensywnie niebieskie oczy niczym głębia oceanu.
Chciałam w nim utonąć, teraz. Nigdy takich nie widziałam czegoś takiego. Idealnie
komponowały się z jego lekko rozczochranymi włosami.
-Choć nie gorzej wyglądasz uśmiechnięta. –odparł wybudzając
mnie z tego transu. W jego głosie nie wiem czemu nie słyszałam już aroganckiego
dupka tylko kogoś zupełnie innego. Na chwilę zapomniałam jak bardzo mnie
irytuje, a pomyślałam ile radości mi daje, z czego nie zdawałam sobie sprawy
wcześniej.
-Gdzie chodzi do szkoły?- zapytałam w końcu po chwili
milczenia.
-Nie chcesz wiedzieć. –rzucił chcąc chyba jak najszybciej
zakończyć temat, ale tylko sprawił, że byłam jeszcze bardziej ciekawa.
-Owszem chcę, powiedz. –nalegałam.
-A gdzie ty chodzisz? – zapytał przewracając oczami.
-Do św. Bartłomieja. –powiedziałam i napiłam się kawy.
Szkoła św. Bartłomiej była drugą najlepszą szkołą w mieście. Drugą, bo w
przeciwieństwie do Kościuszki była szkołą państwową. Jednak poziom był
niesamowicie wysoki.
-No teraz twoja kolej. –zachęciłam.
-Chodzę do Kościuszki. –odparł. Kiedy to usłyszałam o mało
nie wyplułam na niego kawy. Zatkało mnie. Dostanie się do św. Bartłomieja było
nie lada wyczynem, ale dostanie się do Kościuszko graniczyło z cudem. Trzeba
było być geniuszem, bogatym geniuszem.
-Mówiłem, że nie chcesz wiedzieć. –odrzekł widząc moją
reakcję. Przez chwile siedzieliśmy w ciszy.
-Wiesz, że ja nadal nie wiem jak masz na imię? –zagadnął.
-Ja twojego imienia też nie znam.-powiedziałam wzruszając ramionami.
-To dowiem się tego czy nie?
-Jeśli chcesz wiedzieć zgadnij.
- Hmmm… Może Hermiona?
-Skąd ten pomysł? Wyglądam jakbym uczęszczała do Hogwartu?-
zaśmiałam się.
-Wyglądasz równie inteligentnie i jesteś chyba równie
irytująca. –odparł uśmiechając się trochę tajemniczo.
-Więc jestem Hermioną Granger?
-Wolisz być Leia ze „Star Wars”? –spytał ironicznie.
-Już wole Hermionę…
-Wiesz myślę, że idealne imię dla Ciebie to Alicja, w
krainie czarów.
-To brzmi ciekawie…
-Ale dla mnie to chyba zostaniesz Cruellą De Mon.-rzucił
nagle znów stając się taki jak wcześniej. Jak widać zrzucił swoja maskę tylko
na chwilę.
-Ej! –powiedziałam i spróbowałam trzepnąć go książką, ale
niestety zdążył uciec. Oboje uśmiechnęliśmy się rozbawieni.
-Ty jesteś osłem ze Shreka. –odezwałam się w ramach odwetu.
-A nie bliżej mi raczej do Indiana Jonesa? –zapytał
parodiując go. -Albo chociaż na Jamesa Bonda? –dodał poprawiając włosy. –Jestem
Bond, James Bond. -powiedział udając postać starając się naśladować jego
brytyjski akcent, co zabawnie mu wszyło. Zaczęłam się śmiać, po chwili on śmiał
się razem ze mną.
-Ewentualnie mógłbyś być Malfoyem. –powstrzymałam kolejny
napad śmiechu.
-A nie Harrym? –zaraz zaczął go udawać biorąc do ręki
wykałaczkę i machając nią niczym różdżką wymawiał różne zaklęcia.
-Alohomora!
Crucio! Expecto patronum! Wingardium leviosa!
Śmiałam się coraz bardziej. W końcu oboje pękaliśmy ze
śmiechu. Usłyszałam dźwięk telefonu. Kiedy zobaczyłam kto dzwoni w sekundę
przestałam się śmiać.
-Poczekaj chwilę. –rzuciłam odchodząc na chwilę.-Przepraszam.
Odebrałam.
Odebrałam.
-Zgadnij o co chodzi.- usłyszałam głos matki.
-Powiedz. –ucięłam krótko.
-Powiem. Jeszcze jedno zerwanie z lekcji i ostrzegam będzie
z tobą źle. –zagroziła.
„Serio może być gorzej?” pomyślałam.
-Za 10 minut w domu. –zakończyła rozmowę. Spojrzałam jeszcze raz na
ekran telefonu nim ruszyłam spowrotem do stolika.
-Musze już… -zaczęłam mówić kiedy zbliżałam się do stolika. Nagle zorientowałam się, że zniknął.
Na stoliku obok mojej kawy leżała babeczka z górą lukru i małą karteczką, na
której napisał „Do zobaczenia Alicjo z krainy upadłych aniołów” i numer komórki. "Znika tak samo szybko jak się pojawia.." pomyślałam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz